Lider

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

„…Zawada może nie przejdzie do historii jako wybitny alpinista, bo nie zdobył żadnego szczytu powyżej 8 tys. metrów – podkreślił Krzysztof Wielicki – Ale był niezwykle kreatywny. Odegrał dużą rolę w środowisku. Gdyby nie on wiele rzeczy by się nie odbyło…

Na pytanie o początek kariery jako kierownika wielkich wypraw, Zawada odpowiedział: „…Zmusiła mnie do aktywności moja sytuacja w Klubie. Poza tym dobijał mnie brak inicjatywy ze strony Polaków, niemożność przeskoczenia z Hindukuszu w Himalaje i Karakorum. Zdecydowałem się więc zorganizować wyprawę, która miała pobić wysokościowy rekord Polski w najwyższych górach świata. (…) Najpierw chciałem zrobić to z Francuzami (…). Złożyłem podanie o zezwolenie na Gasherbrum III, rezerwowo na Kunyanga i dostałem Kunyanga. Francuzi odpadli i dobrze się stało, bo wyprawa okazała się wielkim sukcesem Polaków (…). Byliśmy młodym zespołem bez himalajskiego doświadczenia. Miałem nawet pewien żal do Jurka Hajdukiewicza, który wcześniej brał udział w dwóch zachodnich wyprawach na Dhaulagiri, że nie zaproponował nigdy zorganizowania polskiej wyprawy. Dziś mam satysfakcję, że to właśnie mnie się udało. Jako początkujący kierownik byłem poddany wielkim stresom, nawet nie w górach, ale jeszcze w kraju, przed wyjazdem. Ciągle się o coś martwiłem. (…). Cała ta machina organizacyjna była bardzo skomplikowana. Teraz po latach mam wprawę, doświadczenie, znam mnóstwo ludzi (…). Wyprawę na Kunyanga przygotowywałem parę lat…”

Podstawowym zadaniem każdego komitetu organizacyjnego wyprawy jest zdobycie odpowiednich środków finansowych. Zawada w reportażu Anny Pietraszek podkreślił: „Ja głównie sam zdobywam pieniądze…”

Andrzej Zawada - Lider

Andrzej Zawada – Lider

Organizacja i finansowanie wypraw w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej opierało się na takich głównych źródłach. Pierwszym źródłem był system państwowych dotacji oraz ulg podatkowych i celnych. Wreszcie były wpływy od partnerów zagranicznych, którzy chętnie dołączali do polskich wypraw. „.. Najambitniejsze wyprawy mogły liczyć na dotację z budżetu państwowego w granicach od kilkuset do 2, 3 tysięcy dolarów – zaznaczył w swoim artykule Kurtyka – chyba, że dotacja ta dotyczyła wyprawy Zawady, który bez wahania żądał 100 tysięcy, a dostawał, powiedzmy, 30 tysięcy…” Ponadto polskie wyprawy alpinistyczne były wielokrotnie wspierane przez sponsora prywatnego Juliana Godlewskiego, polskiego milionera, mieszkającego na stałe w Szwajcarii.

„…Andrzej Zawada – jak podkreśliła Hanna Wiktorowska, sekretarz Polskiego Związku Alpinizmu, która współpracowała z nim przez 40 lat – był uroczym bałaganiarzem, pełnym wdzięku absolutnym wrogiem biurokracji. Wszystko z nim można było załatwić, tylko nie rozliczenia finansowo-sprawozdawcze. Najważniejsze dla niego było, żeby ekspedycja wyruszyła. Walczył o każdą, z głęboką determinacją. Wylatywał bez pieniędzy, a potem telefonował z Azji, słał rozpaczliwe depesze i listy...” – dodajmy że to działało.

…Jego wyprawy cechował duży rozmach i zadziwiająca jak na polskie warunki rozrzutność…” – wspominał z kolei Wojciech Kurtyka.

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

…Zawada miał duszę artystyczną – mówił Andrzej Wilczkowski – Jego wyprawy były nie do końca zorganizowane. U Kurczaba wszystko było zapięte na ostatni guzik. Wiadomo było, że nie zabraknie herbaty i że pod koniec wyprawy nie zostaną tylko szproty w tomacie. Organizował wyprawy z kwatermistrzowską logistyką. U Zawady było dużo twórczej improwizacji. Raz brakowało pieniędzy, a innym razem Andrzejowi udało się coś efektownie załatwić…”

Dużą rolę przywiązywał z kolei do rzeczy, które często były ignorowane. „…Uważał, że jego drużyna reprezentuje Polskę, więc musi wyglądać godnie – wspominała Hanna Wiktorowska – W spisie rzeczy, jakie każdy uczestnik jego ekspedycji dostawał do obowiązkowego zabrania, były wyprasowana koszula i apaszka na szyję. Fulary były kością niezgody między nim, a Andrzejem Heinrichem znanym z tego, że nie przywiązywał żadnej wagi do wyglądu i nie znosił tych <szaliczków>. Zawada tłumaczył, że w czasie wizyt w ambasadach czy urzędach Nepalu, Pakistanu, Afganistanu alpiniści są przedstawicielami Polski i walczył o schludny wygląd kolegów...”

Każda wyprawa musi także uzyskać zezwolenie. Największą zasługą Zawady, nie tylko dla alpinizmu polskiego, ale i światowego było otwarcie sezonów zimowych najpierw w Himalajach, w Nepalu, a później w Karakorum, w Pakistanie.

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

Otwarcie sezonu zimowego spowodowało ożywienie konkurencji zarówno krajowej jak i zagranicznej. Jeden z większych konfliktów dotyczył zezwolenia na zimową wyprawę na Kangczendzongę na przełomie 1985/86 roku. Bezpośredni spór toczył się miedzy Andrzejem Machnikiem, który pierwszy złożył wymaganą aplikację do Ministerstwa Turystyki Nepalu, a Andrzejem Zawadą. „…Składam stanowczy protest – pisał A. Machnik – wobec decyzji Zarządu PZA z dnia 08.05.84 przyznającej koledze Andrzejowi Zawadzie pierwszeństwo w uzyskaniu zezwolenia na atakowanie zimą 85/86 trzeciego szczytu świata, Kangczendzongi, której efektem jest planowane wystosowanie przez Zarząd do Ministerstwa Turystyki Nepalu prośby o przyznanie kol. Zawadzie priorytetu w stosunku do wyprawy Klubu Wysokogórskiego Gliwice na ten szczyt (…). Przypomnieć należy, że kol. Zawada interesował się ostatnio nie tylko K-2 i Kangczendzongą, ale również Makalu, Cho Oyu i Annapurną, czyli usiłował zastrzec dla siebie prawo pierwszeństwa do prawie wszystkich z nie zdobytych dotąd zimą, a aktualnie możliwych, ze względów formalnych do zaatakowania ośmiotysięczników, z wyjątkiem Lhotse (…). Czy kandydat na kierownika wyprawy narodowej ma prawo do końca nie wiedzieć czego chce i na tej podstawie rościć sobie pretensje do zabierania celów obstawionych już wcześniej przez innych?...”

Kolejnym zadaniem kierownika jest ustalenie składu osobowego ekspedycji. Maciej Pawlikowski w wywiadzie prowadzonym przez Apoloniusza Rajwę powiedział: „…Jako prekursor himalaizmu zimowego potrzebował ludzi na trudne wyprawy. Andrzej bardzo umiejętnie dobierał sobie skład zespołu. Zawsze było w nim kilku starszych doświadczonych ludzi oraz kilku młodych, takich napalonych jak my w latach osiemdziesiątych…

Andrzej Zawada i Edmund Hillary

Andrzej Zawada i Edmund Hillary

Andrzej Zawada w reportażu Anny Pietraszek podkreślał: „…Ja typuję sam uczestników wyprawy. Zarząd ma tylko prawo weta, może powiedzieć, na tego się nie zgadzamy, ale nie może mi narzucić, że musisz wziąć tego czy innego.” Co się tyczy kryteriów jakimi kierował się Zawada przy wyborze ekipy na wyprawę, Krzysztof Żurek powiedział, że: „…Wytrzymałość i odporność na wysokość to były podstawowe wymagania, które stawiał Zawada przed uczestnikami wyprawy, no i oczywiście jakieś osiągnięcia w górach lodowcowych, w Kaukazie, Alpach….” Leszek Cichy twierdził podobnie: „…Przede wszystkim każdy uczestnik musiał już wcześniej być powyżej siedmiu tysięcy metrów. Poza tym liczyły się ilość odbytych wypraw, konkretne osiągnięcia i ilość przejść zimowych…” Oprócz tego, jak podkreślał sam Zawada – „…W obliczu przeciwności i porażek spada odporność psychiczna uczestników, a właśnie twardość i owa odporność, to cechy dla alpinisty tak samo ważne, jak umiejętność wspinaczki technicznej…”

Andrzej Zawada kierował zarówno dużymi, jak i mniejszymi wyprawami. Na pytanie co sądzi o opinii, że epoka wielkich wypraw wygasa, a przyszłość himalaizmu należy do małych zespołów działających stylem alpejskim, podkreślił, że w przypadku szczytu K2 atakowanym zimą, szanse powodzenia ma tylko wielka, kosztowna wyprawa. W wywiadzie prowadzonym przez Józefa Nykę, podkreślił: „…Mnie osobiście zawsze dużo satysfakcji daje działanie w grupie, sprawna praca kilku czy kilkunastu ludzi, sprzęgniętych w jeden organizm wyprawowy. Tkwi w tym zresztą wielka wartość alpinizmu jako sportu…”

Andrzej Zawada i premier Kanady Pierre Trudeau

Andrzej Zawada i premier Kanady Pierre Trudeau

Na istnienie „organizmu społecznego” na większych niż 2-3 osobowych ekspedycjach zwróciła uwagę właśnie podczas wyprawy w Pamiro-Ałaj i w Pamir, kierowanej przez Andrzeja Zawadę, Wanda Rutkiewicz: „…Dobra organizacja działania tej społeczności jest największym problemem do rozwiązania. Układając plan, trzeba uwzględnić procent nieprzewidzianego (…). Uczestnicy ogarniają jedynie fragmenty planu, tylko projektodawca zna go w całości. Wykonawcy widzą chaos, podczas gdy kierownictwo, tylko pewien procent nieudanego. Ten rozdźwięk miedzy ocenami jest tym większy, im gorsza wymiana informacji miedzy kierownictwem, a zespołem…”

Kierownik wyprawy poprzez sam dobór i skład uczestników ekspedycji warunkuje przyjęcie odpowiedniego stylu kierowania zespołem. Janusz Zdebski w swoim artykule podkreślał: „…Jeżeli grupa jest stosunkowo niewielka, dobrze zintegrowana, wówczas narzuca się z całą oczywistością demokratyczna forma „rządzenia” zespołem. Natomiast w przypadku grupy licznej, pochodzącej z różnych ośrodków, mało zintegrowanej, w której rysują się antagonizmy pomiędzy uczestnikami, konieczne są bardziej zdecydowane, autokratyczne formy kierowania. Jednakże muszą się one opierać na prawidłowej ocenie uczestników wyprawy, na autorytecie i wysokich kompetencjach kierownika. Decyzje kierownika muszą być zrozumiałe w swych intencjach dla członków zespołu i wynikać powinny z przemyślanego planu taktycznego...”

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

W środowisku, jak wspominał Krzysztof Pankiewicz mówiono o nim „Zawada” albo „Lider”. Podobnie wyrażał się o nim w swojej książce Falco Dąsal nazywając go: Wódz-Andrzej, Wódz-Lider, bądź Lider-Andrzej. Styl kierowania Andrzeja Zawady oraz jego sylwetkę jako kierownika ukazuje szereg wypowiedzi znanych alpinistów, które poniżej przytaczam.

Na przykład Wanda Rutkiewicz podczas debaty w Gliwicach w kwietniu 1987 roku, powiedziała: „…Cały czas operujemy w tym schemacie, który najczęściej uprawia Andrzej Zawada. Kierownik, selekcja uczestników, on decyduje – wyprawa. Powiedzmy sobie, w tej chwili takie wyprawy są unikalne. Są wyprawy partnerskie, w których owszem jest kierownik, ten najbardziej doświadczony, ale to już nie ten kierownik – wódz….”

Podobnie na temat Zawady, Wanda Rutkiewicz wypowiedziała się w 1990 roku w wywiadzie dla „Tygodnika Solidarność”: „..Kierowanie wyprawą twardą ręka nie jest anachronizmem w wypadku akcji wyjątkowo trudnych, takich choćby jak himalajskie wejścia zimowe. W wyprawach tego typu specjalizuje się Andrzej Zawada, który ze względu na cechy charakteru nie dopuszcza do nadmiernego pluralizmu w zespole. Taki ma styl, albo się go akceptuje i podporządkowuje mu, albo nie bierze udziału w jego wyprawach…

Andrzej Zawada i Wanda Rutkiewicz

Andrzej Zawada i Wanda Rutkiewicz

Z kolei Krzysztof Wielicki w relacji z zimowej wyprawy na Everest podkreślił: „ Jakąkolwiek książkę się czyta (…) wszędzie powtarza się to założenie, że trzeba wyprawy składać z par, ale Andrzej Zawada ma do tej sprawy inne podejście. Jego wizja to: zawodnicy – pionki, i on – gracz, który je ustawia. Zaraz po pierwszych wejściach było już widać, kto ma jakie tempo. Od razu wiadomo było, że ja naprzykład mogę chodzić z tym i z tym, a z tamtym nigdy nie pójdę. Nigdy, to znaczy oczywiście, jeżeli nie będzie takiej konieczności…

Ponadto w artykule Moniki Rogozińskiej, Wielicki powiedział: „…Przyjaciele i wrogowie, wszyscy zgodnie przyznają, że Zawada miał naturę charyzmatycznego przywódcy. Kierował bitwą, ale nie używał instrumentów wojennych, po prostu stwarzał dobrą atmosferę do działania (…). Miał świetną rękę do ludzi. Potrafił bez trudu skompletować silny zespół, który mobilizował do walki bez pokazywania palcem i doprowadzał do sukcesu. Dla niego zawsze liczył się sukces zespołu…”

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

Z kolei Leszek Cichy stwierdził: „ …Andrzej Zawada miał autorytet wśród himalaistów. Nigdy nie miał kłopotów z utrzymaniem dyscypliny na wyprawach, budził szacunek. Jego dorobek wspinaczkowy także...”

„…Był genialny jako kierownik – wspominał Maciej Pawlikowski, który czterokrotnie uczestniczył w wyprawach organizowanych przez Andrzeja Zawadę – sympatyczny, dał się też poznać, jako gawędziarz, żartowniś, dowcipniś. Tak kierował wyprawą, że nie dawał odczuć, że jest kierownikiem. Pozwalał na dużą swobodę działania, dawał dużo luzu, a interweniował wtedy, kiedy należało. Nie zmuszał nikogo do wyczynów. Kierował w sposób bardzo inteligentny, niezauważalny, dlatego ludzie sami chcieli iść w górę, odczuwali motywację. Nie było żadnych sztucznych grafików, według których należało prowadzić działalność górską. Decyzje były podejmowane demokratycznie. Jak trzeba było zdecydowanie interweniować, to wtedy wkraczał i był bardzo stanowczy, szczególnie w sytuacjach decydujących i niebezpiecznych…”

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

Andrzej Wilczkowski powiedział z kolei: „…Zawada był niesamowicie twardy i miał charyzmę. Dlatego był przywódcą, którego wszyscy słuchali, ale też przeklinali czasem. Alpiniści to narodek indywidualistów. Wiem coś o tym, bo byłem dwukrotnie kierownikiem wypraw. Kierownik na wyprawie ma tragiczną sytuację, nie ma żadnych sankcji. Jeżeli stworzy się opozycja, do której będzie należało kilka osób, nie ma już wyprawy. On im nic nie może zrobić. Kierownika zespół musi po prostu akceptować i słuchać. Czasem kląć go w żywy kamień, ale wykonywać polecenia. Zawada umiał kazać. I słuchali go…

Nie obrażając innych kierowników wypraw, na których byłem – wspominał Piotr Konopka – Andrzej był zdecydowanie kierownikiem numer jeden i to pod wieloma względami. Po pierwsze, był dużym autorytetem, co powodowało, że uczestnicy nie negowali jego poleceń i taktyki. To co postanowił, było przez uczestników wykonywane. Jeżeli chodzi o zdolności organizacyjne, to był mistrzem improwizacji i nie zauważyłem, żeby były jakieś sytuacje trudne, z których nie potrafiłby znaleźć wyjścia. W czasie karawany w góry czy w drodze powrotnej, czy w czasie samej akcji górskiej był pełen inwencji, zawsze aktywny i optymistycznie nastawiony. Uważał, że wszystkie trudności są do przezwyciężenia…”

* * *

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

Jeżeli chodzi o relacje Andrzej Zawada-kierownik i Andrzej Zawada-alpinista to początkowo Zawada brał udział w atakach szczytowych (Kunyang Chhish – 1971, Noszak – 1973, Lhotse – 1974), a potem czynnie uczestniczył w akcjach przygotowujących drogę na szczyt, wyznaczając do samego ataku inne zespoły. „…To był kierownik– jak powiedział Wojciech Święcicki – który nie siedzi w okopach i mówi, <do przodu>, ale mówi <za mną>. Sam Andrzej Zawada w przedmowie do albumu Wielkie wspinaczki, stwierdził: „…Co dziwne, do moich najmilszych reminiscencji należą te wyprawy, w czasie których, wraz z moimi towarzyszami, nie zdołałem wspiąć się na szczyt…”

Janusz Zdebski, który w swoim artykule poruszył kwestię ambicji sportowych kierownika, uważa, że kierownik posiadający wysokie kwalifikacje alpinistyczne i dobre przygotowanie kondycyjne, może być motorem akcji górskiej. Tu jako przykład przytoczył m.in. Andrzeja Zawadę podczas wyprawy na Kunyang Chhish. Nie zgadzał się natomiast z opinią Jana Kazimierza Dorawskiego, który twierdził, że kierownik nie musi należeć do grupy szturmowej, a nawet lepiej, gdy do niej nie aspiruje, gdyż wówczas pozwoli mu to z większą bezstronnością wyznaczyć osoby do ataku szczytowego.

Andrzej Wilczkowski stwierdził z kolei, że fakt iż Zawada od roku 1974 nie wspinał się na szczyty było jego atutem. „…Nie ma nic gorszego niż kierownik wyprawy z ambicjami wejścia na szczyt. On musiałby powiedzieć do kogoś – <ja idę na szczyt, a ty zostajesz>. I wtedy nie ma kierownika. Lider może iść na szczyt, ale wtedy, gdy zespół się załamuje. Wtedy kierownik powinien pociągnąć innych za sobą...”

Klasycznym przykładem, o którym mówił Wilczkowski, było zachowanie Andrzeja Zawady na zimowej wyprawie na Everest na przełomie lat 1979/80, kiedy trwała walka o Przełęcz Południową. „…Zdawałem sobie doskonale sprawę, że wyprawa wymyka mi się z rąk. Jak bezsilny jest kierownik w takich momentach, świadczą wyniki nie jednej wyprawy, której załamanie tłumaczy się później, tak wygodnie, ciężkimi warunkami atmosferycznymi. Ja nie chciałem jeszcze przegrać, mogłem zrobić tylko jedno: pójść sam na Przełęcz Południową….

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

Tak później skomentował to Krzysztof Wielicki: „…Szafirski z Zawadą mieli następnego dnia iść na Przełęcz, ale wiedziałem, że robią to tylko po to, żeby pokonać barierę psychologiczną u innych…”

Z kolei Maciej Pawlikowski na pytanie co z wydarzeń na wyprawach z Zawadą utkwiło mu najbardziej w pamięci, odpowiedział: „…Najsłynniejsza historia związana z Andrzejem dotyczy wyprawy zimowej na Everest przed 20 laty, kiedy jako 52-letni <starszy pan> porwał się do szturmu razem z Ryśkiem Szafirskim pod koniec wyprawy. Chcieli pokazać młodszym, którzy już opadli z sił i zwątpili w sukces wyprawy, że nie należy rezygnować, aż do końca (…). Na początku lutego zanosiło się na to, że wyprawa się załamie, gdyż niektórzy chorowali, inni byli wyczerpani i nie chcieli się ruszyć z bazy, ale część uczestników miała jeszcze siły i Zawada to wiedział, dlatego postanowił zachęcić ich swoim przykładem…”

Sam Andrzej Zawada tak komentował wtedy swoją decyzję: „…Wejdziemy, może „Turnię” rozbijemy, następnym będzie łatwiej…” Później w reportażu Anny Pietraszek podkreślił; „..Jako uczestnik wyprawy mam tą satysfakcję, że właśnie ja, razem z Szafirskim założyłem rozbudowany obóz ostatni na Przełęczy Południowej (…) i z tego namiotu dwójka, która zaatakowała szczyt Everestu (…) weszła na szczyt i wróciła szczęśliwie…

Podobnie na ostatniej wyprawie zorganizowanej przez Andrzeja Zawadę, na Nanga Parbat na przełomie lat 97/98, kierownik jeszcze raz pokazał, że potrafi zdopingować zespół działający w bardzo ciężkich warunkach, do podejmowania ataku. Tak wspominał to Piotr Konopka: „… Uważałem, że nie wyjdzie nigdzie poza bazę główną. Tymczasem pewnego dnia, po okresie aklimatyzacji, Andrzej oświadczył, że idzie do <jedynki> osobiście pokierować akcją. (…). Wszyscy byli pełni podziwu, że zdecydował się pójść. Doszedł do bazy wysuniętej, położonej 8 km od bazy głównej. Myśleliśmy, że na tym skończy , ale podano nam przez telefon, że pójdzie jeszcze do obozu I. Następnego dnia wyszedł ponad <jedynkę>, żeby oporęczować. Oglądaliśmy przez lunetę z bazy i widzieliśmy Andrzeja, który prowadził zespół w górę. Było to niezwykłe. Widok Lidera, który w wieku 70 lat prowadzi zespół i poręczuje, był imponujący...” To była ostatnia wspinaczka Andrzeja Zawady przed śmiercią.

* * *

Andrzej Zawada

Andrzej Zawada

Jako kierownik organizujący życie w bazie przywiązywał wagę do kilku zasad. „…Andrzej bardzo przestrzegał, żebyśmy w bazie jedli wspólne posiłki przy jednym stole – wspominał Lech Korniszewski – czyli inaczej, niż dzieje się na wielu wyprawach, gdzie ludzie przychodzą o różnych porach i każdy bierze co chce…

Jako znakomity gawędziarz, opowieściami wziętymi z życia wypełniał wszystkie wieczory na wyprawie, a zwykle jednorazowo było ich kilkadziesiąt…” – mówił Leszek Cichy.

W ważnych kwestiach zwoływał zebrania. Tak zapamiętał jedno z nich, mające miejsce podczas zimowej wyprawy na Everest, Krzysztof Wielicki: „…Powiedział, że jesteśmy na wyprawie narodowej, więc musimy zapomnieć o wszystkich regionalizmach. Potem wygłosił swoje słynne exposé o odmrożeniach. Oświadczył jak najoficjalniej, że inteligentny wspinacz się nie odmraża. Uzasadniał to długo i „naukowo”. Potem przypomniał o unikaniu wypadków (…). Potem dyskutowaliśmy jak działać…

Z kolei Krzysztof Pankiewicz wspominał wyprawę na Nanga Parbat na przełomie 96/97 roku: „…Ja i Rysiek Pawłowski wychodziliśmy z bazy w kierunku szczytu. Zakładaliśmy plecaki. Andrzej czekał, aż się zbierzemy. Dał nam polską flagę, właściwie proporczyk, żebyśmy zostawili na szczycie. Potem podawał każdemu rękę. Czekał specjalnie żeby wypuścić nas w góry, pobłogosławić. To było coś w rodzaju dotknięcia dłoni do ramienia <idźcie chłopcy>. Ale miało to taki magiczny charakter (…). Kiedy wracaliśmy do bazy, czekał. Bez względu na porę dnia i nocy…”

Sam Andrzej Zawada, w relacji z wyprawy na Cho Oyu powiedział: „…Już wolę się sam wspinać, niż zdzierać nerwy przy lornetce…” Wspominając oczekiwanie na łączność z Krzysztofem Wielickim po ataku szczytowym na Everest, zimą 1980 roku powiedział: „…Leszek Cichy po ciemku wrócił pierwszy do namiotu na Przełęczy. Połączył się radiotelefonem z bazą i powiedział, że wraca pomóc w zejściu Wielickiemu. Od tego momentu czekaliśmy do rana na jakiś znak życia z ich strony, podejrzewając najgorsze. Tłumaczyli się potem, że ich świat ograniczył się do jednego – ratować białe odmrożone stopy bez czucia. Nie mogliśmy im jednak długo wybaczyć, że zapomnieli o naszym całonocnym niepokoju…

* * *

Andrzej Zawada

Andrzej Zawada

„ …Nigdy nie używam takiego sformułowania, że cała Polska na nas patrzy – podkreślał Zawada – ale nie ma wyczynu bez ambicji…”

Maciej Pawlikowski zapytany w wywiadzie dla „Tygodnika Podhalańskiego”, czy Zawada za wszelką cenę dążył do osiągnięcia celu, potwierdził: „… To prawda, że bardzo mu zależało, by kierowana przez niego wyprawa osiągnęła cel. Sukces był dla niego bardzo ważny i jak mógł, tak mobilizował zespół, na swój sposób, wzbudzał w nas ambicje, byśmy się sprężali. Zachęcał też wielokrotnie różnymi opowieściami. Niektórzy mieli mu za złe, że ludzi wpędzał czasem w tarapaty…

Krzysztof Wielicki wspominał: „…Popychał nas do działania spojrzeniem, zachowaniem atmosferą. Czasem podpuszczał w sposób sympatyczny, mówił <Co ty, nie dasz rady?!> Tworzył klimat i atmosferę, żeby wszystkim zależało na wejściu...”

Andrzej Zawada podkreślał zawsze: „…Wejście na szczyt to wynik pracy całej ekipy. Jedna z wypraw w ogóle nie chciała powiedzieć, kto z uczestników był na szczycie, bo sukces jest wspólny…”

O tym, że dla Andrzeja Zawady liczył się szeroko pojęty sukces narodowy świadczą wypowiedzi które poniżej przytaczam.

„…Andrzeja zacząłem doceniać coraz bardziej z upływem lat – mówił prof. Lech Korniszewski, lekarz wiosennej wyprawy na Mount Everest – Może musiałem sam dojrzeć, by zrozumieć jego prawdziwe intencje. Wówczas wielu z nas myślało o nim jako o człowieku, który wszystko robi dla siebie i pod siebie. To nie prawda. On wychodził niemal ze skóry, żeby sukces odniosła polska wyprawa i polski sport. Teraz widzę, że nie chodziło o jego triumf, tylko polskich himalaistów…

Andrzej Zawada

Andrzej Zawada

„… Na wyprawie było obojętne, kto wejdzie na szczyt, ważne żeby weszli Polacy. Często mówił <My Polacy>, <My pierwsi>. On czuł dumę narodową poprzednich pokoleń. Czasem alpiniści rezygnują z dumy. Dla niektórych ważne jest tylko, żeby jego nazwisko znalazło się w gazetach, a dla Zawady było ważne, żeby polska wyprawa osiągnęła sukces…” – wspominał Krzysztof Wielicki

Potwierdził to również Andrzej Wilczkowski: „…Nie ważne było kto wejdzie na wierzchołek. Dla Zawady liczyło się, żeby polska wyprawa odniosła sukces…”

„…Zawsze mówił o tym, że biało-czerwona musi być na szczycie, a słowo Polska wielokrotnie było używane dla podkreślenia, że są to wyprawy narodowe. Każdemu zespołowi przypominał to, gdy zbliżał się moment ataku szczytowego i sprawdzał, czy zabrali ze sobą flagę. Sprawę traktował zawsze bardzo poważnie. Tego nigdy nie zapomnimy…” – podkreślił Maciej Pawlikowski.

* * *

Jednak czasem wyprawy Andrzeja Zawady nie osiągały sportowego sukcesu. „…Zawsze jest to pytanie, do jakiej granicy można posunąć ryzyko…” – podkreślał Zawada.

Andrzej Zawada

Andrzej Zawada

Wywiadzie na szczycie Zawada zapytany czy w ogóle możliwe jest wyznaczenie takiej granicy dopuszczalnego ryzyka, za którą prawdopodobieństwo wypadku staje się zbyt wysokie, odpowiedział: „…W górach rzeczywiście mogą mieć miejsce jakieś niespodziewane zdarzenia, ale to zawsze grozi człowiekowi bez względu na miejsce, w którym się znajduje. Nie zgadzam się jednak, że do wspinania nie można podchodzić racjonalnie i rozsądnie. Jeśli nie przestudiuje się ściany, aby sprawdzić, gdzie spadają lawiny, to wiadomo, że człowiek się naraża. Naraża się tez jeśli idzie na siłę, tak jak szedł na przykład Heinrich z Malatyńskim na Gasherbrum, jeśli robi się to, co na końcu robiła Wanda, której już nic nie można było wytłumaczyć. Gonił ją czas, ale mimo wszystko, nie można było działać tak, jak ona to robiła. Na ostatnich wyprawach chodziła już własnym tempem, nie potrafiąc dotrzymać kroku młodszym. Nosiła własny namiot, robiła własne biwaki i jakoś się udawało, aż w końcu się nie udało. Załamanie pogody i koniec. Z kolei ten wypadek chłopaków na Evereście [chodzi o tragiczną śmierć pięciu polskich alpinistów w czasie wyprawy na Mount Everest w 1989 r. ] Nigdy nie pozwalałem na swoich wyprawach wchodzić wszystkim na raz na poręczówki! Tutaj zgubiło ich to, że to były ostatnie godziny przed zejściem do bazy. Szukali tych lin poręczowych i jak je w końcu znaleźli, taka była euforia, że wszyscy weszli na nie od razu (…). To są zasady których trzeba się trzymać konsekwentnie, a oni weszli w szóstkę na jeden odcinek liny! Tam przecież nawet nie poszła duża lawina, ale opór śniegu na ich nogach był tak duży, że lina nie wytrzymała i wszyscy spadli. Gdyby po kolei wchodzili...”

Podczas wyprawy na Mount Everest wiosną 1980 roku, ze względu na dwa wypadki śmiertelne w zagranicznych wyprawach działających w rejonie Everestu, Andrzej Zawada zdecydował, że jeśli powiedzie się atak szczytowy, odwoła następne ataki szczytowe. „…Wywołało to zrozumiałe rozczarowanie wśród uczestników wyprawy, ale ryzyko sprowokowania wypadku było zbyt wielkie...” Z kolei w posłowiu do albumu Everest. Historia himalajskiego giganta, tak uzasadniał swoją decyzję: „…Ogłosiłem koniec wyprawy, choć wiedziałem, co czują Heinrich i Olech w obozie IV, skąd mieli rozpocząć kolejny atak szczytowy. Ale czy można było ryzykować nieszczęście, tylko dlatego, że przedłużymy wyprawę dla zaspokojenia osobistych ambicji któregoś z nas?...”

Andrzej Zawada - lider.

Andrzej Zawada

Tak po wyprawie skomentował tę decyzję Zygmunt A. Heinrich: „…Uważam, że decyzja Andrzeja Zawady, który podczas wyprawy wiosennej 1980 odwołał następne ataki szczytowe na Filarze Południowym, była z punktu widzenia kierownika wyprawy uzasadniona, jakkolwiek uniemożliwiła kilku ludziom zdobycie szczytu…”

Drugim przypadkiem, kiedy Zawada po pierwszym ataku szczytowym, który podjął wraz z Tadeuszem Piotrowskim, postanowił przerwać akcję, była wyprawa na Noszak w 1973 roku. Piotrowski nie popierał jego decyzji, twierdząc że odbiera szansę innym członkom wyprawy. Zawada powiedział wtedy: „…Szczyt załatwiony. Dalsze przedłużanie akcji nie ma sensu. Nie chcę mieć więcej kłopotów. (…). A zresztą w tej chwili nie można powtórzyć ataku. Wojtek z Mirkiem nie mają odpowiedniej aklimatyzacji, inni są zbyt nisko na dole. Trzeba byłoby od nowa zaopatrzyć obozy. Robota na kilka dni. A potem jeszcze wejście na szczyt. Przy założeniu, że przez cały czas będzie sprzyjająca pogoda…” Piotrowski w relacji z wyprawy napisał: „…Decyzję Andrzeja chłopcy przyjęli bez sprzeciwu….”

Na pytanie Stanisława Kality, czy świadomy wszystkich problemów i zagrożeń kierownik jest w stanie zawsze utrzymać „w ryzach” grupę świetnych alpinistów, którzy mają swoje indywidualne ambicje, Zawada odpowiedział: „…Muszę powiedzieć, że to bardzo trudny problem, bo w końcu najważniejszym celem każdej wyprawy jest zdobycie góry, a trudno jest coś nakazać lub zakazać człowiekowi oddalonemu ode mnie o kilka kilometrów i kilka dni wspinania. Każdy w którymś momencie podejmuje decyzję sam i wszystko zależy od jego rozsądku i odpowiedzialności. Zbyszek Trzmiel i Krzysztof Pankiewicz na Nanga Parbat prawie do końca mówili mi przez radiotelefon, że czują się świetnie i nie wspominali o żadnych odmrożeniach.(…) znana walka pomiędzy ambicją wejścia na szczyt a obawą o życie...”

* * *

Andrzej Zawada

Andrzej Zawada

„…Wypadki się zdarzają na wyprawach i będą się zdarzać….” – powiedział Zawada w reportażu Wyżej niż Himalaje. W Wywiadzie na szczycie podkreślił: „…Można by pewnie napisać odrębny artykuł o odpowiedzialności kierowników za wypadki na wyprawie. To ogromny temat…

Podczas wypraw kierowanych przez Andrzeja Zawadę miały miejsce dwa wypadki śmiertelne: Jan Franczuk wpadł do lodowej szczeliny na Kunyang Chhish w 1971 roku i Stanisław Latałło zamarzł na linach poręczowych na ścianie Lhotse w 1974 roku.

Jak jest wypadek śmiertelny na jakiejkolwiek wyprawie, kierownik wtedy odczuwa, jaki jest sam. Bo wtedy wszyscy milczą, nie ma już tych, którzy doradzają (…) tylko mówią <No teraz to ty sam musisz tutaj decydować>. Ja odpowiadam za to wszystko i zdaje sobie z tego sprawę i sądzę, że każdy kierownik zdaje sobie z tego sprawę…”

Andrzej Zawada w obydwu przypadkach, po głosowaniu w zespole, podjął decyzję o kontynuowaniu wyprawy. Jednak w reportażu Anny Pietraszek podkreślił: „…Nie ma chyba gorszej rzeczy dla alpinisty jak stracić kolegów w górach. Jest to potworny wstrząs i nie dziwię się, że czasami cała wyprawa się załamuje…

Próbę analizy decyzji zespołu o podjęciu dalszego ataku po śmierci Jana Franczuka podczas wyprawy na Kunyang Chhish w 1971 roku podjął w swoim artykule Janusz Zdebski. Wysunął dwie hipotezy. W pierwszej wskazał na orientację egoistyczną, gdzie chęć osiągnięcia szczytu pomimo śmierci kolegi zwyciężyła tendencję samozachowawczą (według schematu rozumowania: zginął mój kolega, jest niebezpiecznie, mogę zginąć i ja). W drugiej, powołując się na argumentację kierownika,„…Zdobycie Kunyang Chhish byłoby ukoronowaniem 150-letniej historii polskiego alpinizmu (…). Pojawiła się przed Polakami szansa zwycięstwa, jeżeli ją zmarnujemy, może się nie powtórzyć więcej...”, wskazał na orientację rywalizacyjną, która polega na zabezpieczeniu interesów swoich lub grupy w relacji do innych (jeżeli nie zdobędziemy szczytu, zrobią to inni, stracimy szansę będziemy gorsi).

Punkt widzenia samego Andrzeja Zawady na kwestię wypadków śmiertelnych podczas wypraw alpinistycznych ukazuje poniższa wypowiedź: „…Nikt, kto nie był w górach nie ma prawa tego oceniać, nie wolno ferować wyroków siedząc w wygodnym fotelu. To bardzo trudne dla każdego z nas. Proszę wziąć pod uwagę, że każdy kto idzie w góry musi się z tym liczyć. Odeszło wielu moich przyjaciół, wspaniałych wspinaczy, najlepszych…Koszty zorganizowania wyprawy są olbrzymie. To są często miliony dolarów, dziesiątki ton sprzętu. Czy kierownik wyprawy ma prawo do jej przerwania w przypadku tragedii? Na sukces wyprawy pracuje często dziesiątki ludzi, wyprawę przygotowuje się latami, coraz wyższe są koszty zezwoleń, długo na nie trzeba czekać… Proszę pamiętać słowa modlitwy Jurka Kukuczki: <Od śmierci w dolinach zachowaj nas Panie>…

* * *

Andrzej Zawada kierował w sumie dwunastoma wyprawami alpinistycznymi [łącznie z wyprawą na grań Tatr]. W reportażu Anny Pietraszek podkreślił: „ …Nie sztuka być kierownikiem jednej wyprawy, sztuką jest być kierownikiem 2,3,4,5,10, kiedy ten ktoś zdobędzie zaufanie uczestników (…), kiedy w głosowaniu jest się wybieranym na kierownika kolejnej wyprawy...”