Kunyang Chhish – fragmenty książki (1971)

Zawada: Halo baza, halo baza. Halo obóz II. Jesteśmy na szczycie Kunyang Chhisha, jesteśmy na szczycie Kunyang Chhisha. Rekord Polski! Odbiór.

Zierhoffer: No, Andrzeju, gratulujemy. Gratulujemy i… i się cholernie cieszymy. Jest w tej chwili godzina za piętnaście ósma. Daję Gienkowi aparat, żeby też wam złożył gratulacje i życzenia.

Chrobak: Serdeczne gratulacje, chłopcy. Pomyślcie o Jasiu Franczuku tam na szczycie. Odbiór.

Zawada: Tak jest. To wejście na cześć Jasia Franczuka. Tak jest, on życie poświęcił za to wejście.

Chrobak: No to jeszcze raz gratuluję. Oddaję głos obozowi II. Odbiór.

Michalski: Tu obóz II, tu obóz II. Serdecznie gratulujemy, serdecznie gratulujemy. Jesteśmy z wami. No i też myślimy o Jasiu Franczuku.

Zawada: Jesteśmy cholernie zmęczeni, ale panowie, jednak Polacy weszli na Kunyanga pierwsi, pierwsi Polacy. Co tu dużo mówić, to jednak olbrzymi sukces. Pomimo że po tym biwaku jesteśmy cholernie zmęczeni. Odbiór.

Michalski: Hura, hura, hurra! Cieszymy się strasznie. Ja sądzę, że trochę pofilmujecie, trochę pooglądacie i powoli będziecie schodzili. Jak się czujecie? Odbiór.

Zawada: Fajno. Daję słu…, daję radiotelefon Zydze. Sam idę ściskać się z Rysiem, który nas filmował i dopiero teraz doszedł.

Michalski: Halo Rysiu, halo Rysiu. Czy już jesteś przy mikrofonie? Odbiór.

Szafirski: Jestem… zaczekajcie, jestem… oj, jestem, ale tak jakby mnie nie było… och, chłopcy, tego jeszcze nie było, a i długo nie będzie. Czy mnie słyszycie? Odbiór.

Michalski: Słyszymy cię doskonale, słyszymy cię doskonale. Cieszymy się, że jesteś już też na szczycie. Pamiętaj o tym, żeby zrobić jak najwięcej zdjęć. I pomyśl, jeżeli są kamyczki jakieś, to weź parę małych kamyczków.

Szafirski: Dobrze chłopcy, zrobimy wszystko. Tylko pozwólcie nam się trochę nacieszyć. Bo ledwo tutaj zipiemy. Jesteśmy zmęczeni ale szczęśliwi… Jed… jednego tutaj brakuje, to Jasia Franczuka. Drogo zapłaciliśmy za ten szczyt. Dobra, ja już kończę, oddaję chłopakom.

Zawada: Tutaj szczyt Kunyang Chhisha. Kończymy ostatnie fotografie. Wydmuchało nas solidnie. Panorama cudowna, panorama jest cudowna. Mieliśmy pecha po wejściu na szczyt, bo akurat mgły cholerne podeszły z dołu i w ogóle nie było nic widać, a teraz na szczęście już mgły opadły i jest wspaniała panorama, no więc szalejemy i robimy tutaj fotografie. Za jakieś pięć – dziesięć minut schodzimy na dół.

Zierhoffer: Tak jest. Słuchajcie chłopcy. Myślę, że może tam za długo na szczycie nie siedźcie. Z fotografowaniem się uwińcie szybko i schodźcie. No bo koniak, koniak czeka, chłopcy…

Zapis wg oryginalnego nagrania magnetofonowego

Gienek, mów spokojnie

– Śniadanie gotowe! Chyba się już wyspałeś?

Z trudem przytomnieję po twardym, pokrzepiającym śnie, jaki zawsze nawiedzał mnie w bazie po powrocie z obozów. I pomyśleć, że nieraz w Alpach na wysokości 4400 metrów nie można było zasnąć!

Spoglądam na zegarek, ósma, zaraz słońce zacznie niemiłosiernie nagrzewać namiot. Powoli wyłażę ze śpiwora. Jest cicho, bezwietrznie. W rozsznurowanym wejściu namiotu widzę czystą, ostrą linię grani Kunyanga na tle błękitnego nieba. W górze też nie wieje. Ogarnia mnie radosne zadowolenie. Wszystko biegnie wyjątkowo dobrze. Wielotygodniową czujność zastępuje uczucie błogiego odprężenia i spokoju. Mamy za sobą koronkową, powietrzną grań Ice Cake, która budziła w nas tyle obaw. Jest już oporęczowana, niegroźna. Wczoraj wieczorem Stryczyński zawiadomił o założeniu obozu III pod Rampą, a w dodatku pogoda od wielu dni wspaniała. Czy może być lepiej?

– Truchcik, puść taśmę z Ellą Fitzgerald – proszę Andrzeja Kusia. – Czy zgłaszał się obóz III?

– Tak, łączył się Jaś Franczuk. Powiedział, że czują się dobrze, chociaż w nocy trochę marzli. Jedzą właśnie śniadanie, a potem chcą zrobić mały rekonesans w kierunku Rampy i dopiero wracać do bazy.

„Twarde chłopaki – myślę – już trzy dni siedzą na takiej wysokości i jeszcze im się zachciewa rekonesansu”.

Siadamy na bębnach przed namiotem kuchennym i popijamy z blaszanych kubków „płyn narkomanów”, ulubiony napój Staszka Zierhoffera i Janka Stryczyńskiego, Codziennie rano, jeszcze przed śniadaniem, budziła nas charakterystyczna krzątanina w bazowej kuchni: ściszone rozmowy, brzęczące odgłosy mieszania łyżeczkami, dzwonienie kubków. To poznaniacy przygotowywali sobie kawę „Marago”. Złośliwi twierdzili, że hałasują tak, ponieważ trzęsą im się ręce przed zażyciem zwykłej dawki krzepiącego narkotyku. Powoli nasi dwaj lekarze zarazili wszystkich swoim nałogiem, łącznie z Bogdanem Jankowskim, największym przeciwnikiem kofeiny. Ogólne picie kawy po przebudzeniu stało się tradycyjną ceremonią.

Wspólne biesiady przed namiotem kuchennym należały do najprzyjemniejszych chwil w życiu bazy. W powietrzu krzyżowały się ustawicznie zaczepki.

– Szafirski, nie ruszaj miodu!

– A bo co?

– To miód dla Michalskiego, wyłącznie!

– Ja też lubię miód.

– Ale on bardziej!

– Co ten Jacek taki dziś gadatliwy, już dwa słowa powiedział.

– E; siedzisz na mojej kanapce!

– Jakiej kanapce?

– Z sardynką!

Apetyt dopisuje wszystkim. Jeden z dyżurnych nalewa chochlą na plastikowe talerze dymiącą zupę ze skondensowanego mleka, drugi z wielką wprawą otwiera kolejne puszki mielonki i riapuszek.

Nagle w poranny gwar wdarł się chrapliwy, zniekształcony głos z bazowego „Klimka”:

– Kierownika, szybko kierownika do radiotelefonu!

Podrywam się i biegnę w kierunku namiotu technicznego. Nie mam wątpliwości, takim głosem woła się tylko w chwilach śmiertelnego niebezpieczeństwa.

– Bogdan włącz magnetofon – rzucam w biegu i chwytam radiotelefon.

– Tu baza, tu baza, mówi kierownik, co się stało? Odbiór!

Z radiotelefonu dolatują przerywane, niewyraźne słowa. Poznaję głos Chrobaka.

– Przechodziliśmy 10 metrów od… – głos Gienka zagłuszają szumy i trzaski – … Franczuk, kopiemy, czekamy na pomoc albo na dyspozycje, odbiór!

– Powtórz jeszcze raz – napięcie dławi mi głos – usłyszałem tylko zdanie, że czekamy na pomoc lub dyspozycje, ale nie wiem co… dokładnie co się stało, odbiór, spróbuj ruszać anteną, odbiór!

– Eee… most… – głos znów ucieka – … wieczora, czekamy na pomoc. Odbiór!

Co się tam dzieje? Franczuk zasypany?

– Halo, halo nie słyszałem, przyciskaj mocno przycisk, nic nie było słychać, tylko końcówkę – pomoc. Odbiór!

– Więc, przechodząc związani ze Strykiem obok namiotu – Gienek stara się teraz mówić wyraźniej – zerwał się most śnieżny, pod którym został pogrzebany Jasio Franczuk; kopiemy do wieczora, czekamy na pomoc. Odbiór!

– Tak jest zrozumiałem, tak jest zrozumiałem, kopcie ile się da, a pomoc idzie do góry. Odbiór!

Ściskam spoconą ręką małe pudełko radiotelefonu, z którego dolatują niewyraźne, podniecone słowa Chrobaka, strzępy zdań. „Jak im pomóc? – myślę gorączkowo. – Jesteśmy za daleko. Nie, nie ma żadnych możliwości. Tylko oni sami mogą go uratować. Liczą się najbliższe minuty. Muszą go odkopać! Dobrze, że jest tam lekarz. Jak długo jest pod śniegiem? to najważniejsze!”.

– Halo, Gienek, halo, Gienek, ile metrów jest… ile metrów zasypany jest Franczuk, ile metrów śniegu nad nim?

– Nie wiemy, nie wiemy, czy słyszycie – nie wiemy!

„Jest nas tutaj tylu, tam na górze rozdrapalibyśmy śnieg przygniatający Jasia. Wtedy Ryśka odkopaliśmy raz dwa, ale było nas trzech i nie potrzebowaliśmy się asekurować. Chrobak pewnie asekuruje Stryczyńskiego. Muszą uważać. Żeby tylko uważali w tym napięciu”.

– Gienek, mów spokojnie, teraz cię słyszę dobrze… czy tam nie grozi dalsze oberwanie?

– Tutaj, gdzie namiot stoi raczej nie, to jest szczelina wzdłużna, która oddziela nas powiedzmy… w jakimś sensie… e… czekaj, przepraszam! – znów tylko słychać szumy w głośniku.

„Może go znaleźli? Obóz II jest pusty, cholera! Wczoraj Staszek i Krzysztof nie czuli się nadzwyczajnie, postanowili jeszcze jeden dzień wypoczywać w obozie I. Będą mogli pójść do góry dopiero późnym popołudniem, kiedy przestaną grozić lawiny. Niedobrze. Dlaczego nic nie mówi? Mają łopatę, ale pewno trudno kopać. Jak głęboko leży? Że też nie ma żadnych śladów? Ile tego śniegu może być nad nim? Przecież gruby most by się nie zarwał. Jak to długo trwa! Dlaczego się nie odzywa? Może »Klimek« się zepsuł albo przycisk? Czy nie mogli obejść tej szczeliny? Jak tani było? Nie, no nic nie wiem, Trzeba czekać! Leży już pewnie 20 minut pod śniegiem, właściwie nie ma żadnych szans. Może jest jednak jakiś dopływ powietrza miedzy bryłami. Może się jeszcze wszystko dobrze skończy!”.

– Słuchajcie! E, słyszycie mnie? Znalazł go… odkopał, nie żyje, nie żyje, czy słyszycie mnie. Odbiór!

– Tak jest, słyszę, nie żyje. Tak jest słyszę. Odbiór!

Czuję falę chłodu. Jak przez watę dolatują do mnie dalsze słowa Chrobaka.

– … Jaś nie żyje, Jaś nie żyje… jakieś pół, pół godziny temu był wypadek… czy mamy schodzić, czy czekać tutaj? Odbiór!

– Poczekaj chwilę, zaraz się naradzę.

Wymieniamy nerwowe, pospieszne uwagi.

– Halo, Gienek, halo, Gienek, czy Jaś Stryczyński jest pewny, że Franczuk nie żyje? Odbiór?

– Zaraz ci go dam osobiście.

– Halo, Andrzej, halo, Andrzej – zgłasza się Stryczyński – jestem pewny, że nie żyje. Wszelkie znamiona śmierci… brak tętna na tętnicach szyjnych… – słychać fachowe określenia.

Tak, nie mam żadnych wątpliwości. To przecież diagnoza lekarza.

– Wracajcie natychmiast do obozu drugiego, tylko zwiążcie się liną i wracajcie ostrożnie. Pamiętajcie, wracajcie ostrożnie!

Odkładani „Klimka”. Zapada cisza. Teraz dopiero uświadamiam sobie, jak daleko są od nas. Dzięki radiotelefonom byliśmy tam razem z nimi. Teraz, w tej ciszy, wyrosła gwałtownie dzieląca nas przestrzeń. Czuję, jak bardzo są samotni. Żeby tylko szli ostrożnie, żeby szczęśliwie doszli do obozu II.

Wracamy na nasze miejsca przed namiotem kuchennym. Siedzimy w milczeniu nad niedokończonym śniadaniem. W uszach ciągle brzmią mi słowa „Jaś nie żyje, Jaś nie żyje…”. Patrzę po twarzach kolegów, są poważne, skupione, w niejednych oczach łzy. Wszyscy myślimy o nim. Przypominam sobie, jak poznałem się z Jasiem przed rokiem na lotnisku w Warszawie. Wybieraliśmy się w Pamir. Niewysoki, krępy, mocno uścisnął mi rękę. Kiedy się uśmiechał, w oczach pojawiały się błyski dowcipu i inteligencji. Był wesoły i bezpośredni.

Tak się złożyło, że od razu na początku pamirskiej wyprawy braliśmy obaj udział w trudnej akcji. Na wąskiej ścieżce, zawieszonej na pionowych ścianach kenionu, zdarzył się przykry wypadek – w 300-metrową przepaść spadł jeden z osiołków karawany, objuczony skrzynkami. Razem z Jasiem Franczukiem zjeżdżaliśmy na linach aż na dno kenionu, zbierając po drodze pogniecione puszki z rozbitych skrzynek. Już wtedy mogłem ocenić jego talent wspinaczkowy i doskonałą kondycję. Potem, na podszczytowych stokach Szczytu Lenina, torując z Jankiem w głębokim śniegu drogę, widziałem jego wyjątkową odporność na duże wysokości. Mimo niedługiego stażu był wszechstronnym alpinistą, bezsprzecznie o klasę przewyższającym taterników swego pokolenia. Pamiętam, jak się ucieszył, kiedy mu powiedziałem, że dołączam go do składu wyprawy w Karakorum. Wszyscy bardzo polubiliśmy Jasia. Wieczorami w bazie, przy butanowej lampie, godzinami mogliśmy słuchać jego zabawnych opowieści.

Z zamyślenia wyrywają mnie głosy kolegów, coraz głośniejsze, zapalczywe rozmowy. Zaczynają się pierwsze dyskusje. Wyczuwam, jak narasta atmosfera zdenerwowania i niepewności, pojawia się zwykły ludzki strach, chęć ucieczki, powrotu do kraju, do swoich najbliższych. Ogarnia mnie niepokój o losy wyprawy. Czuję, jak nasz zespół, który stanowił do tej pory precyzyjny mechanizm, mający za jedyny cel zdobycie szczytu, zaczyna się nagle rozpadać. Tak łatwo jest uzasadnić przed innymi i przed sobą samym konieczność odwrotu.

– Nie dyskutujmy teraz – mówię. – Niech każdy sam sobie najpierw wszystko przemyśli i zastanowi się, co należy robić dalej, a dopiero potem, kiedy już wszyscy zejdą w dół, zbierzemy się na wspólną naradę.

Mijają godziny, które przeczekujemy rozproszeni po całej bazie. Powoli znikają cienie, nadchodzi południowy upał. Ciągle niepokoimy się o chłopców. Bogdan z Ryśkiem raz po raz sprawdzają bazowy radiotelefon, czy jest nastawiony prawidłowo, czy wychwyci nawet najsłabszy sygnał z góry. Nasze nerwy przynajmniej w części uspokoi dopiero wiadomość od Chrobaka i Stryczyńskiego, że doszli szczęśliwie do obozu II. Już nie wiem, po raz który na wyprawie błogosławię nasze radiotelefony za ich sprawne działanie.

Są! Odezwali się wreszcie. Biegniemy wszyscy do namiotu technicznego.

– Tu obóz II – melduje Chrobak – jesteśmy z Jasiem Strykiem na miejscu. Czekamy do wieczora na odpowiednie warunki do zejścia.

Włączam radiotelefon na nadawanie.

– Dobrze Gieniu. Proponuję żebyście sobie przygotowali coś do picia, i jak odpoczniecie, zgłoście się jeszcze raz. Chcielibyśmy na spokojnie usłyszeć szczegóły wypadku. Przyszedł akurat goniec. Trzeba ułożyć depeszę do kraju.

Po półgodzinie Chrobak zgłasza się ponownie. Opowiada nam dokładnie przebieg wypadku. Pod koniec jego relacji nagle włącza się z obozu I Staszek Zierhoffer. Zaniepokojony, zaczyna dopytywać się, o co chodzi, bo usłyszał tylko kilka ostatnich zdań. Mówię mu o śmierci Jasia Franczuka, proszę, żeby zaczekali na schodzącą dwójkę i razem z nią wrócili do bazy.

Z ciężkim sercem układam depeszę do kraju. Myślę o rodzicach Jasia, naszych najbliższych, kolegach z Klubu.

Khurban Ali przyszedł z wioski Hispar z własnej inicjatywy. Chciał zarobić parę rupii. Przyniósł trochę kartofli i jakieś jarzyny. Teraz skorzystaliśmy z jego obecności, przesyłając depeszę do Nagaru. Zwykle goniec od Mira przychodził raz na dwa tygodnie i musielibyśmy czekać na niego jeszcze parę dni. W ten sposób zupełnie przypadkowo wiadomość o wypadku została natychmiast przekazana do kraju.

Wieczorem do bazy powraca czwórka z góry, obserwujemy schodzących przez lunetę. Powitanie jest smutne, nie pytamy o nic. Chrobak i Stryczyński zmęczeni i przygnębieni długo siedzą w milczeniu, nim raz jeszcze opowiedzą o wszystkim.

Po kolacji zbieramy się przed namiotem bazowym, zaczyna się dyskusja. Nie jesteśmy w stanie odłożyć jej na później. Napięcie ogromne, mają się przecież rozstrzygnąć losy naszej wyprawy. Rozmowa jest trudna i przykra. Wszyscy mówią gorączkowo, gwałtownie, pojawiają się wątpliwości i opory. A jednak trzeba zastanowić się spokojnie, trzeźwo rozważyć całą sytuację i wszystko, co z niej wynika.

Dochodzimy do wniosku, że sprowadzenie zwłok Jasia Franczuka do bazy jest niemożliwe. Transport na przepaścistej grani Ice Cake musiałby być połączony z ogromnymi trudnościami i ustawicznym ryzykowaniem życia ludzi uczestniczących w akcji. Decydujemy się pochować go tam, gdzie zginął – w szczelinie lodowej obok obozu III, w bazie natomiast – zrobić symboliczny grób z napisem na granitowym bloku.

Musi też zapaść decyzja co do dalszych losów wyprawy. Tylko my sami, tu na miejscu, możemy ją podjąć. Nikt nam w tym nie pomoże, nikt poza nami nie jest w stanie rozstrzygnąć problemu, przed którym stoimy: czy przerwać wyprawę? Czy wolno nam zrezygnować z dalszego atakowania szczytu?

Wyprawa była przygotowywana z najwyższym wysiłkiem, przez wiele lat. Doszła do skutku dzięki pomocy i ofiarności wielu ludzi i instytucji. Zdobycie Kunyang Chhisha byłoby ukoronowaniem 150-letniej historii polskiego alpinizmu – największym naszym osiągnięciem w zdobywaniu dziewiczych szczytów świata. Po 32 latach od zdobycia Nanda Devi East znowu pojawiła się przed Polakami szansa zwycięstwa, jeśli ją zmarnujemy, może nie powtórzyć się już więcej. Nas wybrano i nam powierzono wykorzystanie tej szansy. Udział w wyprawie tej miary przestaje być tylko osobistą, prywatną sprawą uczestnika, jest zobowiązaniem społecznym, zmuszającym do najwyższego wysiłku i rezygnowania z własnych aspiracji, do podporządkowywania swoich uczuć i odruchów wspólnemu celowi.

Wyjeżdżając na wyprawę, każdy z nas wiedział, że Kunyang jest górą bardzo trudną i niebezpieczną, i musiał się liczyć z konsekwencjami tego faktu. Wiele było wypraw, których uczestnicy znaleźli się w takiej sytuacji jak my i nie zaprzestali prowadzenia akcji. Jaś zginął w drodze ku szczytowi. Tylko przez pokonanie Kunyang Chhisha jego śmierć nie będzie daremna.

Dyskusja się przeciąga. Padają ostre słowa. Są jednak przeciwnicy dalszego atakowania szczytu, są i niezdecydowani. Wreszcie każdemu po kolei zadaję pytanie: czy kontynuować wyprawę? Każdy musi dokonać jednoznacznego wyboru. W pełnej napięcia ciszy padają odpowiedzi:

– Tak.

– Tak.

– Nie.

– Wstrzymuję się od głosu.

– Tak.

Większość jest za dalszym działaniem. Decyzja zapadła. Żeby nie było jakichkolwiek wątpliwości, pytam tych, którzy byli przeciwni kontynuowaniu wyprawy, czy dołączają się do reszty. Odpowiadają potwierdzająco.

Późną nocą wracam do swego namiotu szarpany sprzecznymi uczuciami. Wyprawa nie rozpadła się, będziemy dalej prowadzić oblężenie góry. Co jednak się stanie, jeśli nie zdobędziemy Kunyang Chhisha? Co będzie, jeśli znów zdarzy się jakiś wypadek? Czuję coraz mocniej ciążąca na mnie odpowiedzialność. Chyba do końca wyprawy nie będę już spokojny. Zasypiam dopiero nad ranem.

Najbliższe dni wypełnione były smutkiem. Na granitowym bloku opodal namiotów Bogdan z Jackiem wykreślili zwęglonym drewnem prosty napis. Przez parę następnych dni na zmianę wykuwaliśmy młotkiem kolejne litery:

FRANCZUK

POLAND

*1944    +1971

Dwaj Andrzeje, Galiński i Kuś, z metalowych prętów, wyciętych z kijków narciarskich, zrobili dwa krzyże. Mniejszy umieścili na kamieniu w otworze wykutym nad napisem, większy przeznaczony został na grób w obozie III. Odtąd imię Jasia na symbolicznym nagrobku towarzyszyło nam do końca wyprawy. Wieczorami, poprzez płótno namiotu widziałem migotliwe światełka świeczek palących się pod kamieniem nagrobnym.

Większość czasu wypełniało mi teraz pisanie sprawozdań z wypadku, raportów dla naszej Ambasady w Islamabadzie, komunikatów i listów do Klubu w Warszawie. Pracowity, jak zawsze, Andrzej Kuś tłumaczył na angielski pisma przeznaczone dla władz pakistańskich. Znów jak w Warszawie, w czasie przygotowań do wyprawy, byliśmy obaj obłożeni papierami.

Pogoda się zepsuła, czekaliśmy na jej poprawę, żeby wyjść na pogrzeb do obozu III. Postanowiliśmy bowiem, że dopiero po dopełnieniu wszystkich obowiązków wobec zmarłego rozpoczniemy dalszą drogę w kierunku szczytu. Zastanawiałem się długo, kogo zabrać ze sobą. Wybór nie był łatwy. Ostatecznie poszliśmy w składzie następującym: Staszek Zierhoffer – mój zastępca, Janek Stryczyński – świadek wypadku, Bogdan Jankowski – kolega Jasia Franczuka z Koła Wrocławskiego, Krzyś Cielecki, którego opanowanie miałem okazję sprawdzić w trudnej akcji w Dolinie Wielickiej w Tatrach, wreszcie Andrzej Galiński – filmowiec.

Radio Peshawar w komunikacie meteorologicznym nadawanym specjalnie dla polskiej wyprawy zapowiada okres pięknej pogody. Wyruszamy. Żegnają nas koledzy, wręczając zielone gałązki i niebieskie kwiatki, zebrane wśród głazów koło bazy. Z plecaka Bogdana Jankowskiego wystaje połyskujący w słońcu krzyż.

Według ustalonej już taktyki wychodzimy z bazy w południe, żeby wejść w ścianę Ice Cake koło godziny 15.

Idziemy w milczeniu, każdy zamknięty w sobie, izolowany we własnym wysiłku. Zmęczony, wsłuchuję się w bicie serca, które zdaje się wypełniać całe moje ciało. Przystaję dla złapania oddechu, a kiedy pochylam głowę na czekan, widzę pod nogami migocące światełko lampy w namiocie bazowym. Jest coraz odleglejsze.

Idziemy po lawinisku zastygłym w rozległej depresji. Przystajemy coraz częściej. Następny odcinek to stroma ściana lodowa. Nie możemy znaleźć wiszącej w tym miejscu poręczówki. Co się z nią mogło stać? Czy zleciała z lawiną? Nie, jednak jest, tylko głęboko wtopiona w stok.

Około 23 dochodzimy do lodowej platformy, tuż pod skałami. A równo o północy stajemy koło namiotów. W świetle latarek oglądamy spustoszenia, jakie spowodowało gwałtowne ocieplenie. Pod lodowo-śnieżnymi platformami, na których stoją namioty, otworzyła się groźna szczelina. Same platformy, wykonane z takim trudem, nadtopiły się wydatnie, przez co pod podłogami utworzyły się dziury i zagłębienia. Wyrównujemy je z grubsza puszkami konserw, pudełkami cukru w kostkach, bańkami z butanem i czym się tylko da, byle leżeć możliwie poziomo. Lokujemy się we trzech ze Staszkiem i Jankiem w górnym namiocie. Ułożeni w śpiworach, czujemy błogie odprężenie mięśni po godzinach marszu. Na maszynce szumi woda na herbatę, rozchodzi się zapach gorącego kompotu. W dolnym namiocie słychać krzątającego się Krzysztofa. Nagle dobiega jakby stłumiona eksplozja i prawie jednocześnie nasz namiot ogarnia jasność.

– Krzysiu, co się stało?

– Wybuchł mi ładunek butanu!

Wyglądam przez wywietrznik. Na zewnątrz stoi bez ruchu Krzysztof, wpatrzony hipnotycznie w płomienie, które obejmują cały dolny namiot. Zamieram: w płonącym namiocie leży kilkadziesiąt ładunków butanu, a obok butle z tlenem! Wypadamy obaj z Zierhofferem i skaczemy na płonący namiot, załamujemy stelaże i zadeptujemy ogień, „Żeby tylko nie wybuchł następny ładunek”. Czuję, jak pod nogami pękają worki plastikowe z żywnością, jak rozgniatam kochery i jakieś pudełka, Udało się. Po chwili znów zapada ciemność. Z pogorzeliska unosi się tylko gesty dym, śmierdzący spalonym pierzem i ortalionem.

– No cóż, panowie, można powiedzieć bez przesady, „dało popalić” – stwierdza filozoficznie Staszek.

Od strony poręczówek nadchodzą Galiński i Jankowski. Do 4 rano przesiewamy wspólnie zawartość pogorzeliska, wyciągając co cenniejsze rzeczy nadające się jeszcze do użytku. Na szczęście mamy ze sobą zapasową „Turnię” i utrudzeni, zasypiamy nad ranem twardym snem.

Budzą nas spadające kamienie. Dobrze wiemy, że ze wschodem słońca rozpoczyna się normalna kanonada, mimo to jednak trudno przyzwyczaić się do przeciągłych gwizdów lecących i rozbijających się wokół kamiennych bloków. Jeden pada tego ranka przed samym wejściem do górnego namiotu, rozbijając zgromadzone tam po pożarze bańki butanu. Ogarnia nas fala mdlącego smrodu. Przesiadamy się głowami do ściany, podkurczamy nogi, cały czas siedzimy przypięci do lin asekuracyjnych.

Jesteśmy zawieszeni w środku olbrzymiej ściany, na naszych platforemkach, do których dojść można bezpiecznie tylko nocą, a opuścić je wieczorem. Rysiek Szafirski porównał kiedyś przeczekiwanie południowych godzin w obozie l do pobytu w celi skazańców. Czas wlecze się okropnie w rozgrzanych słońcem namiotach, z których trudno nawet wystawić głowę. Wreszcie nadchodzi wieczór, lawiny kamieni i śniegu przestają nas nękać, ściana cichnie, wyruszamy do obozu II. Mamy do pokonania 600 metrów w pionie, uzbrojonych w 900 metrów lin poręczowych – około siedem godzin wspinaczki. Po jednym takim przejściu wełniane rękawiczki są prawie doszczętnie podarte.

Przechodząc między obozem I a II, zmieniało się porę roku. W obozie I panowały warunki wiosenne, w dzień odwilż i woda kapiąca z sopli; w obozie II pełna zima – mróz i puszysty, skrzący się śnieg. Wszyscy lubiliśmy obóz II, rozstawiony bezpiecznie na szczycie Ice Cake na obszernej wygodnej platformie.

Przy latarkach dochodzimy do namiotów, zmęczeni wspinaczką i rozrzedzonym powietrzem. Rozlokowujemy się wygodnie, po dwóch w namiocie. Przed zaśnięciem otulam wyniesione z dołu kwiatki, choć wiem, że przy 18-stopniowym mrozie niewiele im to pomoże. Jutro czeka je jeszcze droga do obozu III.

Znów jestem na ostrej grani Ice Cake. Teraz, gdy trzymam się rozpiętych lin poręczowych, wydaje mi się taka niegroźna! Gładka, dwukilometrowa tafla lodu, prawie pionowo uciekająca spod nóg, nie robi już na mnie wrażenia. Jak inaczej przeżywałem tę szaleńczą ekspozycję, gdy po raz pierwszy trawersowałem grań. Wywieszoną lodową turnię omijamy po stronie zachodniej 100-metrowym zjazdem na linie.

Z uznaniem obserwuję Galińskiego. Dobrze sobie radzi w tej niesamowitej scenerii.

– Jak ci się podoba taka lodowa wspinaczka? – pytam Andrzeja.

– Bardzo, tylko jak spojrzę za siebie nie mogę uwierzyć, że ja po czymś takim przeszedłem! – odpowiada.

Skalną Turnię trawersujemy dla odmiany po stronie wschodniej. Na śniegu widać jeszcze ślady szturmowej trójki, kluczące między szczelinami. Teraz idziemy już wytyczoną trasą, oznaczoną czerwonymi chorągiewkami. Koło południa dochodzimy do namiotów obozu III.

Janek Stryczyński doprowadza nas do szczeliny, w miejsce wypadku. Nic nie widać – nie ma żadnych śladów. Jaś został pochowany w sposób naturalny. Dwumetrowe boczne nawisy szczeliny załamały się pod własnym ciężarem i przysypały ciało. Potem wszystko pokrył grubą warstwą świeży śnieg…

Nad krawędzią szczeliny wbijamy metalowy krzyż, składamy pod nim trochę zmrożonych kwiatów. Chcę powiedzieć parę zdań, ale słowa więzną mi w gardle. Zdejmujemy tylko czapki i długo stoimy w milczeniu nad lodowym grobem. Żegnamy się z Jasiem.

Potem odprowadzam wzrokiem czwórkę kolegów. W promieniach zachodzącego słońca wracają pod grań Ice Cake. Razem z Jankiem Stryczyńskim zostaję w obozie III. O godzinie 22 wychodzę z namiotu z radiotelefonem na wieczorną łączność. Przede wszystkim chcę się dowiedzieć, czy obie grupy doszły do obozu II. Na szczęście wszystko w porządku.

Zatrzymuję się jeszcze przed namiotem. Noc jest jasna i mroźna. W świetle pełnego księżyca błyszczy srebrny metal krzyża. Grób Jasia na wysokości 6500 metrów… Jak wielką cenę trzeba nieraz zapłacić za pragnienie przeżycia czegoś niezwykłego? Jest zupełna cisza.

Obóz IV po raz pierwszy

Z obozu II dalszą drogę na szczyt chcieliśmy poprowadzić przez tak zwaną Rampę.

Obserwując południową grań Kunyang Chhisha, zauważyliśmy jeszcze z dołu, z lodowca Pumarikish, że ścianę opadającą z Czubatej Turni (Anglicy zwali ją Triangle Peak) przecinał w jej górnej części poziomy gzyms lodowy, którego długość ocenialiśmy na około dwa kilometry. Z lewej strony stanowił on jakby przedłużenie grani Ice Cake, natomiast z prawej zatracał się w ścianie opadającej z przełęczy między Czubatą Turnią a Ostrą Turnią (Tent Peak). Już wtedy odbywały się gorące dyskusje, czy da się wykorzystać tę długą lodową półkę, którą nazwaliśmy Rampą, jako właściwą drogę na przełęcz. Wiedzieliśmy z opisów, że Japończycy wybrali inny wariant, a mianowicie z miejsca, gdzie stoi nasz obóz III, poszli dalej granią Czubatej Turni i właśnie na tej grani wydarzył się tragiczny wypadek Nakamury.

W rezultacie doszliśmy do wniosku, że przejście Rampą pod Ostrą Turnię będzie znacznie szybsze niż wspinanie się przepaścistą i niebezpieczną granią. Niepokoiły nas jednak dwie rzeczy: po pierwsze groźba lawin schodzących z górnych partii Czubatej Turni i po drugie pokonanie 400-metrowej lodowo-śnieżnej ściany, wyprowadzającej na przełęcz, Obserwacje prowadzone z obozu II, a potem z grani Ice Cake, potwierdziły nadzieje związane z Rampą, choć z bliska wyglądała ona bardzo groźnie. Lodowe nawisy wywieszały się potężnymi spiętrzeniami ponad dwu i półkilometrową przepaścią, sięgającą górnego pietra lodowca Pumarikish. Ale mimo odstraszającego wyglądu Rampa okazała się zupełnie bezpieczna. Lawiny ze stoku Czubatej Turni nie mogły nam zagrażać, ponieważ zsuwały się do kotła położonego między Rampą a stokiem. Również 400-metrowa ściana wyprowadzająca na przełęcz, obejrzana z bliska, wydawała się możliwa do przejścia. Jej nachylenie średnie oceniliśmy na 50 do 55 stopni.

Jest 7 rano. Pogoda bezchmurna. Wokół nas rażąca biel śniegu, nad głową ciemny granat nieba. Okulary alpejskie nakładamy jeszcze w namiocie.

– Wiesz Janek – zwracam się do Stryczyńskiego – spróbujemy zaatakować Rampę wprost.

Wiążemy się liną i po przejściu kilkudziesięciu metrów płaskiego śnieżnego pola stajemy przed spiętrzeniem Rampy, utworzonym z lodowych bloków. Przytłaczające swymi wymiarami, olbrzymie bryły poprzerzynane są głębokimi szczelinami. Oświetlone porannym słońcem, oślepiają nas nawet poprzez ciemne szkła okularów. Czuję znane mi dobrze podniecenie, jakie ogarnia mnie zawsze, gdy w niezdobytej ścianie wypatruję możliwości jej przejścia. Nadchodzi kolejny moment sprawdzenia się w obliczu nowej niewiadomej.

Kluczymy między szczelinami, pozostawiając za sobą rozpiętą na hakach lodowych linę poręczową. Wysoko nad naszymi głowami wywiesza się dach lodu. Staram się iść jak najdalej od niego, w skos w prawo przecinam gładką, stromą lodową płytę. Co jakiś czas odgarniam śnieg czekanem, dokopując się do czystego lodu, potem wbijam lekko igłę lodową, następnie wkręcam ją coraz głębiej – delikatnie i powoli, nasłuchując, czy lód nie pęka: wtedy hak trzyma najlepiej. Wpinam linę w karabinek i idę dalej.

Nagle płyta kończy się głęboką na kilkadziesiąt metrów szczeliną. Jest za szeroka, żeby ją przeskoczyć. Rozglądam się wokoło, z lewej strony, właśnie pod nawisem lodowym, spod którego uciekaliśmy, widzę wąski mostek śnieżny. Jest to jedyna możliwość przedostania się na drugą stronę. Przed wejściem na kruchy most ściągam Jasia. Dochodzi do mnie i robi dobre stanowisko asekuracyjne. Wspinam się uważnie, staram się być „jak najlżejszy”. Jaś delikatnie popuszcza linę, ostrożnie wbijam czekan nad sobą i wyciągam się do góry, jeszcze raz powtarzam zautomatyzowane ruchy. Mostek jest krótki, jestem już po drugiej stronie. Wytrzymał. Teraz muszę wbić dobry hak na poręczówkę. Pod nawisem widzę czysty, niebieski lód, decyduję się wejść pod okap, nastroszony długimi soplami. Czuję nad głową tony lodu, staram się opanować głupie myśli. Wkręcam igłę, trzyma świetnie, przypinam linę i szybko uciekam w skos w górę, jak najdalej spod nawisu. Po poręczówce dochodzi do mnie Jaś i przejmuje prowadzenie.

Idzie długim trawersem w prawo, następnie stromo w górę na krawędź Rampy. Tutaj wbijamy trasery. Jeszcze parę wyciągów stokiem, łagodnym, lecz pociętym szczelinami i osiągamy rozległe, poziome pole. Jesteśmy na Rampie, nasze zadanie wykonane, I choć zdaję sobie sprawę, że przebyte spiętrzenie jest tylko drobnym fragmentem drogi ku szczytowi, to jednak pokonanie go sprawiło mi konkretną, sportową radość. Może dlatego, że po raz pierwszy wspinaliśmy się bez ciężkich plecaków, które ustawicznie przypominały nam naszą zasadniczą rolę – wyprawowych „szerpów”?

Siedzimy z Jankiem jakiś czas na Rampie i patrzymy na góry w słońcu. Trzeba jednak wracać, zbliża się godzina łączności. Zaczynamy schodzić. Daleko pod nami wśród seraków koło obozu III widać kolorowe sylwetki kolegów. Idą dwójkami, w równych odstępach wyznaczonych długością niewidocznych lin. Niosą kolejny ładunek sprzętu i żywności do obozu III. Wołamy do nich. Dostrzegają nas i machają rękami.

Niedługo potem spotykamy się wszyscy – prawie równocześnie – przy namiocie w obozie. Heinrich i Szafirski zostaną z nami, pójdziemy razem zakładać obóz IV. Chrobak i Poręba, kolejna dwójka szturmowa, będą czekać w obozie II. Przed odejściem długą chwilę stoją nad grobem Jasia Franczuka.

Zgodnie z ustalonym planem Rampę i ścianę pod Ostrą Turnią przejdziemy nocą. Wyruszymy o godzinie 19, mamy więc jeszcze dużo czasu. Gotujemy, odpoczywamy, potem zabieramy się do pakowania sprzętu. Nadchodzi zmrok, kiedy obładowani ciężkimi plecakami zbieramy się do drogi. Niesiemy z sobą cały sprzęt potrzebny do założenia obozu IV: dwa namioty biwakowe, cztery śpiwory, cztery materace, dwie liny poręczowe, dwie liny asekuracyjne, sporą porcję haków lodowych, maszynki gazowe, ładunki butanu, kochery, żywność na trzy dni, baterie, radiotelefon, zapasowe akumulatory do „Klimka”… Uginamy się pod ciężarem plecaków.

Do przełęczy pod Ostrą Turnią, gdzie chcemy założyć obóz IV, mamy jakieś 700 do 800 metrów różnicy wysokości. Na szczęście uskok Rampy jest już oporęczowany, a na niej samej nie spotykamy trudności technicznych. Jej łagodne pola są prawdziwym odprężeniem po przeklętej południowej ścianie i ostrej grani Ice Cake. I chociaż Andrzej Galiński, filmujący nas z obozu II, powie później, że wyglądaliśmy niesamowicie, zawieszeni nad przepaścią – to w rzeczywistości właśnie tutaj, na Rampie, możemy iść wreszcie „z rękami w kieszeniach”. Przystając dla odpoczynku, nie trzeba trzymać się kurczowo czekana, by zachować równowagę, jak było często do tej pory. Oczywiście i tu są zdradliwie ukryte szczeliny, ale jesteśmy związani i idziemy jak Pan Bóg przykazał – w przyzwoitej odległości jeden od drugiego. Jak się potem okaże, będzie to jedyny naprawdę łatwy odcinek w całej 10-kilometrowej drodze na szczyt. Dlaczego nie poszli tędy Japończycy? Pewnie się obawiali tego samego co my – 400-metrowej ściany wyprowadzającej pod Ostrą Turnię. Może mieli rację?

Dochodzimy do końca Rampy. Księżyc w pełni. Ostatnie wielkie płaskie pole podnosi się stopniowo i przechodzi w kluczowe, 400-metrowe urwisko. Przed wejściem robimy krótki odpoczynek. Znamy na pamięć wszystkie charakterystyczne szczegóły czekającej nas ściany, jednak widziane z bliska, tak zmieniają proporcje, że z trudem odnajdujemy wypatrzone uprzednio możliwości przejścia. Nieco powyżej Rampy ściana załamuje się gwałtownie olbrzymimi obrywami lodu. W świetle księżyca robią ogromne wrażenie! W górze widać barierę seraków. Decydujemy się przejść stokiem po przekątnej, mając pod sobą obrywy nad przepaścią lodowca Pumarikish, a nad głowami przewieszone seraki. Trudno pozbyć się natrętnych myśli: co by się stało, gdyby jakaś lawina zepchnęła nas stąd prosto na poderwane progi i dalej… do kotła Pumarikish – 3000 metrów w dół! Ale na razie jest bezpiecznie, twardy śnieg trzyma mocno, przez cały dzień nie widzieliśmy żadnej lawiny.

Długi, łagodny stok wyprowadza nas nad pierwsze urwiska. Prowadzimy na zmianę. Ścianę pokrywa cień, jednakże silny odblask księżyca na śniegach otaczających gór daje poświatę, która umożliwia marsz bez latarek. Używamy ich tylko w trudniejszych miejscach. Szczelinę brzeżną, zagradzającą dostęp do pól lodowych, przebywamy korytem starej lawiny.

Z prawdziwą przyjemnością obserwuję sprawne ruchy kolegów. W ich technice pokonywania trudnego terenu widać od razu wytrawnych, doświadczonych alpinistów. Wszystko, co robią, jest celowe, precyzyjne – nie ma zbędnych ruchów, zbędnych słów. Mamy do siebie wzajemnie całkowite zaufanie, przy zmianach powierzamy się spokojnie prowadzącemu, wiedząc, że wybierze jedynie słuszną drogę przejścia, kierowany wieloletnim doświadczeniem i intuicją. Czasami aż mnie rozbawia nasza jednomyślność w ocenach górskich problemów.

Ze wzrostem wysokości zaczynamy odczuwać niedotlenienie. Plecaki gniotą cora2 mocniej, jesteśmy zmęczeni, coraz częściej odpoczywamy.

Mija północ. Kończą się ostatnie seraki nad głowami, ściana się spiętrza. Decydujemy się iść wprost do góry, w kierunku przełęczy. Zapadam się miejscami po pas w śniegu. Stromy 160-met-rowy odcinek doprowadza do szczeliny lodowej, biegnącej jakieś 120 metrów poniżej przełęczy. Spoglądam na wysokościomierz: 7200! Jest czwarta nad ranem. Od obozu III przeszliśmy 700 metrów w pionie, zajęło nam to 9 godzin. Chyba tu rozbijemy obóz IV. Na wygodnym siodełku jest miejsce na 2 namioty. Nie potrzeba kopać platformy…

Na postoju natychmiast zaczynamy dygotać z zimna. Rezygnujemy z Jasiem z gotowania, rozkładamy szybko namiot biwakowy i po chwili leżymy już w śpiworach.

– Andrzej! – woła do mnie Heinrich – czy widziałeś na zachodzie te fajkowate cirrusy?

– Niestety – odpowiadam. – To nie wróży nic dobrego. Ale może jeszcze jeden dzień wytrzyma! Nakamura uważał, że z przełęczy pod Ostrą Turnią do wierzchołka Kunyanga jest tylko 8 godzin.

– E, słyszycie, tam na grani już nieźle dmucha – rzuca Szafirski, który w drugim namiocie zdążył już uruchomić maszynkę i niezmordowany, zabiera się do topienia śniegu.

Nastawiam ręczny budzik na 7, godzinę rannej łączności. Zasypiam ze złymi przeczuciami. Budzę się z bólem głowy spowodowanym wysokością, Pogoda jest fatalna: mgła, silny wiatr, pada śnieg.

Po śniadaniu zawijamy się znów z Jasiem w śpiwory i zapadamy w lekki sen. Nie bardzo już wiem, czy ten znany mi stan półświadomości spowodowany jest niedotlenieniem, sennością, czy nabytą w trakcie wypraw górskich umiejętnością wyłączania się z otoczenia.

Nagle budzi nas brutalne, ciężkie uderzenie. Zdaje mi się, że ktoś skoczył na namiot. Lawina!! Błyskawicznie uświadamiani sobie, że nie może być duża. To świeżo spadły puch, który obsuwa się ze stoku nad nami. Napiera jednak coraz silniej, czuję na sobie szybko narastający ciężar. Odruchowo podkurczamy się w śpiworach, żeby nie dać się przygnieść płasko, by uchronić jak najwięcej powietrza wokół siebie. W pewnym momencie lawina zaczyna wypychać nas z namiotem w kierunku przepaści, czuję, że się obsuwam, słyszę trzask rozdzierającej się podłogi.

– Jasiu, Jezus Maria, rozwiązuj wejście, wyskakujemy!

Za późno! Stłoczeni bezładnie w namiocie, zawisamy na stoku. W tej chwili przygniatająca nas masa śniegu zaczyna się zsuwać po śliskim ortalionie. Jesteśmy nagle uwolnieni! Możemy się wyprostować. Wyskakujemy natychmiast w głęboki śnieg – w skarpetach, bez okularów. Oślepiony, mrużę oczy, widzę tylko białe pole.

– Nie ma drugiego namiotu – krzyczę przerażony. – Pewnie ich porwało!

W tym momencie, tuż koło naszych stóp wynurza się ze zwału śniegu głowa Ryśka Szafirskiego. Twarz półprzytomna, łapie kilka łyków powietrza, jak człowiek wyrwany z topieli. Spostrzega nas, przytomnieje.

– Pomóżcie wyciągnąć Zygę! – krzyczy. – Przegryzłem zębami namiot! W dupie mam taką zabawę! Dwa razy zasypany w namiocie – to dość na jednego. Czy te diabelskie lawiny nie odczepią się ode mnie? Chromolę to wszystko. Wracam do Zakopanego! Co nas jeszcze czeka, na tej cholernej górze?!

– Dobrze, dobrze Rysiu, tymczasem uciekajmy stąd, nie wiadomo, ile stoku wyjechało!

Silne porywy wiatru unoszą śnieżny pył, który zakleja oczy, wciska się pod kurtki. W zwałach śniegu szukamy pospiesznie czekanów i raków, na szczęście znajdują się szybko. Potem przenosimy rzeczy dalej, w bezpieczniejsze miejsce, gdzie będziemy odgrodzeni od górnego stoku ściany szeroko rozwierającą się szczeliną, do której mogą wpadać ewentualne lawiny. Niestety, krawędź szczeliny jest bardzo wąska i musimy zrobić platformę pod namioty.

Ciągle jeszcze w skarpetach, na klęczkach, wyrównujemy teren, używając misek kocherowych zamiast łopatek. Praktyczny Heinrich wygrzebuje z jednej z licznych kieszeni igłę z nitką i wspólnie z Ryśkiem zszywa na okrętkę dziurę w namiocie. Potem zdobywa się na nadludzki wysiłek – w szalejącej wciąż wichurze wychodzi na przełęcz, do pierwszych skał, wbija haki i przymocowuje do nich dwie liny. Kiedy wraca, jest skrajnie wyczerpany. Przez parę długich chwil dochodzi do siebie.

– Wiecie, chwilami, w tym wichrze na przełęczy, dusiłem się jak w wodzie – mówi. – Nie mogłem wciągnąć powietrza. Taka wichura musi wykończyć każdego, kogo zaskoczy daleko od namiotu. Prawie cały czas szedłem na czworakach!

Wciągamy do namiotów podany przez niego koniec liny i od tej pory siedzimy stale asekurowani.

Dopiero kiedy jestem ponownie w ciepłym śpiworze, mając na nogach suche zapasowe skarpety, stwierdzam, jak bardzo jestem zmęczony. Ból głowy nie ustaje prawie wcale, coraz bardziej osłabia nas wpływ wysokości. Wiatr wściekle szarpie namiotem. Ortalionowe ściany bez przerwy biją po twarzy i głowie, łopocą ogłuszająco. Grzeję w śpiworze akumulator radiotelefonu, który wyjmuję z „Klimka”, po każdej łączności. Oszczędzam baterie, z bazą łączę się rzadko.

Nadchodzi czwarty dzień pobytu w obozie IV. Wydaje się, że wiatr nieco się zmniejszył, postanawiamy rozpocząć odwrót. Wokół głęboki, świeży puch. Jest godzina 10 rano.

– Ależ tego nawiało – mówi Szafirski. – Wyobrażam sobie, jak się będzie szło po takim czymś w ścianie!

Śpiwory, materace, jak również drugi cały namiot pakujemy, do podartego, który umacniamy dodatkowo traserami. Wiążemy razem wszystkie liny, jakie mamy: dwie poręczówki i dwie asekuracyjne „Cassiny”. Będziemy schodzić związani we czterech.

Pierwszy rusza Heinrich, obwieszony lodowymi hakami. Odgarniam świeży śnieg, aż do twardego podłoża, i wbijam czekan po głowicę. Umawiamy się, że hasłem do ruszenia następnego jest trzykrotne mocne szarpnięcie liną. Zyga, brnąc po pas w śniegu, zapada się gwałtownie na stromiźnie ściany pod nami i po chwili ginie z oczu w tumanach śnieżnego pyłu. Trzy szarpnięcia i rusza Stryczyński, po nim Szafirski, w końcu ja.

Idziemy tuż pod barierą przewieszonych seraków. Normalnie obchodzone ostrożnie, z daleka, w tych warunkach są dla nas jedyną ochroną. Ich przewieszone ściany są wolne od śniegu, można w nie wkręcać haki lodowe, do których wpinamy linę asekuracyjną. Z największym napięciem, brnąc w sypkim głębokim śniegu, przygotowani na to, że w każdej chwili możemy wyjechać wraz z nim po stoku – z ulgą dopadamy kolejnego seraka, dającego jedyny punkt oparcia w płynnej masie. Niestety, żeby się dostać na Rampę, musimy je w końcu opuścić. W ostatni wkręcamy parę haków, przywiązujemy do nich linę, może sięgnie do Rampy. Korzystamy z niej jak z poręczówki tak długo, jak się da – nie sięga, jesteśmy ciągle nad uskokiem, ale bliżej jego dolnej krawędzi.

Rozwiązujemy linę w połowie. Górne 160 metrów zostaje w ścianie, a my na dwóch osiemdziesiątkach schodzimy dalej, asekurując się tylko z czekanów. Na szczęście jesteśmy już na mniej stromej partii ściany. Idziemy jak tylko można najprędzej, potykając się na bryłach starych lawinisk.

Nareszcie Rampa! Co za ulga. I natychmiast, kiedy tylko przestaje grozić niebezpieczeństwo, pojawia się wściekłość. Pierwsza próba ataku w kierunku szczytu nie powiodła się! Kluczymy uważnie między szczelinami, wiatr nie ustaje. Teraz dopiero widzę, jak zmęczone mamy twarze: sczerniałe, zarośnięte, z zapadłymi policzkami. W pobliżu obozu III oczekują nas Staszek Zierhoffer, Bogdan Jankowski, Krzysztof Cielecki i Gienek Chrobak. Zajmują się nami troskliwie. Bogdan podaje kakao – pierwszy gorący posiłek od wielu godzin. Są opanowani, spokojni, jak zawsze serdeczni. Bardzo cenię sobie ich obecność!

Po odpoczynku idziemy dalej, do obozu II. Coraz częściej przystaję dla złapania oddechu, wstrzymując przez to Jasia Stryczyńskiego, związanego ze mną. Potem na poręczówkach grani Ice Cake wiatr lecący z dołu po stoku bije grudkami lodu po twarzy, podwiewa kurtki puchowe, utrudnia utrzymanie równowagi. Mam wszystkiego dość, zupełnie dość.

Zaszywam się w obozie II. Rozstaję się z moimi towarzyszami, którzy schodzą w dół, do bazy. Wyspać się! Nareszcie bez bólu głowy, a zresztą, cóż tu ukrywać, jestem zły, cholernie zły.

Rano cudowna pogoda, ani chmurki na niebie. Trudno w to uwierzyć. Decyduję się: wracamy jutro z Chrobakiem do obozu IV. Pakujemy się do wyjścia na atak.

W nocy sypie śnieg. Śpimy do rana, a potem wracamy do bazy.

Dni rozpamiętywania

Już dziewięć dni siedzimy w bazie, snując się bezczynnie na „podwórku” wydeptanym miedzy namokłymi namiotami. Tylko wieczorami ożywiamy się nieco, zbierając się z nadzieją przy radioodbiorniku – niestety po to, żeby ponownie wysłuchać od wielu dni jednakowo brzmiącego komunikatu: dla Polskiej Wyprawy na Kunyang Chhish – pogoda bez zmian… A więc jutro znów będzie pochmurno, w górze na nasze obozy będzie padał śnieg, a w bazie deszcz lub deszcz ze śniegiem. Nie mogę wprost słuchać rozmów o pogodzie. Jest przecież 21 sierpnia i za kilkanaście dni kończy nam się zezwolenie na pobyt w górach. 5 września powinniśmy już być z powrotem w Islamabadzie. Trudno uwierzyć w to, że od czterech czy pięciu dni dobrej pogody będą zależeć losy całej wyprawy, że jeśli ich zabraknie, może pójść na marne ogromny wysiłek włożony w jej przygotowanie, długie lata zabiegów i starań – nie tylko moich, ale i wielu innych ludzi dobrej woli, którzy uwierzyli, że Polskę stać na zaatakowanie i zdobycie jednego z największych szczytów górskich świata. Myśli o ewentualnym niepowodzeniu nie dają mi spokoju ani w dzień, ani w nocy. I choć staram się nie tracić wiary, wiem, że długo nie wytrzymamy wzrastającego ciągle napięcia wyczekiwania. Wracam wielokrotnie pamięcią do dnia, gdy zrodził się pomysł wyprawy, przypominam sobie kolejne etapy przygotowań.

Dla mnie zaczęła się ona już w styczniu 1966 roku. Na zebraniu Zarządu Głównego Klubu Wysokogórskiego Andrzej Paczkowski – wówczas przewodniczący Komisji Sportowej – wręczył mi list z nadrukiem: Groupe Universitaire de Montagne et de Ski. Section d’Aix-en-Provence.

– Francuzi proponują wspólną wyprawę w Hindukusz – powiedział – może cię to zainteresuje?

Wróciłem do domu podekscytowany. Nasza współpraca z alpinistami francuskimi układała się pomyślnie już od kilkunastu lat. Mieliśmy parę udanych wspólnych obozów w Alpach i Tatrach. Teraz zaproponowali Hindukusz, ale Polacy bywali już kilkakrotnie w tych górach. „A może… – myślałem – może wykorzystać tę okazję i zrobić coś większego? Przełamać trwającą od lat barierę naszych niemożności i zaproponować polsko-francuską wyprawę w Himalaje lub Karakorum?”.

Wielokrotnie mówiło się w Klubie o potrzebie wyprawy w najwyższe góry świata. Wciąż jednak kończyło się na tym, jeśli nie liczyć niefortunnej współpracy ze Szwajcarami. Teraz nadarzała się nowa okazja. Raz powzięta myśl o wielkiej wyprawie zdobywczej nie opuszczała mnie już od tej pory. Nie wiedziałem wtedy, że upłynie aż pięć lat, w ciągu których wydarzy się tak wiele. Byłem pełen optymizmu.

Podzieliłem się planami z Jurkiem Warteresiewiczem, świetnym alpinistą, moim klubowym przyjacielem i towarzyszem trudnych alpejskich wspinaczek. Jurek zapalił się natychmiast. Zabraliśmy się więc do układania wstępnych projektów. Ja wziąłem na siebie całą organizację przyszłej wyprawy. Jerzy miał się zająć stroną programową – przygotować literaturę dotyczącą terenu działania i wyszukać ewentualne cele.

Francuzi przyjęli propozycję wyprawy w Himalaje lub Karakorum. Zostały uzgodnione zasady współpracy i podział kosztów. Oni zobowiązali się pokryć wydatki dolarowe, my mieliśmy zapewnić sprzęt i żywność. Warteresiewicz szperał pilnie w bibliotece klubowej, robił fotokopie, gromadził materiały. Najcenniejsze były jego kontakty z Lechem Wróblewskim, wybitnym znawcą spraw himalajskich. W tłumaczeniach tekstów obcojęzycznych pracowicie pomagał Jurkowi Andrzej Kuś. W rezultacie Warteresiewicz zaproponował trzy aktualnie najciekawsze cele, a zarazem trzy najwyższe niezdobyte jeszcze szczyty: Gasherbrum III (7952 metrów), Kunyang Chhish (7852 metrów) i Batura (7785 metrów). A więc wyprawa w Karakorum.

Sprawy biegły szybko. Po wizycie Francuzów w Polsce na Wielkanoc 1966 roku i ostatecznych ustaleniach Zarząd Główny Klubu zatwierdził w kwietniu wyprawę jako centralną. Zostałem mianowany jej kierownikiem. W maju zgłosiłem komitet organizacyjny wyprawy w składzie: Zbigniew Jurkowski, Andrzej Kuś, Jerzy Warteresiewicz i Andrzej Zawada. Całej sprawie patronował prezes Klubu Czesław Bajer. Towarzyszyłem mu podczas wizyty u przewodniczącego Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki Włodzimierza Reczka, któremu przedłożyliśmy memoriał w sprawie polsko-francuskiej ekspedycji w Karakorum. Następnie złożyliśmy wizytę ambasadorowi Romualdowi Spasowskiemu, dyrektorowi Departamentu Dalekowschodniego w MSZ, uzyskując całkowite poparcie.

A potem sprawy zaczęły się komplikować. Francuscy partnerzy natrafili na trudności związane z organizacją i finansowaniem. Okazało się, że tak duże przedsięwzięcie, jak wyprawa w Karakorum na niezdobyty szczyt, przerastało możliwości małej sekcji prowincjonalnej. Nawet centrala GUMS w Paryżu nie czuła się na siłach wejść jako równorzędny uczestnik do realizacji tego trudnego przedsięwzięcia. Odpadł partner z dolarami. Na razie wyprawę trzeba było odłożyć.

Wiosną 1967 roku wstrząsnęła nami tragiczna wiadomość: Jurek Warteresiewicz uległ ciężkiemu wypadkowi, który wyłączył go nie tylko z możliwości uczestniczenia w przyszłej wyprawie, ale także z udziału w jakichkolwiek pracach przygotowawczych. Wkrótce z prac zespołu organizacyjnego wycofał się Jurkowski i komitet praktycznie przestał istnieć.

Zimą 1968 roku, podczas obozu wyczynowego w Alpach, raz jeszcze spróbowałem nawiązać współpracę z Francuzami. Tym razem sięgam najwyżej, kontaktuję się bezpośrednio z prezesem elitarnej Groupe de Haute Montagne i działaczem Francuskiej Federacji Górskiej – Robertem Paragotem. Razem z Jurkiem Michalskim spotkaliśmy się z nim w kawiarni w Chamonix. Przedstawiliśmy swoje propozycje. Paragot odpowiedział krótko, że na tak poważne cele Francuzi organizują tylko narodowe, ściśle francuskie ekspedycje. Zapamiętałem sobie dobrze jego słowa! Jeżeli Francuzi, którzy mają w dorobku Annapurnę, Makalu, Jannu, Mustagh Tower, nie chcą się dzielić z nikim przyszłymi zwycięstwami, to cóż dopiero my Polacy, którzy możemy poszczycić się tylko Nanda Devi East? Teraz wiedziałem, że trzeba myśleć o własnej, wyłącznie polskiej wyprawie. Ale skąd wziąć dolary?

Znów mijały miesiące. Od chwili rzucenia pierwszych projektów upłynęły trzy lata. Dłużej już nie można było czekać bez obawy, że w trwającym ustawicznie, międzynarodowym wyścigu o zdobywanie dziewiczych olbrzymów i tym razem ubiegną nas inni.

Wiosną 1969 roku Walny Zjazd Klubu Wysokogórskiego kolejny raz podjął uchwałę o zorganizowaniu wyprawy w najwyższe góry świata. Na jednym z pierwszych zebrań nowo wybranego zarządu przedłożyłem projekt polskiej wyprawy w Karakorum. Plan przewidywał wysłanie jeszcze w tym samym roku wyprawy rekonesansowej, która zebrałaby ostatnie brakujące dane, niezbędne do prawidłowego przygotowania wyprawy głównej, przewidzianej na rok 1971. Projekt został gorąco przyjęty i zaaprobowany. Andrzej Paczkowski, przewodniczący Komisji Sportowej, przekazał na cel wyprawy rekonesansowej zaoszczędzone przez Klub dewizy w sumie 400 dolarów, a nowo wybrany prezes Klubu Antoni Janik rozpoczął starania o brakujące fundusze. W pierwszym rzędzie udaliśmy się do przewodniczącego GKKFiT Włodzimierza Reczka. Zostaliśmy przyjęci jak zawsze serdecznie i otrzymaliśmy obietnicę dodatkowej, poważnej subwencji złotówkowej, co w zasadzie rozwiązywało sprawy finansowe dotyczące sprzętu. Dalej jednak były kłopoty z dewizami. I tu postanowiliśmy zwrócić się o pomoc do naszego rodaka, Juliana Godlewskiego, mieszkającego stale w Szwajcarii, znanego mecenasa spraw polskich, który nieraz już wspomagał dewizowo polskie wyprawy alpinistyczne. Tym razem jednak chodziło o większą sumę.

Juliana Godlewskiego poznaliśmy na lotnisku w Warszawie. Okazał się wysokim, wytwornym panem w średnim wieku, o niezwykle ujmującym sposobie bycia. Po powitaniu zaprosiliśmy go na klubowe spotkanie. Pamiętam, jak zaskoczył nas wszystkich, gdy przyjmując zaproszenie, powiedział, że jest człowiekiem równie dokładnym, co zajętym, i prosił o podanie nie tylko godziny rozpoczęcia, lecz także zakończenia spotkania. Nie byliśmy przygotowani na takie pytanie. Skąd można było przewidzieć, w jakim nastroju odbędzie się przyjęcie i jak długo może się przeciągnąć. Nerwowo myślałem, ile czasu będzie potrzeba, by zainteresować naszego rozmówcę sprawą polskiej ekspedycji. Jąkając się ze zdenerwowania, powiedziałem coś o trzech godzinach. Spotkanie odbyło się na najwyższym klubowym szczeblu. Julian Godlewski zapoznał się szczegółowo z planem i założeniami wyprawy. Przestudiował dokładnie kosztorys, po czym wyraził swoją akceptację. Docenił wagę przygotowywanej wyprawy i jej wartość dla Polski na arenie międzynarodowej. Zgodził się dopomóc Klubowi, ofiarowując brakujące dolary – zarówno na rekonesans, jak i na główną ekspedycję. Teraz dopiero polska wyprawa narodowa stała się realnym faktem.

Trzeba było więc rozpocząć natychmiast przygotowanie rekonesansu. Nawiązaliśmy kontakt z telewizją. Prezes Włodzimierz Sokorski wyraził zgodę na udział operatora filmowego w wyprawie rekonesansowej oraz wypożyczenie Klubowi samochodu, który przewiezie ekipę do Pakistanu. Kłopot był w tym, że dostawa przeznaczonej dla nas „Nysy” przewidziana była w preliminarzu na IV kwartał. Wziąłem więc pod pachę mapę z wyrysowaną na niej trasą przejazdu i udałem się do fabryki w Nysie, prosić o przyśpieszenie terminu przekazania samochodu. Spotkałem się z dużym zainteresowaniem, zrozumieniem i życzliwością. Po tygodniu nowa, lśniąca „Nysa” była do naszej dyspozycji.

Ekipa rekonesansowa powinna być mała i operatywna, tym bardziej chciałem, żeby w jej składzie znaleźli się najlepsi. Zamówiłem rozmowę telefoniczną z Szafirskim w Zakopanem.

– Halo! Rysiek, czy chcesz pojechać w Karakorum? – zapytałem wprost.

W słuchawce zapanowała cisza.

– Halo, słyszysz mnie? – zawołałem.

– Tak, słyszę.

– Co, nie chcesz jechać?

– Nie to znaczy tak! tylko mowę mi z wrażenia odjęło!

Podobna rozmowa odbyła się w pół godziny później z Andrzejem Heinrichem. Skład ekipy uzupełnili Andrzej Kuś – sekretarz wyprawy, i Roman Petrycki – filmowiec z telewizji. Podzieliliśmy się robotą, przygotowania ruszyły pełną parą. Na naszą prośbę ambasador Włodzimierz Wink i pierwszy sekretarz Ambasady PRL w Islamabadzie Stanisław Kowalski rozpoczęli starania o zezwolenie rządu pakistańskiego na działalność górską. Wszystko było gotowe, kiedy nagle, na dwa tygodnie przed wyjazdem, spotkała mnie nieprzewidziana, osobista klęska – nie mogłem wyjechać na wyprawę! Kierownictwo rekonesansu przejął ode mnie Rysiek Szafirski. Wyjechali.

Z napięciem śledziłem nieliczne i grubo spóźnione wieści, jakie docierały od nich do kraju. Po sześciu miesiącach wrócili. Przywieźli wiele brakujących informacji i piękne zwycięstwo: pierwsze wejście na północny wierzchołek Malubitingu (6843 metrów), tym cenniejsze, że wywalczone małym zespołem w bardzo ciężkich warunkach.

Rozpoczął się rok 1970 – rok przygotowań do głównej wyprawy.

Jeszcze przed powrotem rekonesansu, po otrzymaniu pierwszych listów, przedstawiłem Zarządowi Głównemu Klubu komitet organizacyjny wyprawy na rok 1971: Krzysztof Cielecki, Andrzej Heinrich, Andrzej Kuś, Jerzy Michalski, Stanisław Mosica i Ryszard Szafirski. Mieliśmy półtora roku na przygotowanie największej wyprawy w historii polskiego alpinizmu. Wbrew pozorom, nie było to wiele! Przy tak poważnym przedsięwzięciu nie można było pozwolić sobie na żadną improwizację. Tymczasem sprzęt znajdujący się w magazynie Klubu był ilościowo niewystarczający i bardzo przestarzały. Wszystko trzeba było robić od nowa.

Po raz pierwszy w naszej praktyce górskiej potrzebne były aparaty tlenowe i radiotelefony o dużym zasięgu. Skromny zestaw aparatów tlenowych, według prospektów firm zagranicznych kosztował około 6 tysięcy dolarów, jeden radiotelefon na odpowiednim poziomie – parę setek dolarów. Musieliśmy wobec tego wszystko robić w kraju – rzeczy prototypowe, niemieszczące się w planach produkcyjnych żadnych przedsiębiorstw. Gdyby nie życzliwość, z jaką spotykaliśmy się na każdym kroku, nigdy nie udałoby się nam przygotować wszystkiego na czas.

Namówiłem Jurka Michalskiego, żeby zapisał się na kurs w celu uzyskania zawodowego prawa jazdy, koniecznego do prowadzenia ciężarowego samochodu. Jednocześnie Jurek rozpoczął starania o pięciotonowego „Stara” A-29.

Razem z Szafirskim spotkałem się w Zakopanem z inżynierem Wojciechem Nietykszą, wybitnym specjalistą w dziedzinie radiotelefonów. Nasze wymagania były duże: aparat musiał być lekki, prosty w obsłudze, sprawnie działać w temperaturach od –50 do +50 stopni i oczywiście pozwalać na utrzymywanie łączności na odległość wielu kilometrów. Inżynier Nietyksza zapalił się do naszego projektu i odważnie przyjął zamówienie.

Niezmiernie cenne było pozyskanie do współpracy przy organizowaniu wyprawy Staszka Mosicy. Z zawodu inżynier lotnik, od wielu lat interesował się w Klubie sprzętem alpinistycznym. Teraz zajął się opracowaniem aparatury tlenowej, specjalnych namiotów szturmowych, super lekkich nosiłek transportowych i wielu innych rzeczy. Aparaty tlenowe i nosiłki przyjęły do wykonania zakłady lotnicze. Namioty zamówiliśmy w Legionowie. Dyrektor techniczny Zakładów Sprzętu Technicznego i Turystycznego inż. Józef Łazarczyk z największą wyrozumiałością uwzględniał nasze ustawiczne poprawki, zgłaszane po próbach praktycznych z namiotami.

Latem 1970 roku na dwa miesiące oderwałem się od absorbujących spraw wyprawowych. Wyjechałem w Pamir wraz z częścią kandydatów na wyprawę. Chcieliśmy sprawdzić się na wysokości 7000 metrów, na stokach Szczytu Lenina. Był to poza wszystkim innym doskonały trening przed Karakorum.

Po powrocie do kraju na nowo wpadłem w wir przygotowań. Najważniejszą sprawą, od której wszystko zależało, było teraz uzyskanie zezwolenia władz pakistańskich na działalność wyprawy. W październiku tego roku dostaliśmy wiadomość z Ministerstwa Spraw Zagranicznych, że nowo mianowany ambasador w Pakistanie Alojzy Bartoszek chciałby się z nami zobaczyć przed wyjazdem na placówkę. Razem z Andrzejem Paczkowskim pojechaliśmy do Ministerstwa. Byliśmy zaskoczeni, gdy przywitał nas młody, energiczny mężczyzna – jak się później okazało najmłodszy ambasador w całym korpusie dyplomatycznym w Islamabadzie. Od razu na wstępie powiedział nam, że poznał kiedyś w Pekinie Justyna Wojsznisa i od tej pory żywi duże zainteresowanie dla alpinizmu i ludzi gór. Wprowadziliśmy go w nasze problemy dotyczące Karakorum. Żegnając się, byliśmy pewni, że sprawa trafiła w dobre ręce. Przyszłość potwierdziła nasze nadzieje.

8 listopada 1970 r. na plenarnym zebraniu Zarządu Głównego Klubu został zatwierdzony ostateczny skład osobowy wyprawy. Było wreszcie więcej ludzi do roboty. Podzieliliśmy się poszczególnymi zagadnieniami: poznaniacy – Staszek Zierhoffer i Janek Stryczyński – przygotowują żywność i lekarstwa; wrocławianie – Bogdan Jankowski i Jaś Franczuk – sprzęt kuchenny, paliwo i ogólny zestaw narzędzi do bazy. Zespół łódzki – Jurek Michalski i Marek Grochowski (pierwszy rezerwowy na liście) – zajmują się samochodem, sprzętem fotograficznym oraz materiałem na sprzęt puchowy i plecaki. Gienio Chrobak w Kędzierzynie – przygotowuje trasery; Ryś Szafirski w Zakopanem – dogląda wykonania lekkich butów wysokościowych, wykonanych z góralskiego sukna. Najmniej obciążeni byli Heinrich i Poręba, mieli to jednak odrobić z nawiązką przy pakowaniu. My w Warszawie – ciągle jeszcze mieliśmy na głowie najwięcej. W spółdzielni „Astra” szyliśmy cały sprzęt puchowy: śpiwory, kurtki, spodnie, a także rękawiczki, skafandry, pokrowce – z ortalionu. „Ortowianka” robiła wszystkie rzeczy z wełny: swetry, czapki, rękawiczki, komplety bieliźniane. Spółdzielnia „Ingos” szyła lekkie plecaki.

Najbardziej w tym czasie zabiegany był Krzyś Cielecki, który odpowiadał za wszystkie zakupy dla wyprawy. Andrzej Kuś, stale pogrążony w papierach, wypełniał setki stron formularzy, wymaganych przez władze pakistańskie. Oceniliśmy je już na kilogramy… Na łamach „Taternika” wydrukowaliśmy dwujęzyczną ulotkę propagandową, umieszczoną jako wyjmowaną wkładkę w środku numeru.

W drugiej połowie lutego 1971 r. odbył się obóz przygotowawczy w Morskim Oku w Tatrach. Wzięli w nim udział wszyscy uczestnicy wyprawy oraz ludzie biorący udział w jej organizacji. Po raz pierwszy spotkaliśmy się razem. Głównym celem obozu było bliższe poznanie się uczestników, wypróbowanie sprzętu oraz ćwiczenia w posługiwaniu się radiotelefonami i aparaturą tlenową. Każdy z nas musiał się wspinać w masce tlenowej na leśnych stokach Żabiej Czuby, które imitowały lodowe stoki siedmiotysięcznych szczytów Karakorum. Nie bardzo przypadły nam do gustu uwierające maski, utrudniające oddychanie. Mieliśmy jednak cichą nadzieję, że nie potrzeba ich będzie w przyszłości używać! Codziennie wieczorem w schronisku odbywały się także zajęcia teoretyczne. Poszczególne zespoły robocze referowały przygotowane przez siebie zagadnienia, po czym odbywały się dyskusje, nieraz bardzo zażarte.

Specjalnie zaproszony z Warszawy Lech Wróblewski omówił w szczegółach topografię interesujących nas rejonów Karakorum. Andrzej Paczkowski – historię wypraw himalajskich. Patrząc na wyświetlane przezrocza, omawialiśmy możliwości wejść na poszczególne szczyty. Niestety ciągle jeszcze nie wiedzieliśmy, na który z nich otrzymamy zezwolenie. Zauważyłem, że wszyscy chętnie dyskutowaliśmy o Gasherbrumie III, jako pewniejszym i łatwiejszym do osiągnięcia, niż o Kunyang Chhishu, którego zerwy straszyły nas ze schroniskowego prześcieradła rozpiętego na ścianie. Potem jeszcze „gwiaździste” wejście z biwakami na Mięguszowiecki Szczyt i pożegnaliśmy się z Tatrami, od których wszystko się zaczyna i do których tak chętnie się wraca.

Wyprawa była już właściwie przygotowana. Mieliśmy nawet trzy radioodbiorniki sprezentowane nam przez zakłady „Diora” , a także nowe eleganckie garnitury wizytowe, uszyte gratis przez „Intermodę” we Wrocławiu. Brakowało tylko żywności, nie mogliśmy jednak rozpocząć zakupów, nie mając zezwolenia z Pakistanu. Wyczekiwaliśmy więc niecierpliwie wiadomości. I nagle w początkach marca nadeszła krótka lakoniczna depesza od ambasadora Bartoszka: „Zezwolenie załatwione na Kunyang Chhish”.

Otrzymaliśmy więc zgodę na zaatakowanie jednego z najambitniejszych celów, jakie w ogóle istniały w Karakorum! Był to pierwszy sukces wyprawy, a odniosła go polska… dyplomacja. Ogarnęła nas radość, ale zarazem i trwoga.

Wreszcie wszystko zaczęliśmy zwozić do Warszawy. Niestety, magazyn klubowy okazał się zbyt mały, żeby zapakować w nim racjonalnie 5 ton naszego ekwipunku. Przenosimy się więc do oczekującego na generalny remont kościoła ewangelickiego, korzystając z uprzejmej gościnności Plebana. Było tam wygodnie i spokojnie. Nie męczyła nas zmora ciągłego wypisywania przepustek przy wwożeniu i wywożeniu rzeczy. Tylko kierowcy samochodów, którymi dowoziliśmy sprzęt, patrzyli na nas podejrzliwie, kiedy wielkim kluczem otwieraliśmy bramę kościoła i wnosiliśmy do środka kłęby lin, śpiwory czy piankowe materace.

W pakowaniu pomagały nam koleżanki i koledzy z Koła Warszawskiego Klubu Wysokogórskiego. Staszek Bratkowski z artystycznym rozmachem przyozdabiał każdy bęben kolejną cyfrą i czerwonym napisem „Poland Himalaya – Karakoram 1971”. Jako ostatni dowiózł swój cenny sprzęt filmowy Andrzej Galiński, trzynasty uczestnik wyprawy.

W końcu nadszedł uroczysty moment, kiedy można było wszystko załadować na samochód. Bębny układaliśmy najstaranniej, jak tylko było można, a i tak ledwo się zmieściły. Zerkałem ukradkiem na Jurka Michalskiego, który przyglądał się całej operacji z coraz bardziej niepewną miną. Żeby mu udowodnić, że nie jest aż tak źle, jak myśli, pojechaliśmy razem „Starem” do miejsca pracy prezesa Klubu, Antoniego Janika, na wagę samochodową. Kiedy z ust obsługi padła cyfra, zdobyłem się na pogodny ton i zwróciłem się do Jurka:

– No widzisz, masz tylko dwie i pół tony więcej, niż dopuszczalna ładowność, czego jeszcze chcesz?

Później potoczyło się wszystko błyskawicznie. I oto już prawie dwa miesiące jesteśmy w Karakorum. Założyliśmy bazę i obozy, oporęczowaliśmy trudniejsze odcinki. Zrobiliśmy wszystko, co należało zrobić, aby wejściu na Kunyang Chhish zapewnić powodzenie. I teraz zła pogoda wstrzymuje nas przed ostatnim atakiem już tyle dni. Może wreszcie jutro się poprawi…

Finał

Powracającą z gór wyprawę powitano w Nagarze niezwykle serdecznie i uroczyście. Na spotkanie karawany wyszła liczna grupa mieszkańców z dworską kapelą i synem Mira na czele. Przy dźwiękach muzyki podszedł do mnie młody książę i udekorował, zakładając na szyję wieńce uplecione z różnobarwnych kwiatów. Byłem równie zaskoczony co wzruszony tą ceremonią. Przypomniałem sobie, że witanie zdobywczych wypraw jest tradycją na całym obszarze wielkiego łańcucha Himalajów i Karakorum, a w obrządku tym przetrwał do naszych czasów odwieczny zwyczaj wieńczenia zwycięzców. Składano nam żywiołowe gratulacje, ściskano ręce, wznoszono wiwaty w różnych językach, w których powtarzały się ciągle słowa: „Polacy” i „Kuny-ang Chhish”. Radość panowała ogólna, cieszyliśmy się razem z nimi. Potem ruszyliśmy dalej przy dźwiękach orkiestry idącej na przedzie pochodu, w obłokach kurzu wzniecanego bosymi stopami biegnących wokół, roześmianych dzieci. Tak pokonaliśmy ostatnie paręset metrów – na zbolałych, zmęczonych nogach. Wreszcie przyszliśmy na miejsce, pod dom gościnny, z którego dwa i pół miesiąca temu wyruszyliśmy z karawaną w góry.

Z tą chwilą nasza działalność sportowa na wyprawie dobiegła końca. Staliśmy się na powrót zwykłymi cywilizowanymi mieszkańcami Ziemi, unoszonymi samochodami, pociągami, samolotami. Aż do samej Warszawy, odległej o tysiące kilometrów, prawie że nie będziemy musieli poruszać nogami. Wysiłek fizyczny, poza sportem, przestał być przecież ludziom w naszym świecie potrzebny.

Na drugi dzień przyjął nas serdecznie w swojej rezydencji Mir. Jego słowa pełne uznania, tak jak i innych mieszkańców Nagaru, miały dla nas szczególną wartość: ludzie stąd znali niedostępność Kunyang Chhisha i najlepiej potrafili ocenić rangę naszego sukcesu. Na własne oczy widzieli wieloletnie zmagania i porażki alpinistów w spotkaniu z tą trudną i niebezpieczną górą. Sami niejednokrotnie w nich uczestniczyli i dlatego ich uznanie było dla nas tak cenne i zaszczytne.

Z nie mniejszą serdecznością i zaciekawieniem spotykaliśmy się na każdym kroku po powrocie do Gilgit i Islamabadu. Wiadomość o zdobyciu Kunyang Chhisha rozeszła się błyskawicznie. Wszyscy wypytywali nas o szczegóły wyprawy, gratulowali, przekazywali życzenia.

12 września wylądowaliśmy w Rawalpindi. Zostaliśmy gorąco powitani przez naszych rodaków z Ambasady. Dopiero teraz przestali się niepokoić o nas. Opowiadaliśmy im o tragicznych i szczęśliwych dniach wyprawy. Ambasador Bartoszek ponownie przygarnął nas wszystkich do siebie, otwierając gościnnie drzwi swojej rezydencji. Z przerażeniem patrzyłem jak podczas pierwszej wspólnej kolacji błyskawicznie znikały z półmisków smakowite pieczenie ze świeżego pachnącego mięsa – o wiele za szybko, jak na obowiązujące tu kanony savoir-vivru.

Otrzymywaliśmy telegramy i listy z gratulacjami od naszych rodzin, koleżanek i kolegów z Klubu Wysokogórskiego, od znajomych i nieznajomych z kraju i zagranicy. Wśród depesz przesłanych do Ambasady szczególną radość sprawiły nam serdeczne pozdrowienia i słowa uznania od Przewodniczącego GKKFiT, Włodzimierza Reczka, od Juliana Godlewskiego ze Szwajcarii i od Prezesa naszego Klubu, Antoniego Janika.

Zaczął się pracowity tydzień związany z reprezentowaniem wyprawy w stolicy Pakistanu. Opracowaliśmy w języku angielskim i powieliliśmy specjalny biuletyn informacyjny o wyprawie, przeznaczony dla prasy. Potem były spotkania z dziennikarzami, wywiad w telewizji, nagrania dla radia. Stawaliśmy się coraz bardziej popularni, poznawano nas już nawet na ulicy. Codziennie w gazetach ukazywały się artykuły o polskiej ekspedycji i wiadomości o naszym pobycie w Islamabadzie. Kulminacją była uroczysta wizyta u wiceprezydenta Pakistanu Ghiasuddin Ahmada, któremu wręczyłem flagę pakistańską, ze szczytu Kunyang Chhisha. Wreszcie pod koniec tygodnia odbyło się przyjęcie na cześć wyprawy wydane przez Ambasadora PRL Alojzego Bartoszka w ogrodzie jego rezydencji.

Późnym wieczorem, kiedy niemiłosierny upał zmniejszył się do poziomu umożliwiającego jakie takie poruszanie się w wizytowych strojach, przed bramą rezydencji zaczęły się zatrzymywać samochody. Ogród łagodnie oświetlały dyskretnie rozmieszczone na żywopłocie kolorowe lampki. Byliśmy współgospodarzami przyjęcia. Razem z Ambasadorem i jego żoną witałem przy wejściu do ogrodu nadchodzących gości. Uściski rąk, gratulacje, wyrazy uznania. Ogród wypełniał się coraz bardziej dostojnikami z korpusu dyplomatycznego i sfer rządowych Pakistanu. Szczególnie interesowali się wyprawą ci, którzy gościli u siebie tego roku własne ekipy alpinistów: ambasadorzy Czechosłowacji, Hiszpanii, Japonii, Wielkiej Brytanii. Byłem szczęśliwy, słysząc w rozmowach, że nasz sukces oceniano najwyżej…

Mijały kwadranse, a ja wciąż stałem w jednym i tym samym miejscu, ściskając dziesiątki rąk – najpierw przy powitaniu, potem przy pożegnaniu. Przestałem tak 4 godziny bez możliwości dotarcia do zastawionego stołu.

W ruchliwym tłumie gości szukałem wzrokiem kolegów. Szczupli, opaleni, w zgrabnych granatowych „mundurkach” z białym orzełkiem na piersi, prezentowali się znakomicie. I wtedy uświadomiłem sobie, że udział w tym przyjęciu jest naszą ostatnią wspólną „akcją” na wyprawie. Jutro się rozdzielimy: część wróci do kraju samolotem, pozostali – samochodem, wraz z całym bagażem. Skończy się wspólna wielka przygoda, której treść najkrócej wyrażają dwa słowa: Kunyang Chhish.

Było nas trzynastu – z różnych kół Klubu Wysokogórskiego, z różnych miast Polski. Ale mieliśmy przed sobą wspólny cel: zdobyć jeden z dwu najwyższych, niepokonanych dotąd przez człowieka szczytów świata. To było zadanie najważniejsze, dla jego realizacji gotowi byliśmy poświęcić wiele. Niedostępny Kunyang Chhish stanowił wyzwanie – nie tylko wobec nas, ale wobec całego polskiego alpinizmu. Wiedzieliśmy, że mamy do czynienia z trudnym i groźnym przeciwnikiem.

Zdobyliśmy szczyt wspólnym wysiłkiem, w którym każdy z uczestników wyprawy miał swój udział. Zwycięstwo nie przyszło nam łatwo i okupione zostało największą ofiarą: życiem jednego z nas.

W olbrzymich górach Karakorum, wśród lodów i przepaści, w zmęczeniu, strachu – a także radości, rodziła się i umacniała nasza przyjaźń. W trudnych chwilach coraz lepiej poznawaliśmy siebie nawzajem, nabieraliśmy do siebie coraz większego zaufania. Tę przyjaźń, to zaufanie, będziemy sobie cenili tak samo wysoko, jak cenimy nasze zwycięstwo.

A Kunyang Chhish pozostanie na zawsze jednym z największych osiągnięć odkrywczych naszego alpinizmu. Może nawet największym?