Fizjologiczne problemy aklimatyzacji górskiej (1975)

Przy zdobywaniu gór najwyższych do normalnych trudności wspinaczki w skale i lodzie dochodzi jeszcze problem niskiego ciśnienia atmosferycznego i związanego z nim niedotlenienia organizmu. Deterioracja fizyczna na dużych wysokościach jest wielkim niebezpieczeństwem dla alpinistów, z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę. Przykładem na to są liczne tragedie spowodowane lekkomyślnym wchodzeniem na duże wysokości bez odpowiedniego przygotowania.

Ujemny wpływ rozrzedzonego powietrza na organizm człowieka znany był ludziom od dawna – doświadczenia mieszkańców wysoko położonych wiosek w Andach, pierwsze loty balonami w XIX wieku. Człowiek przyzwyczajony do normalnego ciśnienia atmosferycznego nie wytrzymuje, jak się okazało, gwałtownej zmiany wysokości. Szybkie wzniesienie się na 7000-8000 m musi po krótkim czasie zakończyć się śmiercią. Jednak liczne wyprawy alpinistyczne w najwyższe góry świata, a szczególnie przedwojenne wyprawy angielskie na Everest (8848 m), udowodniły, że organizm ludzki potrafi przystosować się do rozrzedzonego powietrza, pod warunkiem, że będzie miał na to dostateczną ilość czasu. Podczas brytyjskiej ekspedycji everestowskiej w 1933 roku F.S. Smythe spędził trzy noce, bez użycia tlenu na wysokości 8350 m, a więc znacznie powyżej tzw. – strefy śmierci.

Przystosowanie człowieka do obniżonego ciśnienia atmosferycznego interesowało fizjologów od dawna. Stwierdzono, że skład procentowy powietrza – ok. 21% tlenu, 79% azotu, nie zmienia się aż do wysokości 15 km, jednak ciśnienie parcjalne tlenu zmniejsza się proporcjonalnie do spadku ciśnienia atmosferycznego. Pociąga to za sobą zmniejszone wysycenie tlenem krwi tętniczej (hipoksemia), wywołujące objawy tzw. choroby górskiej. Przejawia się ona: osłabieniem, bólem głowy, nudnościami, wymiotami, brakiem apetytu, bezsennością oraz okresowym bezdechem, zwanym Oddychaniem Cheyne-Stokesa spowodowanym obniżeniem ciśnienia parcjalnego CO2 we krwi (hipokapnia). Niewydolność układu oddechowego na dużych wysokościach ludzki organizm kompensuje wzmożoną działalnością serca, zwiększoną wentylacją płuc oraz wzrostem erytrocytów, mioglobiny w mięśniach i wzrostem aktywności enzymatycznej. Wszystkie zbadane do tej pory procesy fizjologiczne nie tłumaczą całkowicie zjawiska aklimatyzacji.

Tymczasem w związku z rozwojem alpinizmu coraz więcej wypraw wyrusza w wielkie góry, a ich uczestnicy muszą praktycznie rozwiązywać skomplikowane problemy życia na dużych wysokościach. Przekonano się np., że nie ma metody sprawdzenia, jak ktoś będzie znosił wysokość – poza praktyczną próbą w górach. Badanie w komorze niskich ciśnień daje wręcz fałszywe wyniki. Obserwowano też duże różnice w zdobywaniu aklimatyzacji u poszczególnych osób.

Klasyczne objawy choroby górskiej zaczynają się pojawiać mniej więcej na wysokości 3500-5000 m, ich narastanie zależy od szybkości przeniesienia się na tę wysokość. W każdym razie na tym poziomie następuje zasadnicza selekcja uczestników wyprawy. U aklimatyzujących się dobrze objawy chorobowe mijają po 2-3 dniach, źle znoszący wysokość czują się z każdym dniem coraz gorzej i jedynym ratunkiem (poza korzystaniem z tlenu) jest szybki powrót na dół. Ta kategoria ludzi nie nadaje się do sportowej działalności w górach najwyższych. Ale nawet ci, którzy dobrze przystosowują się do wysokości ok. 5000 m, nie wszyscy wykazują jednakową formę fizyczną przy dalszym wchodzeniu do góry. Tutaj jednak trudniej uchwycić różnice i przeprowadzić szybki podział na „lepszych” i „gorszych”, niż w przypadku pierwszego zetknięcia się ze zjawiskiem choroby górskiej. O zakresie podejmowanych zadań sportowych przez alpinistów decyduje indywidualna sprawność fizyczna na dużych wysokościach. Doświadczenia wykazują, że najlepszą aklimatyzację można osiągnąć, stosują zasadę stopniowego wchodzenia i schodzenia w dół.

Obserwuje się zjawisko – aklimatyzacji do poszczególnych wysokości. Podczas polskiej wyprawy na Kunyang Chhish 7852 m uczestnicy odczuwali objawy choroby górskiej każdorazowo przy pierwszym wejściu o 500-600 m wyżej. Po powrocie do bazy i ponownym wejściu na tę wysokość objawów chorobowych nie odczuwano (w każdym razie nie wszyscy). Stwierdzono również, że przy dalszej dobrej aklimatyzacji można przebywać na wysokości 6500 m szereg tygodni. Powyżej 7000 m obserwuje się ubytek wagi, spadek wydolności mięśni, narastające zmęczenie i brak apetytu. Na tej wysokości można przebywać zaledwie parę dni. Powyżej 8000 m już tylko 2-3 dni, i to przy objawach skrajnego osłabienia, wykluczającego skuteczną działalność sportową. Chcąc zatem polepszyć kondycję fizyczną na najwyższych wysokościach zaczęto używać tlenu.

O jego dodatnim wpływie mogliśmy się przekonać podczas zimowej wyprawy na Lhotse 8511 m w grudniu 1974 r. A. Heinrich i niżej podpisany (Andrzej Zawada) użyli po raz pierwszy tlenu w czasie przejścia z obozu III 7100 m – do obozu IV 7800 m i podczas próby zdobycia szczytu, kiedy to osiągnięto wysokość 8250 m. Przy wspinaniu pobieraliśmy z butli 4 l/minutę oraz przy spaniu 1 l/minutę. Prawie natychmiast po założeniu masek stwierdziliśmy znaczną poprawę kondycji. Odczucie ciepła było dla nas zaskoczeniem, przy temperaturze -35º C zdjęliśmy puchowe kurtki. Wbrew legendom na temat groźnych skutków przerwania poboru tlenu zdjęcie maski, nawet na pół godziny, nie wywoływało żadnych zakłóceń tak fizycznych, jak psychicznych.

Przyjęło się uważać, że do wysokości 8000 m tlenu nie potrzeba, albo raczej biorąc pod uwagę etykę sportową alpinistyczną – nie powinno się go używać. Wydaje się, że tę sprawę należy rozpatrywać w ścisłej zależności od wielkości zdobywanej góry i stopnia trudności wybranej drogi.

Jeżeli szczyt ma nieco więcej niż 8000 m (do tej kategorii należy 9 ośmiotysięczników) można go atakować z wysokości 7300-7500 i po paru godzinach wrócić na tę wysokość, lub niżej. W tym wypadku tlen jest zbędny przy dobrej aklimatyzacji, ewentualnie może być użyty do spania przed atakiem. Co innego, jeśli zdobywa się takie szczyty jak Makalu 8481 m, czy Everest 8848 m, tutaj tlen powinien być użyty nie tylko w momencie ataku, z wysokości 7800-8200 m, ale już wcześniej przy przechodzeniu z 7200 m na 7800-8200 m, chodzi bowiem o jak największy zapas sił na działalność powyżej 8000 m.

Tak samo użycie tlenu będzie konieczne, jeżeli z powodu trudności technicznych terenu trzeba przebywać parę dni na wysokości w granicach 7600-8000 m.

Na zakończenie tych krótkich rozważań na temat górskiej aklimatyzacji dołączam parę wykresów działalności niektórych uczestników wyprawy zimowej na Lhotse (8511 m).

Wykresy Wiśniewskiego i Tędziagolskiego świadczą o braku zdolności do aklimatyzacji. Po dojściu do bazy położonej na wysokości 5350 m wystąpiły u nich ostre objawy choroby górskiej. U Tędziagolskiego wystąpiła uremia, u Wiśniewskiego obrzęk mózgu. Po cofnięciu się tych objawów próba wyjścia do góry zakończyła się w obozie I. Wykres Heinricha jest przykładem działania alpinisty dobrze znoszącego wysokość. Ciekawym przykładem jest wykres działalności Stanisława Latałły. Można na jego podstawie ocenić wyjątkowe zdolności do aklimatyzacji i dużą wydolność fizyczną Latałły. Przy pierwszym, na przykład, wyjściu z bazy idzie do obozu I – 6050 m, a następnie bez powrotu do bazy idzie jeszcze do obozu II – 6400 m, a nawet wyżej. Przy kolejnym wyjściu 26 XI 74 r. przechodzi od razu z bazy do obozu II, na tak duży wysiłek nie stać było wielu uczestników. Przed podejściem do obozu III – 7100 m przebywał w obozie II 14 dni – w sumie. A jednak w drodze powrotnej z obozu III zmarł, przechodząc odcinek lin poręczowych w ścianie Lhotse. Prócz ciężkich warunków atmosferycznych zaważył na tej tragedii fakt, że Latałło znalazł się sam w trudnym dla siebie technicznie terenie. Sądzę, że ten wypadek może być przykładem, jak dużą rolę w odporności fizycznej odgrywają czynniki psychiczne.