Hindukusz, Północna ściana Kohe Szachaura, 7116 m, lewym filarem (1977)

Potężna, północna ściana Kohe Szachaur, zawarta między jego wschodnią i zachodnią granią, liczy około 3000 m wysokości. Można w niej wyróżnić dwa filary wprowadzające wprost na wierzchołek – centralny, mniej stromy i prawie całkowicie lodowy, biegnący środkiem ściany, oraz lewy, bardziej wybitny, podcięty w połowie swojej wysokości stromą lodowo-skalną ścianą. Oba filary od dawna zaliczane były do problemów o najwyższych wartościach sportowych.

Nie mieli jakoś Polacy śmiałości do Szachaura. Dwa razy zaprzepaścili okazję dokonania pierwszego wejścia na wspaniały siedmiotysięcznik. Pierwszy raz w 1962 roku, kiedy sam widok jego północnych urwisk skłonił ich do szybkiego odwrotu, i drugi raz w 1963, kiedy w klasyczny sposób „zbarczono” górę, rezygnując z zaawansowanej próby na centralnym filarze. Zabrakło sportowych ambicji w owych eksploracyjnych wyprawach tamtych lat. Ostatecznie zdobyła Szachaura, od strony południowej, w 1964 roku austriacka wyprawa kierowana przez Gerarda Grubera.

Bardzo późno w 1976 roku nastąpiła częściowa rehabilitacja Polaków: uczestnicy zakopiańskiej wyprawy dokonali trzeciego, już po Francuzach i Hiszpanach, przejścia lodowej drogi centralnym filarem. Ale prawdziwą satysfakcję przyniósł dopiero 1977 rok. Pod Szachaurem zjawiła się 8-osobowa wyprawa Klubu Wysokogórskiego z Wrocławia, kierowana przez Janusza Kulisia. Za cel główny obrała sobie lewy filar, w dodatku przejście postanowiono przeprowadzić stylem alpejskim. Tego ambitnego zadania podjął się trzyosobowy zespół w składzie: Aleksander Lwów. Jerzy Pietkiewicz i Krzysztof Wielicki.

Wcześnie rano 9 sierpnia rozpoczęto wspinaczkę. W strome urwiska filara podprowadzał lodowy żleb pokryty odłamkami skał. Ciężkie plecaki nie pozwalały na zwiększenie tępa w tym niebezpiecznym terenie. Wreszcie dotarli pod spiętrzenie ściany. Rozpoczęły się wyciągi w kruchej skale. Koło południa drogę zagrodził im strony lodowo-skalny uskok wymagający trudnej, technicznej wspinaczki. Tak wspomina te chwile Alek Lwów: „Prowadzenie obejmuję w złym momencie. Pionowy kominek wypełniony potężnym lodowym naciekiem cały spływa wodą. Przemoczony i zmarznięty, błogosławię wspaniałe półrury Stubaia, zastępujące stopnie i chwyty. Wyżej półkę na biwak budujemy niemalże ze ściany, gołymi rękami. Punktualnie o godzinie 20 strzelam zieloną rakietę na znak, że z nami wszystko jest ok. Po chwili, głęboko w dole odrywa się od ziemi świetlisty punkt, na moment zawisa u szczytu swego lotu i gaśnie, pozostawiając nas co prawda samych, ale przecież nie samotnych. Tam w dole chłopcy myślą o nas i czekają”.

Następnego dnia systematycznie pokonywali wyciąg za wyciągiem, wspinając się w kruchej, niedającej dobrej asekuracji skale. Działali sprawnie jak dobry automat. Późnym popołudniem dotarli do wygodnej półki, nad którą groźnie sterczała wywieszona ściana. Do ataku ruszył Lwów asekurowany przez Wielickiego. Lawirując po pionowych, oblodzonych skałach, szukał jakiegoś przejścia w tym nadzwyczaj trudny terenie. Krok za krokiem, ostrożnie obciążając kruche chwyty i obłe stopnie, piął się do góry, będąc nieraz na granicy odpadnięcia. Wreszcie trudności się skończyły. Był późno, szybko umocował 80 metrów poręczówkę i zjechał do kolegów na przygotowany, wygodny biwak na skalnej półce. Tak relacjonuje on kolejne dwa dni w ścianie: „Po poręczówce szybko osiągamy lodowe pole pod groźnie wyglądającą barierą seraków. Spadające wciąż okruchy przypominają o grożącym niebezpieczeństwie. Staramy się iść jak najszybciej, ale wysokość i ciężkie, mimo ubytku zapasów, plecaki skutecznie przeciw temu działają. W pewnym momencie z przerażeniem stwierdzam, że lina, którą właśnie asekuruję Krzyśka, jest przecięta i trzyma się tylko na strzępach włókien. Obcinamy ją, co zwalnia nieco tempo wspinania.

Trzeci biwak zakładamy na wyrąbanych w skale półeczkach w połowie pola lodowego, oddzielającego oba skalne spiętrzenia filara. Zaczyna brakować żywności, a gotowanie z lodu przeciąga się w nieskończoność. Z niepokojem śledzimy wieczorne zachmurzenie, zdając sobie sprawę z tego, że teraz jedyna realna droga wyjścia ze ściany wiedzie przez szczyt.

W miarę jak posuwamy się w górę, trudności techniczne stopniowo maleją, ustępując miejsca wzmożonemu wpływowi wysokości i…. głodu. W zasadzie pozostaje nam gorzka herbata i niewielka ilość rodzynków. Coraz dłużej odpoczywamy, coraz trudniej brnąc w górę. Długie spiętrzenie skalne bije wszelkie rekordy kruchości. Lina, przesuwając się swobodnie po skale, strąca całe lawinki kamienne, a asekuracja staje się prawie fikcją.

Czwarty, czyli ostatni biwak zakładamy na eksponowanej grani, ponad drugim spiętrzeniem skalnym. Wysokość 6500 metrów.

Był 13 sierpnia, piąty dzień wspinaczki. Wstali o świcie, by jak najszybciej być na szczycie i rozpocząć zejście, gdyż żywność skończyła się zupełnie. Czuli się dobrze, choć żaden z nich nie był poprzednio na dużej wysokości. Koło godziny 13 stanęli uradowani na szczycie Szachaura. Czekało ich jeszcze długie zejście zachodnią granią. Zajęło im dwa dni.

Odwaga, wytrwałość i umiejętności pozwoliły im pokonać sławne trzykilometrowe urwisko, jedno z najwyższych zrobione stylem alpejskim.

W górach wysokich, 1985