Na wschodniej ścianie Ganku (1963)

Pierwsze przejście zimowe drogi WHP (z Doliny Kaczej): Krzysztof Cielecki, Jerzy Krajski i Andrzej Zawada, 6-7 kwietnia 1963.

Wschodnią ścianę Ganku zaliczało się zawsze do grupy najpoważniejszych problemów zimowych Tatr. Na tę opinię składało się kilka przyczyn: oddalenie od schronisk, duże nagromadzenie trudności, wreszcie znaczne rozmiary, nadające wyprawie charakter alpejski, z koniecznością biwakowania. Sama ściana ma zaledwie 250 m wysokości, jednakże dojście do jej podstawy wymaga pokonania 500-metrowych południowo-wschodnich urwisk Ganku, w warunkach zimy nie tylko trudnych, ale i bardzo niebezpiecznych. Całą tę 750-metrową drogę można podzielić na trzy części: 1. Rynnę Birkenmajera – żleb długości około 100 m, 2. Żleb Stanisławskiego około 400 m długości oraz 3. właściwą wschodnią ścianę w kopule szczytowej Wielkiego Ganku. Już sam początek drogi – pokonanie Rynny Birkenmajera – nastręcza wcale poważne trudności przy jednoczesnym zagrożeniu ze strony lawin. W rynnie tej bowiem łączą się dwa potężne żleby – Stanisławskiego i Świerża, które „drenują” całe wschodnie urwiska Ganku, odprowadzając schodzące z nich śnieżno-lodowo-kamienne lawiny. W dodatku rynna w dolnych partiach tworzy przewieszony komin, zwężający się miejscami do szerokości 1,5 metra. Wszystko to razem sprawia, że na wejście w tę gardziel można się zdecydować jedynie przy dobrych warunkach śnieżnych, pewnej pogodzie, no i oczywiście z zachowaniem wszelkiej ostrożności.

Dwudniowa obserwacja żlebu wykazała, że nawet przy wyjątkowo twardym i związanym śniegu oraz bezwietrznej pogodzie Rynną Birkenmajera bez przerwy przelatują drobne pyłówki, bryły lodu wraz z kamieniami, a nierzadko nawet małe lawinki. Nasilenie występuje głównie w godzinach przedpołudniowych i jest związane z operacją słoneczną w górnych partiach ściany. Przy ewentualnym ataku nasuwały się więc dwie alternatywy: albo przejść Rynnę Birkenmajera przed wschodem słońca, albo też w godzinach popołudniowych, kiedy ściana znajdzie się ponownie w cieniu.

Wybraliśmy pierwszą z nich i 5 kwietnia wyruszyliśmy dwoma zespołami: Krajski – Zawada i Cielecki – Zdzitowiecki. Warunki w żlebie okazały się ciężkie. Rynna była całkowicie oblodzona, a z góry spadały bez przerwy bryły lodu i kamienie, dając nam się dotkliwie we znaki. W dodatku przeliczyliśmy się trochę z czasem i słońce dogoniło nas już na pierwszych wyciągach, pokonywanych przy pomocy igieł lodowych i rąbania stopni w lodzie. W momencie, gdy druga dwójka kończyła pierwszy wyciąg i znalazła się w najwęższym miejscu żlebu, powyżej nadzwyczaj trudnej przewieszki, z góry ruszyła lawina śnieżna. Porwała ona Cieleckiego i Zdzitowieckiego i zniosła ich około 250 m, na szczęście jednak „rozmyła” się na długim i stromym usypisku u podnóża ściany, wyrzucając porwanych na powierzchnię. Cielecki wyszedł z wypadku niemal baz szwanku, natomiast Zdzitowiecki miał złamaną nogę i pokaleczoną twarz. Wycofaliśmy się więc spiesznie ze ściany, a cały dzień upłynął nam na transportowaniu rannego do obozu oraz pomaganiu ekipie czechosłowackiego pogotowia ratunkowego (HS TANAP).

Transport trwał do godz. 12 w nocy, mimo to postanowiliśmy wykorzystać utrzymującą się piękną pogodę i atak powtórzyć nazajutrz.

Tym razem – już w zespole trzyosobowym i ze zrozumiałymi oporami psychicznymi – zebraliśmy się znacznie wcześniej. Ponieważ w dodatku warunki były lepsze niż dnia poprzedniego, dość szybko znaleźliśmy się w Żlebie Stanisławskiego. Zaczęliśmy go forsować około godz. 8. Stosując początkowo asekurację z haków, a następnie z czekana, i trzymając się z boku od lawiniastych partii żlebu, doszliśmy do miejsca, gdzie jego koryto rozgałęzia się w dwa ramiona. Jedno z nich biegnie w stronę Gankowej Przełęczy, drugie zaś – do podnóża wschodniej ściany, mniej więcej w kierunku jej środka. Od miejsca rozwidlenia – jak się okazało później – należało pójść wprost w górę grzędą po jej prawej stronie. Tymczasem my, w obawie, że grzęda sprowadzi nas za bardzo w stronę Gankowej Przełęczy, weszliśmy w lewą odnogę Żlebu Stanisławskiego i dotarliśmy nią pod sam środek ściany. Tutaj prawie przez cztery godziny (od 12.30 do 16) szukaliśmy bez skutku jakiegoś „ludzkiego” wejścia w mur przewieszek, wysokich na 20 do 30 m i ciągnących się wzdłuż całej ściany. Wróciliśmy wreszcie na wspomnianą grzędę i podeszliśmy nią aż pod pionową, nadzwyczaj trudną ścianę, po której przejściu udało nam się osiągnąć wygodny zachód, biegnący wzdłuż całej ściany, między dolnym a górnym pasem przewieszek. Na zachodzie tym znajduje się naturalna wnęka skalna, doskonałe miejsce na biwak. Kiedy zaczęło się zmierzchać, około godz. 18.30, wróciliśmy do niej całe dwa wyciągi po poręczówce, uważając, że trud ten opłaci nam się bardziej niż nocleg na wisząco – w ławeczkach. Zgodnie z przypuszczeniami, warunki biwakowe w kolebie były doskonałe

Najedzeni, wyspani i rozgrzani rannymi promieniami słońca byliśmy w jak najlepszej formie i nie odczuwaliśmy dosłownie żadnego, zwykłego przy biwakach zmęczenia. Około godz. 8 (7 kwietnia) opuściliśmy wygodne schronienie i w pięknej lodowo-skalnej wspinaczce pokonaliśmy niezwykle eksponowane i nadzwyczaj trudne „końcowe partie ściany” (najtrudniejsze miejsce dwa wyciągi od szczytu). Wierzchołek Wielkiego Ganku osiągnęliśmy o godz. 13.30 i nie bez satysfakcji wpisaliśmy polskie nazwiska do czechosłowackiej książki szczytowej. W drogę powrotną ruszyliśmy najpierw granią na Gankową Przełęcz, a stamtąd trawersem przez południowe stoki Rumanowego Szczytu na Przełęcz pod Kozią Strażnicą. Przez zachodnie Żelazne Wrota i Śnieżną Galerię zeszliśmy do Doliny Kaczej.

W obozie byliśmy – z gotowaniem i odpoczynkiem po drodze – o godz. 19. Pogoda była przez cały czas słoneczna i bezwietrzna, temperatura w cieniu utrzymywała się w sinicach -10° C. Śniegu zalegało bardzo dużo, był jednak stosunkowo mocno związany. Ocienione partie skał pokrywał na ogół lód, depresje zaś wypełniał nawiany świeży puch z ostatnich opadów.

Sprzęt, jaki zabraliśmy, okazał się wystarczający. Mieliśmy 2 liny 70 i 40 m długości, 3 pary ławeczek, 6 pętli (w tym 1 szelki Abałakowa), 3 pary raków, 3 czekany, 3 młotki, 18 karabinków, 20 haków, 3 igły lodowe, 3 małe plecaki (tzw. horolezki), 2 śpiwory, 1 kurtkę puchową, 1 prymus, 0,5 l benzyny oraz żywność na 2 dni. Każdy miał na sobie szelki, do których przypinaliśmy liny przy pomocy zakręcanych karabinków. Pozwalało to na szybkie i sprawne manipulowanie w takich momentach, jak zmiana między środkowym a prowadzącym, lub zostawianie liny jako poręczówki i poruszanie się z autoasekuracją. Każdy z nas miał własną parę ławeczek. Trzeci wspinał się przeważnie cały czas z autoasekuracją. Jedynym bodaj mankamentem sprzętowym był brak kasków, które bardzo by się przydały w Rynnie Birkemmajera, poza tym zamiast kurtki lepiej było mieć trzeci śpiwór.

Jeśli chodzi o ogólną ocenę drogi w zimie, trzeba powiedzieć, że jest ona wspaniała, jednakże trudna i niebezpieczna. W razie załamania pogody wycofanie się z niej wymaga dużego doświadczenia, znajomości terenu i bezwarunkowej sprawności technicznej. We właściwej wschodniej ścianie skała jest bardzo krucha. W wielu miejscach trzeba było usuwać luźno tkwiące bloki, co zdaje się wskazywać na to, że droga bywa rzadko uczęszczana nawet w lecie. Odliczając czas stracony na szukanie właściwego wejścia w górną część ściany, przejście nasze trwało około 14 godzin. Wydaje się, że w średnich warunkach śnieżnych i przy zespole trzyosobowym (a taki na drodze tego typu trzeba uznać za minimalny) trudno będzie czas ten skrócić w sposób istotny. Tak więc przy następnych przejściach ściany planowanie biwaku jest raczej konieczne.

„Taternik” 1963, nr 3-4