Człowiek, któremu chciałbym wyrazić moje najwyższe uznanie (2000)

Był rok 1818. Latem do Szwajcarii, nad piękne Jezioro Genewskie, przyjechał młody polski turysta, Antoni Malczewski. Tak, ten poeta, który w przyszłości będzie autorem poematu Maria. Miał wtedy 25 lat. Urzeczony widokiem Mont Blanc, wyniosłą górą, błyszczącą w promieniach zachodzącego słońca potężnymi lodowcami, zapragnął stanąć na jej szczycie. Mogę zrozumieć, co odczuwał wówczas Malczewski. Dobrze mi znany prawie hipnotyczny nakaz pójścia ku zjawie, od której nie można oderwać wzroku, niecodzienne piękno zawarte nie tylko w kształtach góry, ale również w jej niedostępności jest dla wielu wyzwaniem.

Zdumiewa konsekwencja, z jaką zaczął realizować swój zamiar. Nawet dzisiaj wejście na Mont Blanc nie należy do najłatwiejszych, a cóż dopiero w tamtych latach, kiedy ludzie ledwie zaczynali zbierać pierwsze doświadczenia w zdobywaniu wysokich gór. W dodatku wszyscy mu odradzali niebezpieczną wyprawę, strasząc ogromnymi trudnościami. Uważali pewnie młodego poetę za narwanego młodzieńca. Nic bardziej błędnego. Malczewski z rozwagą dążył do celu. Przede wszystkim wybrał się do Chamonix, wioski leżącej u stóp Białej Góry. Ciekawe, jak wyglądała w owym czasie taka podróż, jak długo trwała. Dzisiaj, samochodem po gładkim asfalcie, drogą przez rozpięte betonowe mosty, przez wydrążone w skałach tunele, można tę trasę przejechać w niecałe dwie godziny.

W Chamonix Malczewski wynajął 11 przewodników i tragarzy, rekrutujących się z miejscowych górali. Na szczęście miał na to pieniądze, i to pewnie niemałe, bo stawka przewodnicka na tak wysoką górę nie mogła być bagatelna.

Wyobrażam sobie, jak prymitywny był wówczas sprzęt używany na biwakach i do wspinaczki. Na lodowiec, w obawie przed szczelinami, zabierano tzw. alpensztoki, długie drewniane żerdzie, które trzymało się poziomo i w razie wpadnięcia do szczeliny nieszczęśnik zawisał na nich nad przepaścią. Kiedy wszystko było już gotowe do wymarszu na Mont Blanc, Malczewski podjął decyzję, która śmiałością musi zadziwić każdego, kto choć trochę wspinał się po górach. Mianowicie, kiedy dowiedział się, że górująca nad Chamonix lodowo-skalna turnia Aiguille du Midi (3842 m) nie była nigdy zdobyta, zmienił plany i postanowił wejść na ten dziewiczy szczyt, a potem iść dalej na Mont Blanc. Była to na tamte czasy decyzja nie tylko wyjątkowo odważna, ale przede wszystkim prekursorska. Chodziło Malczewskiemu o dokonanie czegoś nowego, trudnego, o wyczyn dla wyczynu. W prostych słowach wyraził to, co nim kierowało: „Ciekawość i pochlebna chęć dokonania tych rzeczy, których na co dzień dopełnić nie można” – mógłby się pod tym podpisać chyba każdy współczesny alpinista.

Wszystko odbyło się sprawnie. Najpierw zdobyto Aiguille du Midi, dokładnie jej północny wierzchołek (3802 m), na którym stoi dzisiaj budynek stacji kolejki linowej, a następnie, po paru dniach odpoczynku w Chamonix, dokonano 4 sierpnia wejścia na Mont Blanc. Przejściami tymi Malczewski udowodnił kondycję fizyczną i wyjątkową sprawność techniczną we wspinaniu, chociaż wiadomo, że miał kontuzjowaną lewą stopę w wyniku postrzału podczas pojedynku o kobietę.

Nie udało się tylko zrealizować początkowego planu przejścia od razu z Aiguille du Midi na Mont Blanc, ze względu na wyjątkowe trudności, na jakie natrafiono na grani. Jednak to, że Malczewski potrafił wycofać się i ponownie ruszyć na Mont Blanc, świadczy o jego rozwadze i wytrwałości.

Wiadomość o wyczynach Polaka rozeszła się szybko po świecie. Jego nazwisko przekręcano niemiłosiernie w doniesieniach prasowych i artykułach. Maleyski, Matzewsky itp. Ciekawe, że sam Malczewski swoje oficjalne sprawozdanie w formie listu do profesora Picteta w Genewie podpisał tylko inicjałami A.M. Czyżby przez skromność? Po latach znaleziono książeczkę przewodnicką jednego z górali z Chamonix, w której była wpisana odręczna rekomendacja, podpisana przez Malczewskiego pełnym imieniem i nazwiskiem: „Jean-Michel Balmat był ze mną na Aiguille du Midi i na Mont Blanc. Polecam go jako bardzo dobrego przewodnika, silnego i rozważnego”. Również w Polsce, jeszcze tego samego roku, wydrukowano w „Dzienniku Wileńskim” sprawozdanie Malczewskiego przetłumaczone na polski, zamieszczone we fragmentach obok. Po latach, podczas pisania poematu Maria, wracał Malczewski myślami do przeżyć na Mont Blanc. Świadczy o tym jego przypis 4, do pierwszej pieśni poematu, rozdział 11. Dla ludzi gór szczególnie interesujące są zawarte tam bardzo fachowe uwagi o trudnościach wejścia na Mont Blanc oraz przestrogi dla przyszłych amatorów wyprawy na Białą Górę, zadziwiające u romantycznego poety.

„[…] W podróży mojej na szczyt góry Mont-Blanc, gdzie przez dwie godziny pobytu doznałem uczuć, jakich już zapewne w życiu moim nie doświadczę, […] widoczne były jeziora: Genewskie, Neuchatel, Morat, Bienne itd., jakby rozciągnięte na mroku żagle […] podobnie rozpoznać było można lodozwały (glacierś), […] Nic jednak wspanialszego i dzikszego jak widok z góry Mont-Blanc […] inaczej go sobie wyobrazić niepodobna, jak wystawiając się uniesionym przez jakiego dobrego czy złego ducha w chwili, gdy Bóg chaos utwarzał. Wszystko, co dziełem człeka, znika przez swoją małość; tysiące gór olbrzymich z granitowymi szczytami lub śnieżnymi tarczami, niebo prawie czarnego koloru, słońce przyćmione, blask rażący od śniegu, rzadkie powietrze, a stąd krótki oddech i szybkie bicie pulsu, nadludzkim jakimś czuciem i uczuciem przejmują śmiertelnika; […] Niech to wspomnienie nadzwyczajnego zajęcia, jakiego doświadczyłem na tej ogromnej i odosobnionej górze, nie będzie powodem żadnego z naszych młodych wędrowników do przedsięwzięcia tej podróży oprócz wielkiego bardzo trudu i niebezpieczeństw koniecznie do tego zamiaru przywiązanych jeszcze jego pomyślny skutek od wielu obcych nam okoliczności zależy. Trzy dni pogody bez najmniejszej chmury i niezbyt rozmiękłe śniegi prawie potrzebniejsza pomocą niż najcierpliwsza wytrwałość i najmocniejsze piersi: bez tych jednak warunków tylko na zgubę narazić się można i byłoby najszkodliwszym uporem nie słuchać ostrzeżeń przewodników, którzy wszędzie w Szwajcarii, a szczególniej w Chamouni, pełni są odwagi i rozsądku”.

Kiedy w latach 60. jeździliśmy na obozy wspinaczkowe do Chamonix, ówczesny dyrektor linowej na Aiguille du Midi, Antoine Pocchard, pomagał na zawsze, dając zniżkowe bilety. W czasie wojny był więźniem obozu koncentracyjnego, gdzie spotkał się z naszymi rodakami, i od tej pory żywił wielką sympatię do Polaków.

Któregoś dnia powiedzieliśmy mu żartem, że następnym razem przywieziemy wielką, mosiężną tablicę ku czci Malczewskiego i przykręcimy na ścianie górnej stacji kolejki. Był zupełnie zaskoczony, że Polak pierwszy zdobył „jego” górę, i w dodatku tak dawno temu. Jego zdziwienie mogłem jeszcze zrozumieć, ale byłem zupełnie załamany, kiedy w moim artykule o polskim alpinizmie dla francuskiego miesięcznika o górach zmieniono datę 1818 na 1918, a zdanie, że Polak był przed Francuzem na Mont Blanc – po prostu wykreślono, nie mogąc się pewnie z tym faktem pogodzić. A jednak miałem rację, bo Sabaudia, skąd pochodzili wszyscy przewodnicy wchodzący z zagranicznymi turystami na Mont Blanc, była w tym czasie królestwem od Francji zupełnie niezależnym. Zresztą nie ma się czego wstydzić. Podobnie było na Kaukazie, gdzie Rosjanie zostali wyprzedzeni przez Anglików w zdobywaniu szczytów.

W każdym razie, Drogi Czytelniku, gdy znajdziesz się kiedyś w pięknym Chamonix, i unosząc wysoko głowę, będziesz podziwiać ogromne lodowce opadające ze szczytu Mont Blanc, lub kiedy wyjedziesz kolejką na urwiste skały Aiguille du Midi, pomyśl o naszym romantycznym poecie, o jego fantazji, o odwadze i wytrwałości.

A może warto poważne potraktować pomysł umieszczenia tablicy ku pamięci Antoniego Malczewskiego na wielkiej francuskiej Białej Górze?