Być zimą na Evereście – walka o Przełęcz Południową (1979-1980)

Sprawa wyglądała właściwie beznadziejnie. Nie mogliśmy sforsować tych, wydawało się – zaledwie 800-u metrów między obozem III i Przełęczą Południową. Co jakiś czas wyruszały z trójki zespoły na poręczowe liny porozwieszane jak pajęcze nici przez letnie wyprawy. Ludzie zaczęli się powoli wykruszać. Odmrożeni i wyczerpani schodzili do bazy. Najbardziej podłamał wszystkich wypadek Żurka, już powyżej Żółtych Skał – nagły, huraganowy podmuch wiatru uniósł go w powietrze i rzucił na lodową ścianę. Sprowadzony do bazy, po kilku dniach musiał wrócić do kraju. Pozostali walczyli jednak dalej. Wielicki i Fiut dotarli na Przełęcz Południową. To była ogromna radość, lecz skończyła się prawie natychmiast. W mroźnym huraganie nie byli w stanie rozstawić namiotu, w płachcie biwakowej nie spali całą noc, walcząc z wichurą, która mogła ich zepchnąć w przepaść! Byliśmy przerażeni słysząc ich relacje w radiotelefonie. Jak tu myśleć o zdobyciu Everestu, jeśli trudno przeżyć jedną noc na przełęczy, na szczyt było stamtąd, jeszcze 850 m w pionie? W eterze rozgorzała dyskusja między obozami, granicząca z histerią, w której słowa „Niemożliwe”, „nie ma szans”, „trzeba się wycofać” powtarzały się najczęściej.

W takich chwilach kierownik musi coś wymyślić. Krótko; postanowiłem pójść na Przełęcz, sprawdzić te „ nieludzkie” warunki, Rysiek Szafirski był moim partnerem. Przedtem byłem tylko w obozie II na wys. 6500 m w Western Cwm, miałem więc do pokonania – bez odpowiedniej aklimatyzacji 1500 m od razu.

13 lutego pod wieczór wszystko dotarliśmy na Przełęcz, wyglądało niesamowicie w fioletowo purpurowym świetle. Poruszaliśmy się jak kosmonauci po księżycu w strugach mroźnego powietrza. W uszach huczało, krzyczeliśmy do siebie, odchylając tylko na moment maski tlenowe. Na Przełęczy nie było prawie śniegu. Ogromne, kolorowe śmietnisko butli tlenowych, ładunków butanowych, podartych namiotów rozciągało się na wszystkie strony. Gdzie te lata, kiedy nie było tu jeszcze nikogo! Od strony kopuły szczytowej Everestu stał samotny namiot- widmo wypełniony stwardniałym śniegiem, jakby ciągle czekał na powrót bohaterskiej Hannelore Schmatz, która życiem zapłaciła za pozostanie przy umierającym towarzyszu, w drodze powrotnej ze szczytu.

Było coraz zimniej. Rozbijając Omnipotenta musieliśmy zdejmować na parę sekund rękawiczki, palce natychmiast bielały i puchły, było –42st.C. Wreszcie uporaliśmy się jakoś z masztami Omnipotenta. Jak wiele znaczył ten kawałek płótna chroniąc nas przed wiatrem. Zapaliliśmy dwie maszynki butanowe – komfort! Poprosiłem bazę o jakąś żywą muzykę. Powoli zaczęły zgłaszać się obozy z niedowierzaniem słuchając naszych optymistycznych relacji. Cichy i Wielicki zgłosili chęć ataku szczytowego za dwa trzy dni.

Szczególnie postawa Wielickiego zaimponowała wszystkim. Widzieliśmy przecież jego odmrożone, krwawiące palce stóp, po powrocie z Przełęczy. Nawet nie zszedł do bazy, tylko przyczaił się w obozie II na krótki odpoczynek. Następnego dnia po południu przyszedł na Przełęcz Heinrich z Pasangiem. Ręce mi opadły, gdy dowiedziałem się, że nie zabrali ze sobą masek tlenowych. Zyga nie wierzył że wejdzie na szczyt. Oddaliśmy im swoje! Szafirski lepiej zaaklimatyzowany gnał w dół, ja coraz bardziej odczuwałem brak tlenu. Wreszcie, jak dziecko dałem się zaskoczyć nocy i bezskutecznie próbowałem w słabnącym świetle czołówki znaleźć kolejną poręczówkę. Klnąc wykopałem w lodzie półkę i postanowiłem czekać świtu. Pod nogami miałem prawie tysiąc metrów lodowej ściany, gładkiej zimą, jak szkło. Z opresji wyratowali mnie Cichy i Wielicki, którzy z największym poświęceniem dotarli do mnie o 2 w nocy.

Nasze pozwolenie na wyprawę – pierwsze zimowe zezwolenie, jakiego udzielił Nepal, ważne było od 1 grudnia do końca lutego. Podczas odprawy w Katmandu, ówczesny szef Sekcji wysokogórskiej w Ministerstwie Turystyki, pan Sharma poprosił mnie, żebym akcję w górę prowadził do 15 lutego , i od tego dnia likwidował obozy, tak by przed 1 marca opuścić bazę. Chcąc dotrzymać naszej gentelmen agreement, droga radiową poprosiłem Ministerstwo o zwolnienie mnie z tych ustaleń. Jeszcze 14 lutego nie było odpowiedzi. 15 lutego, od rana siedzieliśmy w napięciu przy radiotelefonach czekajc na wiadomość od Zygi i Pasanga. Gdyby nie było odpowiedzi z Katmandu, ich atak byłby nasza ostatnią szansą. Niestety doszli tylko do 8350 m. Co prawda pobili nasz zimowy rekord z Lhotse, ale marne to było pocieszenie! I znów nerwowe czekanie, tym razem przy radiostacji. Cichy i Wielicki wyruszyliu na wszelki wypadek do obozu III

Ministerstwo trzymało nas do końca w napięciu. Dopiero o godzinie 17-tej przekazało wiadomość, że zgadzają się jeszcze tylko na dwa dni akcji do góry.

Cichy i Wielicki 16 lutego przeszli w ładnym stylu z trójki do czwórki i na Przełęcz. Przy wieczornej łączności powiedzieli, że czują się doskonale, temperatura na zewnątrz namiotu –normalne -42 C! W nocy długo nasłuchiwaliśmy wycia wiatru na graniach. Może jutro się trochę uspokoi.

Rano 17 lutego zgłosili się o 6:30 i powiedzieli, że zabierają ze sobą po jednej butli tlenu. Napięcie osiągnęło zenit! Wyruszyli o 6:45 kiedy pierwsze promienie słońca dotarły na Przełęcz. W powietrzu unosił się wydmuchiwany, świeży śnieg utrudniając widoczność. Na wysokości 8500 metrów znaleźli plecak i czekan, pewnie Ray Geneta, który gdzieś tam zmarł jesienią wracając ze szczytu. Na grani silny wiatr i niebezpieczne nawisy. Cały czas byli związani liną. Jeszcze „Hillary Step” i wreszcie o 14:30 dotarli do chińskiego triangula, który wystawał zaledwie 30 cm ze śniegu. W eter padają historyczne słowa: „Jesteśmy na szczycie, Everest zimą zdobyty”.

Zostawili swe wizytówki, różaniec od papieża i przywiązali do triangułu termometr minimalny. Spieszyli się w dół. Wielicki tracił czucie w palcach nóg, Na Wierzchołku Południowym skończył się im tlen, szli coraz wolniej, Na wysokości 8300 m zobaczyli w zachodzącym słońcu zwłoki Hannelore Schmatz. Późną nocą dotarli do namiotu na Przełęczy, który na szczęście nie poddał się wichurze.

Następnego dnia witaliśmy ich radośnie w obozie II.