Mount Everest – po raz pierwszy zimą (1979-1980)

Po wyprawie zimowej na Lhotse byłem jak najbardziej przekonamy o możliwości zdobycia Everestu zimą. Ale idea ta napotykała na wielkie opory – nawet wśród członków Komisji Sportowej PZA. Swego czasu w głosowaniu nad wnioskiem o zorganizowanie wyprawy zimowej „na jeden z wysokich ośmiotysięczników” tylko dwa głosy były „za”. Działo się to jeszcze przed wejściem Wandy Rutkiewicz na Everest. Uważano, że trzeba najpierw zorganizować wyprawę latem, aby Polacy znaleźli się na najwyższej górze świata. Byłem temu przeciwny, uważając, że poniesione koszty nie będą proporcjonalne do znaczenia sportowego wyczynu. Po zdobyciu najwyższego szczytu świata przez prawie 100 osób wejście normalną drogą latem nie miałoby żadnego znaczenia dla światowego alpinizmu, służyłoby jedynie zaspokojeniu naszych własnych ambicji. Wejście Wandy Rutkiewicz rozwiązało problem: zrobiła to tanio, a przez to, że była pierwszą Europejką na szczycie Everestu, jej osiągnięcie miało ogólniejsze znaczenie. Od tego momentu idea zimowej ekspedycji zyskiwała wśród członków Zarządu PZA coraz więcej zwolenników. W końcu wyprawa została zatwierdzona, jako kolejna narodowa. Zostałem mianowany jej kierownikiem.

Było to 31 maja 1977 roku. Można się dziwić, że tak długi okres czasu minął od zatwierdzenia wyprawy do jej wyruszenia. Wszystko dlatego, że sprawą numer jeden było zdobycie zezwolenia. Przeciętnie na pozwolenie trzeba czekać około czterech lat, na dodatek wyłaniał się problem zupełnie nowy: uzyskanie zgody na okres zimowy. Rząd Nepalu do tej pory żadnych takich zezwoleń nie wydawał, a nasza wyprawa na Lhotse działała jako jesienna. Trzeba więc było rozpocząć specjalne starania. W tym celu w listopadzie 1977 roku poleciałem do Kathmandu.

Ponieważ Nepalski Związek Alpistyczny zgłosił propozycję wspólnej wyprawy everestowskiej jesienią 1980 roku, pojawiła się możliwość przeskoczenia długiej kolejki oczekujących na zezwolenie. Było paru kandydatów, niestety, Polska przegrała przetarg z bogatszymi Włochami (wyprawa włosko-nepalska doszła do skutku, zakończyła się jednak niepowodzeniem). Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Chcąc nam wynagrodzić poniesioną porażkę, Ministerstwo Turystyki Nepalu zgodziło się wyjątkowo na udzielenie dodatkowego zezwolenia. Złożyłem podanie na wyprawę zimową w sezonie 1979-1980, a jako cel rezerwowy – filar południowy wiosną 1980 roku. W dołączonym do podania specjalnym memoriale tak uzasadniałem naszą prośbę:

„Rozpoczęcie sezonów zimowych w Himalajach otworzyłoby przed alpinizmem nowe horyzonty. Zdobyte w sezonach przed- i pomonsunowych najwyższe szczyty świata stałyby się ponownie dziewicze dla wypraw zimowych, tak jak kiedyś stało się to w Alpach, Kaukazie czy Hindukuszu. Wyprawy zimowe w Himalaje będą historyczną konsekwencją rozwoju sportu wysokogórskiego”.

Pod presją czasu

W marcu 1979 roku przyszło zezwolenie na filar południowy. Teraz oczekiwaliśmy odpowiedzi na podanie o zimę, niestety, bez skutku. W połowie września uznaliśmy sprawę za przegraną i w dalszych przygotowaniach nastawiliśmy się na wyprawę wiosenną. Tymczasem 22 listopada jak grom z jasnego nieba spadło zezwolenie na wyprawę zimową – z ważnością od 1 grudnia! Podjąć się prowadzenia wyprawy w takiej sytuacji było właściwie szaleństwem. Ale z drugiej strony, jak zrezygnować z pierwszego w historii alpinizmu zezwolenia na atakowanie Everestu zimą? Stałem wobec jednej z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Wyścig z czasem można było wygrać tylko w jednym wypadku: jeśli sprzęt poleci razem z uczestnikami samolotem. Nawet przy takim założeniu znaleźlibyśmy się u stóp Everestu w najlepszym razie dopiero pod koniec grudnia, pozostaną nam więc dwa miesiące na zrealizowanie planu. A nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że sprawy zezwolenia dodatkowo się skomplikują i ostatecznie na właściwą akcję górską zostanie zaledwie półtora miesiąca!

Kierownictwo GKKFiS zrozumiało tę szczególną sytuację i przydzieliło nam dodatkowe środki. Przystąpiliśmy do błyskawicznego zakupu żywności i pakowania. Tylko dzięki wyjątkowemu wysiłkowi uczestników wyprawy oraz bezinteresownej pomocy wielu życzliwym nam ludzi – przede wszystkim koleżanek i kolegów z KW Warszawa – udało się w tak krótkim czasie całość przygotować. W dniu 1 grudnia główna partia sprzętu – około pięć ton – odleciała z Okęcia do Nepalu. Bagaż dla wyprawy wiosennej został wysłany samochodem ciężarowym, który ze względu na sytuację w Afganistanie trasę z Gdyni do Bombaju przebył drogą morską.

Przygotowaniem wyprawy zajmował się trzyosobowy komitet organizacyjny: Andrzej Zawada, Ryszard Dmoch i Jan Holnicki. Przy opracowywaniu sprzętu wykorzystano bogate doświadczenia z wypraw zimowych na Noszak i Lhotse. Były one doskonałą okazją do wypróbowania specjalnie zaprojektowanych wtedy namiotów, nosiłek, kompletów puchowych, butów, skafandrów itd. Wiele z elementów tego sprzętu weszło później do normalniej produkcji. Namioty dla wyprawy wykonały, tradycyjnie już, zakłady w Legionowie. Turnia II, podstawowy namiot dla obozów pośrednich, została dodatkowo wzmocniona. Prócz tego R. Dmoch opracował namiot RD 2, specjalnie mocnej konstrukcji, który z wielkim pożytkiem służył w obozie II w Kotle Zachodnim. Brakowało nam jednak ciągle super wyczynowego namiotu, odpornego na huraganowe wichury, a jednocześnie lekkiego. Na szczęście przyszli nam z pomocą koledzy ze Speleoklubu Morskiego, którzy wypożyczyli wyprawie taki właśnie namiot – produkcji amerykańskiej, marki „Omnipotant”. Odegrał on decydującą rolę przy ataku szczytowym. Doskonały, za każdym razem modernizowany sprzęt puchowy, uszył nam kolega klubowy Ludwik Radon. Świetnie spisały się buty wysokościowe „Everest”, wykonane przez zakłady w Krośnie. Właśnie sprzęt puchowy i te buty wzbudziły największe zainteresowanie na Międzynarodowych Targach Sprzętu Sportowego w Monachium (ISPO) w sierpniu 1980 roku. Przygotowaniem sprzętu łączności zajęli się Bogdan Jankowski oraz inżynier Wojciech Nietyksza.

Wszystkie problemy związane z transportem samochodowym wzięli na siebie bracia Wiśniewscy oraz Marian Sajnog. Mirosław Wiśniewski przygotował też, podobnie jak przy wyprawie na Lhotse, kolorowe pocztówki. Projekty emblematu wyprawy i jej oryginalnej odznaki zawdzięczamy koleżance klubowej, Emilii Mróz z ASP.

Z wypraw na Noszak i na Lhotse dobrze pamiętałem, jak wysokie wymagania stawia himalajska zima ludziom. Aby możliwie trafnie skompletować obie ekipy, wytypowałem wespół z Komisją Sportową PZA około 40 najlepszych polskich alpinistów, do których wysłano ankietę z zapytaniem, w jakiej wyprawie chcą wziąć udział: zimowej, wiosennej czy ewentualnie w jednej i drugiej. Na tej podstawie ustalony został ostateczny skład obu ekip, przy czyni zimowa miała uczestników następujących (w dalszej kolejności oficer łącznikowy, i szerpowie): Andrzej Zawada (kierownik), Józef Bakalarski (filmowiec), Leszek Cichy, Krzysztof Cielecki, Ryszard Dmoch (zastępca kierownika do spraw organizacyjnych), Walenty Fiut, Ryszard Gajewski, Zygmunt Heinrich, Jam Holnicki-Szulc, Robert Janik (lekarz), Bogdan Jankowski, Stanisław Jaworski (filmowiec), Janusz Mączka, Aleksander Lwów, Kazimierz Olech, Maciej Pawlikowski, Marian Piekutowski, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek, Bishow Nath Regmi (oficer łącznikowy), Pemba Norbu Sherpa, Ningma Tenzing, Pasang Norbn, Nawang Yenden, Indre.

Od momentu, kiedy Zarząd PZA podjął słuszną decyzję, że należy wykorzystać obydwa zezwolenia na Everest – zimowe i wiosenne, Komitet Organizacyjny borykał się ustawicznie z trudnościami finansowymi. Odbiły się one niekorzystnie na wyposażeniu uczestników w sprzęt osobisty – skromniejszy niż przy poprzednich naszych wyprawach narodowych, a jeszcze bardziej – na kadrze Szerpów, których wynajęliśmy tylko pięciu na zimę i czterech na wiosnę (wyprawa Boningtona na południowo-zachodnią ścianę Everestu miała ich 60!). Główny ciężar transportu wyposażenia pomiędzy obozami spoczywał w tej sytuacji ma naszych plecach. Tym bardziej więc cenimy sobie nasz sukces, wywalczony własnymi siłami, przy nader skromnym – w porównaniu z innymi wyprawami na Everest – budżecie.

Ważniejsze daty

  • 20 lipca 1977 – wystąpienie do GKKFiT z wnioskiem o wyrażenie zgody na organizację wyprawy.
  • 25 grudnia 1977 – podanie do władz Nepalu o zezwolenie na wyprawę zimową.
  • W marcu 1979 rząd nepalski wyraża zgodę na atak wiosną 1980.
  • 9 października 1979 – Zarząd PZA zatwierdza ostateczny skład wyprawy.
  • 30 października 1979 – nieoficjalna wiadomość o zgodzie na wyprawę zimową; 22 listopada – oficjalny claris Ambasady PRL w Delhi w tej sprawie.
  • 7 grudnia 1979 – odlot Andrzeja Zawady.
  • 12, 15 i 19 grudnia 1979 – odloty uczestników.
  • 5 stycznia 1980 – ukończenie budowy bazy na lodowcu Khumbu (5350 m).
  • 5 stycznia zostaje założony obóz I (6050 m – Heinrich i Wielicki).
  • 9 stycznia staje obóz II (6500 m), rozbity przez osiem osób.
  • 15 stycznia Gajewski, Pawlikowski i Żurek zakładają obóz III (7160 m).
  • 11 lutego Cichy, Fiut i Wielicki docierają na Przełęcz Południową i rozbijają prowizorycznie obóz IV (8000 m). Fiut i Wielicki nocują w nim.
  • 13 lutego na przełęcz Południową wchodzą Szafirski i Zawada, którzy do końca rozbijają obóz V.
  • 14 lutego Szafirski podchodzi do 8100 m i zostawia dwie butle z tlenem. Po południu do obozu dociera Heinrich z Szerpą Pasang Norbu. W czasie powrotu do obozu III Zawada spędza noc pod gołym niebem.
  • 15 lutego Heinrich i Pasang podchodzą bez tlenu do 8350 m i wracają do obozu IV.
  • 16 lutego na przełęcz dochodzą Cichy i Wielicki.
  • 17 lutego Cichy i Wielicki o godzinie 14.40 czasu nepalskiego osiągają szczyt Mount Everestu 8848 m). Pierwsze wejście zimowe jest dokonane.
  • 18 lutego schodzą w dół do obozu II, zaś następnego dnia do bazy.

Obóz bazowy

Codzienne wyczekiwania na lotnisku w Katmandu kolejnych przesyłek z Warszawy szarpało wszystkim nerwy. Była połowa grudnia, traciliśmy cenne tygodnie. Zgodnie z planem baza pod Everestem miała stanąć najpóźniej do 31 grudnia. Jeśli chcieliśmy mieć nadzieję na sukces, nie mogliśmy z cennego, trzymiesięcznego zezwolenia stracić więcej niż miesiąc. Wreszcie 20 grudnia cały bagaż znalazł się w Nepalu – trochę późno jak na przesyłkę lotniczą, ale za to bez najmniejszych strat. Zamknęło się kolejne ogniwo w długim łańcuchu zdarzeń.

Żeby nie wstrzymywać wyprawy, już od 15 grudnia odlatywały grupy uczestników wraz z ładunkami do Lukli. Te czarterowe loty pochłonęły, obok karawany i cła za bagaż, najwięcej pieniędzy. Boże Narodzenie spędziliśmy rozdzieleni pomiędzy Katmandu a Namche Bazar. Podobnie było jeszcze na Nowy Rok, choć i tym razem długi ogon karawany rozciągał się między Thiangboche a bazą na lodowcu Khumbu. Właśnie w Sylwestra, w ostatnim dniu 1979 roku, stanął pierwszy namiot bazy. Nocowali w nim Heinrich, Fiut, Olech, Piekutowski i Szafirski. 4 stycznia byliśmy u stóp Everestu w komplecie – ludzie i ładunki.

Budując bazę, wiedzieliśmy, że będzie ona służyła polskim ekipom przez pół roku, dlatego ułożyliśmy wiele wysiłku w wyrównanie platform pod namioty, których w pewnym okresie stało aż osiem. Zbudowane zostały dwa tarasy pod kuchnię i jadalnię, do których wchodziło się po kamiennych schodkach. Pomieszczenia magazynowe nakryliśmy spadochronowymi czaszami. W kącie jednego z nich została urządzona całkiem wygodna łazienka, duma wyprawy, zwiedzana przez wizytujących bazę trekkersów. Co prawda, przywieziona z Polski plastikowa wanienka połamała się szybko na mrozie, ale wielka aluminiowa miednica, zakupiona w Katmandu, doskonale ją zastępowała. Gorącej wody do kąpieli nie brakowało, w kuchni przez cały dzień paliło się ognisko pod wielkimi kotłami, w których topiły się bryły lodu. Łazienka, to było jedno z wielu doświadczeń zimowej wyprawy na Lhotse: szybka regeneracja sił w bazie, może nie tyle fizycznych, co psychicznych, jest warunkiem do nabrania ochoty na powrót w surowe warunki wysokich obozów. Nad bazą górowały dwa 20-metrowe maszty antenowe, wykonane z aluminiowych prętów. Opiekował się nimi Bogdan Jankowski, na którego głowie spoczywała cała skomplikowana służba łączności, według opinii pana Sharmy z Ministerstwa Turystyki Nepalu – najlepsza w historii himalajskich wypraw. Trzy radiostacje dalekiego zasięgu, osiem radiotelefonów, magnetofony do rejestracji rozmów między obozami, benzynowy generator prądu, akumulatory, zasilacze, mierniki itd. Wszystko działało niezawodnie przez dwie długie wyprawy. Wiadomości z akcji górskiej szły w świat, a rodacy w kraju mogli śledzić na bieżąco zmagania z zimowym Everestem. Skąd ta opinia o nieporadności technicznej Polaków? Nieraz zastanawiałem się nad tym, spoglądając na kolejkę uczestników innych wypraw, działających wiosną wokół Everestu do namiotu naszej radiostacji.

Ice Fall

Każdy, kto choć raz przeszedł tę gigantyczną kaskadę lodu, poszarpaną szczelinami, nastroszoną barierami seraków, nie zapomni jej nigdy i, co tu dużo gadać, będzie się w równym stopniu zachwycał nią, co bał jej. Znana z licznych opisów, piękna i tragiczna. Wszak to tutaj zginęło najwięcej ludzi w drodze na Everest! Ale nie ma innej możliwości podejścia od południa pod kopułę szczytową, jak tylko przez tę stromą rzekę lodu, przeciskającą się między zachodnią granią Everestu, a Nuptse. Ice Fall jest zagadką dla każdej kolejnej wyprawy, zagadką, której rozwiązanie polega na znalezieniu drogi w zmieniającym się stale labiryncie szczelin i barier. Drogi możliwie dogodnej i – bezpiecznej. Nasza, niestety, nie należała do takich. Martwiliśmy się tym wszyscy, a szczególnie Andrzej Heinrich, który włożył najwięcej wysiłku w jej poprowadzenie. Jako uczestnik śląskiej wyprawy ma Lhotse, znał on układ szczelin w Ice Fallu najlepiej z nas wszystkich.

Droga do obozu I zaczynała się w dole z lewej strony Ice Fallu, a kończyła w górze zupełnie z prawej, na przewieszonych ścianach lodowych turni sterczących prawie że w stokach Nuptse. Po drodze wielokrotnie trzeba się było wspinać po pionowych drabinkach, to znów opuszczać do głębokich szczelin. Na oporęczowanie Ice Fallu poszły wszystkie nasze liny, których ze względu na transport lotniczy nie mogliśmy wziąć zbyt dużo. Wiele z nich utraciliśmy pod złomami walących się barier. Ile razy musieliśmy przechodzić przez Ice Fall, strach ściskał nas za gardło, szczególnie kiedy pod nogami rozlegały się głuche tąpnięcia i gdzieś w pobliżu waliły się lodowe seraki. Ale mimo wszystko mogę dzisiaj powiedzieć, że Ice Fall był łaskawy dla nas. Poza paroma wpadnięciami do szczelin, które na szczęście skończyły się bez obrażeń, nie przytrafiło się nam nic złego.

Pierwsze obozy

Akcję w Ice Fallu rozpoczęliśmy 5 stycznia. Tego dnia siedmioosobowy zespół wyruszył, by oporęczować jego dolne partie. Następnego dnia nocowali w Ice Fallu Heinrich i Wielicki. Oni też jako pierwsi dotarli 7 stycznia do Kotła, na noc jednak wrócili jeszcze do miejsca biwaku. Dołączyli do nich z bazy Fiut, Mączka, Szafirski i Żurek. Cała szóstka następnego dnia założyła obóz I (6050 m) na początku Kotła Zachodniego, pod stokami Nuptse. Już na drugi dzień, 9 stycznia, w głębi Kotła, pod południowo-zachodnią ścianą Everestu, stanął otóż II (6500 m), założony przez ten sam zespół oraz Lwowa i Piekutowskiego. Tempo było znakomite, a nastroje optymistyczne. W tej szybkiej akcji miała też swój udział pogoda. Przez parę dni wiatr był znacznie słabszy, jednak nie trwało to długo. W dzień po założeniu obozu II silne porywy zniszczyły jeden z namiotów w obozie I. Akcja wspinaczkowa została przyhamowana, niemniej szły ciągle w górę transporty sprzętu. W czym pomagał nam dzielnie skromny pięcioosobowy zespół Szerpów. W Kotle prawie wszędzie był twardy firn lub lód. Wiatr wywiał śnieg, odsłaniając szczeliny. Ale znaliśmy dobrze zdradliwe bezpieczeństwo tych gładkich, rozległych płaszczyzn lodowych. Między, obozami I i II chodziliśmy zawsze związani liną. O słuszności tej zasady najlepiej przekonał się Lwów, który wskutek załamania się śniegu wpadł 15 m do szczeliny i z trudem został wyhamowany przez partnera, Janusza Mączkę.

Stopniowo przyzwyczajaliśmy się do działania w mrozie i wichurze, podobnie było zresztą i na zimowej wyprawie na Lhotse. Odporność zespołu na zimowe trudy była warunkiem podstawowym w drodze do sukcesu.

15 stycznia – kolejny etap wyprawy. Ambitny zespół zakopiański – Gajewski, Pawlikowski i Żurek – założył obóz III w ścianie Lhotse ma wysokości 7150 m. Wielka radość, w ciągu 11 dni akcji trzy obozy! Przez radiotelefon otrzymaliśmy pierwsze wrażenia: ściana Lhotse jest jedną szklaną górą. Zupełnie brak stonowanego śniegu, w którym łatwo wybija się stopnie. Szczelina brzeźna, jaką kończy się lodowa ściana opadająca spod Żebra Genewczyków, jest nie do przejścia, a i tamtędy przecież poprowadziliśmy drogę w 1974 roku. Teraz trzeba będzie pójść z prawej strony, wśród seraków. Po drodze są dwie przewieszone bariery lodowe, konieczne będą poręczówki na całej drodze, od podstawy ściany aż do obozu.

Droga do przełęczy wykańcza ludzi

Po założeniu „trójki” kolejnym etapem musiała być Przełęcz Południowa, skąd dopiero można było myśleć o atakach szczytowych. W pionie obóz III i siodło przełęczy dzieli 850 m. Zaledwie 850! Ale na tej wysokości i w warunkach zimowych pokonanie tych 850 m, jak się okazało, leżało na granicy ludzkich możliwości. Na ich przebycie straciliśmy prawie miesiąc, a w bojach wykruszyła się połowa zespołu. Pierwszą próbę podjęli 23 stycznia Cichy, Heinrich, Holnicki i Wielicki. Wspinali się oddzielnie, wykorzystując od czasu do czasu liny poręczowe pozostawione przez jesienne wyprawy oraz rozwieszając nowe. Największą wysokość osiągnął Wielicki, ale i on po złożeniu depozytu wycofał się do obozu III. Kolejną próbę podjęli w dwa dni później Żurek i Pawlikowski. Huraganowe ataki wiatru utrudniały wspinaczkę. Już w czasie odwrotu jeden z nich przewrócił Żurka na lodowej ścianie. Zleciał około 20 m do najbliższego haka. Mocno poturbowany, zdołał o własnych siłach dojść do obozu III, potem zaś, już z pomocą kolegów, zszedł do bazy. Po drodze jeszcze dwukrotnie nieszczęśliwie wpadał do szczelin. Jego stan nie pozwalał na dalszy udział w wyprawie, musiał wrócić do kraju. Cały zespół z nadzwyczajnym poświęceniem walczył dalej o Przełęcz Południową. Tymczasem szalejące wichury utrudniały akcję. Nawet dotarcie do obozu III było teraz wielkim problemem. Z obozu II wielokrotnie wyruszali Dmoch, Heinrich i Olech, ale pomimo największych ambicji nie mogli wygrać walki z mroźnym huraganem. Mijały nerwowe tygodnie. Dopiero 10 lutego podjęliśmy następną próbą dotarcia do przełęczy, ale i tym razem pogoda załamała niezmordowanego Heinricha, zaś jego partner, Lwów, wrócił z odmrożonymi rękami. Coraz mniej było ludzi zdolnych do działania powyżej obozu III, coraz więcej pracy miał w bazie lekarz, Robert Janik.

Tu trudno przetrwać jedną noc

W tej fazie wyprawy, ton w pierwszej dekadzie lutego, czterech uczestników bezsprzecznie górowało kondycją i odpornością na wysokość nad resztą zespołu. Byli to: Cichy, Fiut, Heinrich i Wielicki. Moje plany i nadzieje coraz bardziej wiązały się z ich osobami. Kto z nich przełamie tę psychiczną barierę blokującą dojście do przełęczy? Że była to już tylko psychiczna bariera, nie miałem od pewnego momentu żadnych wątpliwości. Jeżeli ktoś potrafi dojść – dwa, trzy, a nawet cztery razy do obozu III na wysokości 7150 m, potrafi również wejść na 8000 m… W nerwowych rozmyślaniach układałem kombinacje zalet poszczególnych uczestników, tworząc ideał alpinisty do ataku szczytowego. Niepotrzebnie, jak się okazało, bo w krytycznym momencie znaleźli się w zespole ludzie o najlepszych zaletach ducha i fizycznej wytrzymałości. Ale zanim jeszcze zostaliśmy wystawieni na tę najcięższą próbę, padła Przełęcz Południowa.

11 lutego wyruszył do szturmu kolejny zespół: Cichy, Fiut, Holnicki i Wielicki. Szli, każdy własnym tempem. Twardy, szklisty lód w ścianie Lhotse utrudniał wspinaczkę. Po przekroczeniu progu Żółtych Skał podeszli pod spiętrzenie Żebra Genewczyków. Zaczynał się stąd eksponowany trawers w skos w lewo na grań. Mniej więcej w jego połowie wycofał się Holnicki. Pozostali około godziny 16 dotarli na przełęcz. Wichura szalała tu ze zdwojoną siłą. Cichy, który pomógł tylko wynieść sprzęt, pośpiesznie wycofał się do obozu III. Tymczasem Fiut z Wielickim nie zdołali w wietrze ustawić dość skomplikowanego namiotu amerykańskiego i schowali się zmarznięci do małego, jednomasztowego namiotu biwakowego. Ratował im życie, ale nie dawał żadnych możliwości odpoczynku. Bez przerwy walczyli z potężną wichurą, trzymając maszt w rękach. Tlen, który pobierali przez całą noc, rozgrzewał im ciała i dodawał sił. Nie byli nawet w stanie ugotować herbaty. W środku w namiocie termometr pokazywał -40 stopni! Nasze plany, że na przełęczy ustawimy namiot w jamie śnieżnej, okazały się nierealne. Ustawiczne wichury, przewalające się przez siodło, zwiały śnieg do gruntu, odsłaniając jedno gigantyczne śmietnisko, złożone z setek różnokolorowych butli tlenowych, butanowych puszek oraz najprzeróżniejszych rzeczy po dziesiątkach obozów, jakie tu rozbijano. Koszmarny widok.

Przez całą noc byliśmy w kontakcie radiowym z kolegami na przełęczy. Te trudne warunki, w jakich się znaleźli, przeraziły wyprawę. Rozgorzała w eterze dyskusja między obozami, a kiedy Leszek Cichy zaapelował do szturmowej dwójki, żeby starała się nazajutrz atakować Everest, został dosłownie zakrzyczany. Pojawiły się objawy nerwowości graniczącej z histerią. Wyprawa znalazła się na zakręcie. Wniosek był przecież oczywisty – jeżeli trudno przetrwać choć jedną noc na Przełęczy Południowej, to jak myśleć o pokonaniu następnych 850 m dzielących w pionie przełęcz od szczytu? A więc odwrót?

A jednak dla ludzi!

Na drugi dzień rano, 12 lutego, dwójka z przełęczy wróciła do obozu III. Wielicki skarżył się na odmrożone nogi i postanowił zejść na noc do „dwójki”. Fiut zbiegł wprost do bazy. Zdawałem sobie doskonale sprawę, że wyprawa wymyka mi się z rąk. Jak bezsilny jest kierownik w takich momentach, świadczą wyniki niejednej wyprawy, której załamanie tłumaczy się później, tak wygodnie, ciężkimi warunkami atmosferycznymi. Jeśli nie chciałem jeszcze przegrać, mogłem zrobić tylko jedno: pójść sam na Przełęcz Południową. Moim partnerem był Szafirski, który podobnie uważał, że to najlepszy sposób na przełamanie impasu. Niepokoiłem się, jak wytrzymam kondycyjnie te 1500 m w pionie na jeden raz. Byłem wszak w obozie III po raz pierwszy i od razu zamierzałem dotrzeć do przełęczy. Podchodziliśmy w maskach. Pogoda wyjątkowo nam sprzyjała, mimo to wspinaczka trwała cały dzień. Tuż przed zachodem słońca dotarłem za Ryśkiem na rozległe siodło przełęczy. Kopuła szczytowa Everestu płonęła niesamowitą purpurą. Po zdjęciu masek nasze spuchnięte, fioletowo-sine twarze zupełnie nie były do nas podobne. Ruchy, jakie wykonywaliśmy w strugach mroźnego powietrza, przypominały sceny z lądowania na księżycu.

Zabraliśmy się do rozstawiania Omnipotenta. Z największym trudem udało nam się napiąć tylko dwa pręty z włókien szklanych, ale i to wystarczyło, by nadać beczkowaty kształt namiotowi. Dopiero po wejściu do środka mogliśmy ocenić jego zalety. Po zapalaniu maszynek butanowych zrobiło się przyjemnie ciepło. Tkanina goretex zapewniała wentylację – dosłownie komfort.

Wygodnie ułożyliśmy się w śpiworach, spokojni o namiot, który zgodnie z gwarancją firmy wytrzymuje wiatr o prędkości nawet 150 km na godzinę. W pogodnym nastroju poprosiliśmy bazę o wesołą muzykę przez radio. Podczas codziennej, wieczornej odprawy Cichy i Wielicki zawiadomili mnie, że chcą wrócić razem do obozu III z myślą o atakowaniu Everestu. Było to dla mnie radosnym zaskoczeniem. Szczególnie postawa Wielickiego mogła wszystkim zaimponować.

Miał poważnie odmrożone palce nóg i w dodatku po wypadzie na przełęcz nie bardzo zdołał wypocząć w obozie II. Jednocześnie z „trójki” Heinrich zawiadamiał, że wybiera się jutro z Pasangiem do „czwórki”. Na drugi dzień rano Szafirski wyruszył w górę z butlą tlenową, by założyć depozyt dla przyszłego zespołu szturmowego. Niestety, nie byłem w stanie mu towarzyszyć. Odczuwałam braki aklimatyzacyjne, spowodowane nagłym przeskokiem wysokości. Zabrałem się za to do sprawdzania ciśnienia w butlach rozrzuconych po całej przełęczy. Znalazłam sześć sztuk z ciśnieniem wyższym niż 230 atmosfer. Po południu dotarli do obozu IV Heinrich i Paisang. Szli bez tlenu, byli w świetnej formie. Przekonaliśmy Andrzeja, że przy sprzyjających warunkach powinien on jutro zaatakować Everest. Zostawiliśmy im swoje maski tlenowe i około godziny 16 ruszyliśmy w dół.

Brak tlenu odczuwałem teraz bardzo. Szafirski był na przedzie, spieszył się przed zmrokiem. Po zachodzie słońca jak zawsze szybko zapadła ciemność. Byłem akurat na krótkim odcinku bez poręczówek, tuż przed Żółtymi Skałami, w mroku nie mogłem znaleźć haka z dalszym ciągiem lin. Szafirski zjechał już przez uskok skalny i, jak powiedział potem, nie miał sił na powrót w górę, żeby mi wskazać właściwe miejsce. Zapaliłem latarkę, lecz dalej nie mogłem nic znaleźć, w dodatku musiałem oszczędzać baterię, która na silnym mrozie szybko się wyczerpywała. Wreszcie zdecydowałem się przetrawersować po gzymsie skalnym na lodową ścianę, z nadzieją że dotrę do lin poręczowych. Z trudem wyrąbałem w twardym lodzie dwa małe stopnie, na których stanąłem niepewnie na przednich zębach raków. Pod nogami miałem 1000 m lodowej tafli, zakończanej rozwartą szczeliną. Żebym miał chociaż jedną igłę lodową i kawałek pętli! Rozsądek zwyciężył. Ostrożnie wycofałem się do skał. Pozostawało mi tylko czekać świtu. Wyrąbałem w lodzie małą platformę, a od strony wietrznej zbudowałem lodowy murek. Włożyłem na siebie wszystko, co miałem w plecaku, i trzęsąc się z zimna, rozpocząłem długie oczekiwanie. Byłam na wysokości około 7600 m. Wydawało mi się, że gwiazdy, o niesamowitym blasku, znajdują się tuż nad moją głową. Nagle w dole, koło obozu III, zobaczyłem poruszające się światełka, dałem znać latarką. To Cichy i Wielicki z największym poświęceniem szli mi na odsiecz. Koło drugiej w nocy nastąpiło spotkanie przy nieszczęsnych poręczówkach. Napoili mnie gorącym bulionem i rozgrzali rozcieraniem. Rano znalazłem się w „trójce”.

Najpiękniejszy dzień w życiu

Zezwolenie dla wyprawy było ważne od 1 grudnia do końca lutego. Jednak na prośbę Ministerstwa została zawarta ustna umowa między kierownikiem wyprawy a szefem Sekcji Wysokogórskiej, że akcję do góry będziemy prowadzić tylko do 15 lutego. Od tego dnia mieliśmy likwidować obozy i wracać do bazy. Chcąc dotrzymać naszej gentleman agrement, zwróciliśmy się do Ministerstwa z prośbą o zwolnienie wyprawy z tych ustaleń. Ale, jeszcze 14 lutego odpowiedzi nie było, 15 lutego od rana siedzieliśmy w napięciu przy radiotelefonach, czekając na wiadomość od Heinricha z Przełęczy Południowej. W razie negatywnej odpowiedzi Ministerstwa jego atak był dla wyprawy ostatnią szansą. Około godziny 12 rozległ się głos Andrzeja: dotarł z Pasangiem bez tlenu na wysokość 8350 m, ustanowił nowy rekord w zimowej wspinaczce. Marne to pocieszenie na wypadek, gdyby na tym trzeba było zakończyć tak wyjątkową wyprawę. Ale mieliśmy jeszcze szansę. Teraz nerwowo nasłuchiwaliśmy wiadomości z Katmandu. Wytrzymano nas do końca. Dopiero o 17 Ministerstwo zawiadomiło, że zgadza się tylko na dalsze dwa dni akcji do góry. Ostatnie dwa dni i ostatni zespół zdolny do działania! Teraz wszystko zależało od pogody i silnych nerwów. 6 lutego rano pożegnałem się z wychodzącą dwójką – Cichym i Wielickim. Szli na tlenie, po pięciu godzinach byli na przełęczy. Wróciłem do obozu II, gdzie byli Cielecki, Heinrich i Pawlikowski. Cała reszta wyprawy siedziała w bazie. Wieczorem spoglądaliśmy co jakiś czas w niebo, a w nocy długo nasłuchiwaliśmy wycia wiatru na graniach. W Kotle było dość spokojnie. Dwójka na przełęczy donosiła o dobrym samopoczuciu. Odczytali temperaturę zewnątrz namiotu: -42 stopnie.

Rano 17 lutego zgłosili się już o 6.30 i powiedzieli, że zabierają ze sobą po jednej butli tlenu i za pół godziny ruszają do góry. Od tego momentu nie mogliśmy znaleźć dla siebie miejsca. Napięcie na wyprawie osiągnęło swój zenit. Nadzieje i zwątpienia przeplatały się nawzajem, a z upływem czasu, kiedy przez tyle godzin nie było najmniejszego sygnału w radiotelefonie, niepokój coraz bardziej opanowywał nasze myśli. Cielecki z Pawlikowskim poszli do obozu III, jako zabezpieczenie. I wreszcie o 14.25 rozległy się w radiotelefonie historyczne już dzisiaj słowa Leszka Cichego: „Zgadnijcie, gdzie jesteśmy?”. A potem: „Gdyby to nie był Everest, nigdy byśmy tu nie weseli”. Szał radości, spontanicznej, żywiołowej. Najpiękniejsza chwila w życiu. Ale w tę euforię niebawem znów wkradł się niepokój o ich powrót, o odmrożone nogi Krzyśka, o ich siły, gdy na wierzchołku południowym skończył im się tlen. Jeszcze jedna nerwowa noc, gdy po meldunku Leszka, że jest w obozie IV, nie było już wiadomości, że dotarł tam również Krzysztof. Ale wszystko skończyło się szczęśliwie i 19 lutego w pełnym składzie zasiedliśmy do uroczystej kolacji w bazie – już jako pierwsi ludzie, którzy swym uporem pokonali przerażająco niedostępny zimą Mount Everest. Tak, każdy z nas miał prawo czuć się zwycięzcą – z nieobecnym Krzysztofem Żurkiem włącznie, wspólne bowiem działanie, wspólne opętanie ideą było podstawą ostatecznego zwycięstwa.

Góry tylko wtedy mają sens, gdy jest w nich człowiek ze swymi uczuciami, przeżywający klęski i zwycięstwa. I wtedy, gdy coś z tych przeżyć zabiera ze sobą w doliny. Zimowa część wyprawy „Everest ‘80” była za nami.

Wyprawa spotkała się z ogromnym zainteresowaniem, życzliwością i pomocą ze strony wielu osób i instytucji. Trudno tutaj wymienić wszystkich. Chciałbym jednak szczególnie serdecznie podziękować Julianowi Godlewskiemu, naszemu wspaniałemu przyjacielowi, który raz jeszcze swoją wypróbowaną ofiarnością wsparł polski alpinizm. Słowa wdzięczności chciałbym również skierować do przewodniczącego GKKFiS, Mariana Renke, szefa polskiego sportu, za zrozumienie i tak efektywne poparcie naszych everestowskich planów, bez czego nie bylibyśmy w stanie ich zrealizować. Gorące podziękowanie składam również wiceprzewodniczącemu GKKFiS, Adamowi Izydorczykowi, bezpośredniemu naszemu opiekunowi, którego serdeczną troskę i wyjątkową cierpliwość w rozwiązywaniu piętrzących się trudności odczuwaliśmy przez cały czas trwania wyprawy.

Po zdobyciu Everestu zimą i po wejściu nową drogą wiosną, otrzymaliśmy setki depesz i listów z gratulacjami z całego świata. Chyba najbardziej cenimy sobie list od naszego polskiego Papieża, Jana Pawła II, w którym – sam miłośnik gór i sportów górskich – tak piękne słowa wypowiada o alpinizmie. Z serca za wszystko dziękujemy.

JAN PAWEŁ II: O KRÓLEWSKOŚĆ CZŁOWIEKA

Cieszę się i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu.

Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim Uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia „królewskość” człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym.

Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka.

Na każdą wspinaczkę, także tę codzienną, z serca Warn błogosławię.

Watykan, dnia 17 lutego 1980.

„Taternik” 1982, nr 1