Nie życzcie sukcesów, gratulujcie po powrocie! (1975)

Wprawdzie do kraju nie powrócili jeszcze wszyscy członkowie polskiej wyprawy na Lhotse, ale akcja zdobywania szczytu została już zakończona. Sukces, czy porażka? Wyprawa nie osiągnęła wprawdzie szczytu Lhotse, ale ustanowiła nowy rekord wysokości – 8250 metrów. Do zdobycia szczytu pozostało 261 metrów i… dwie godziny.

O wyprawie „Lhotse 1974” mówi jej kierownik Andrzej Zawada.

Kiedy usłyszałem, że Zyga – tak wszyscy nazywamy Andrzeja Heinricha – woła do mnie „Andrzej, musimy wracać!” myślałem, że ten człowiek po prostu zwariował. Byliśmy na wysokości 8250 metrów. Pogoda idealna, prawie zupełna cisza, niebo błękitne, a przed nami dwa progi skalne, które nie mogły sprawić większych trudności. Do osiągnięcia szczytu brakowało nam jeszcze około dwóch godzin wspinaczki. I nagle ten człowiek woła, że musimy wracać!

Odwróciłem się do niego i zobaczyłem, że z kotła z wielką prędkością wali niesamowite kłębowisko chmur. To była burza śnieżna. Natychmiast wszystko skryło się we mgle, śniegu i bryłkach lodu. Zrobiło się potwornie zimno. Zresztą i tak temperatura powietrza wynosiła -45º. Marzliśmy, mimo iż mieliśmy na sobie kompletne ubranie przeznaczone do końcowego ataku: puchową kurtkę i spodnie, super ciepłe wysokościowe buty, przeciwwiatrowe skafandry i spodnie, wełnianą bieliznę.

Wiatr uderzył z taką siłą, że o mało nie zwalił nas z nóg. Heinricha ledwo widziałem. Zauważyłem tylko, że z wielkim trudem zaczyna schodzić na dół. Stałem jeszcze przez chwilę. Grań szczytowa, która jeszcze przed paroma minutami wydawała się odległa dosłownie o wyciągnięcie ręki, skryła się we mgłach. Usłyszałem znów te przeklęte „pociągi ekspresowe”. Wiatr wpadając w ostrą grań wyje tak, że przypomina pędzący pociąg.

Sytuacja była beznadziejna. Słyszałem jeszcze jak Zyga wołał: „Trzeba ratować życie! Wracaj natychmiast!”. Miał rację. Zacząłem powoli schodzić. Dla mnie, jako dla alpinisty, oznaczało to prawdziwą klęskę. Byliśmy tak blisko, a musimy schodzić w dół. W dodatku wiedziałem, że jest to nasza ostatnia szansa. Był już 25 grudnia.

W Himalajach istnieją dla alpinistów dwa sezony: przedmonsunowy obejmujący marzec, kwiecień maj i pomonsunowy – październik i listopad. W zimie władze nepalskie na ogół nie zezwalają na wspinaczkę.

Dwa miesiące, to za mało

W połowie grudnia składaliśmy dodatkowe podanie z prośba o przedłużenie zezwolenia na styczeń. Niestety nakazano nam natychmiastowy powrót i likwidację wyprawy z dniem 31 grudnia. Byliśmy bezsilni. Nie mogło być mowy o powtórzeniu prób ataku na szczyt. Nie mieliśmy nawet czasu na zlikwidowanie obozów III i IV. Znów trzeba byłoby czekać na poprawę pogody.

Teraz, już po powrocie wiem, że dwa miesiące na zdobycie szczytu w sezonie zimowym to za mało. Oczywiście każdy może spytać, dlaczego nie przyjechaliśmy wcześniej, ale nawet jeszcze 23 i 25 października były monsunowe opady śniegu. Wczesne rozpoczęcie akcji zgubiło grupę francuską ). Wspinali się wprawdzie bez wiatru, ale przez cały czas w opadach śniegu. Śnieg gromadził się na grani, powstała z niego lawina, która była przyczyną tej strasznej tragedii.

Światowa wartość naszej wyprawy miała polegać właśnie na nietypowym sezonie. Poza tym miało to być pierwsze polskie osiągnięcie ośmiotysięcznika.

Okres pięknej bezwietrznej pogody trwał tylko przez pierwszy tydzień. W czasie tego tygodnia założyliśmy trzy obozy. Szerpowie nie mogli wyjść z podziwu: Polacy po raz pierwszy weszli w góry i od razu przeszli cały Icefall. Potem jednak zaczęło się piekło. Huraganowa wichura rwała nam namioty. 11 grudnia po sześciu atakach udało się trzem kolegom Kurtykowi, Rusieckiemu i Styczyńskiemu wreszcie założyć obóz IV. 13 grudnia chcieliśmy zrobić z Andrzejem Heinrichem pierwszą próbę ataku na szczyt. Ale w nocy z 12 na 13 zerwała się wichura tak potworna, że przez cały czas musieliśmy trzymać namiot, żeby nam go nie zerwało. Potem właśnie w czasie takiej wichury i zamieci zmarł Leszek Latałło. Do momentu pochowania jego ciała oczywiście nikt nie wspinał się. Potem było to podejście 25 grudnia i… koniec zezwolenia. Dla mnie cała wyprawa trwała cztery miesiące, a najważniejsza jej część – ataki na szczyt ograniczyły się do tych kilku dni pomiędzy 11 a 25 grudnia. Jakiż ja byłem wściekły!

Nie wystarczy wejść wysoko

Zawsze należy się liczyć z dziesiątkowaniem uczestników wyprawy przez choroby. W naszej wyprawie był taki moment, że pozostały tylko dwa zdolne do ataku zespoły. Koledzy albo mieli odmrożenia, albo byli przemęczeni zbyt wielkim wysiłkiem, kilku miało chore gardła. Do tego dochodziły jeszcze problemy z aklimatyzacją. Nie wierzę w żadne środki farmakologiczne, które mogłyby ją ułatwić. Oczywiście można stosować tlen, tyle że używając go od początku, człowiek nigdy nie zaaklimatyzuje się. Moim zdaniem trzeba po prostu wykazać cierpliwość. Organizm sam musi przejawić inicjatywę w produkcji dodatkowych czerwonych ciałek krwi. Wymaga to jednak dwóch, trzech tygodni.

Aklimatyzacja nie polega na tym, że wchodzi się wysoko i tam walczy się z tym potwornym bólem głowy i wszystkimi typowymi dla choroby górskiej dolegliwościami. Człowiek musi być stale aktywny. Trzeba wchodzić na górę i wracać. Obóz III był dla nas na początku miejscem, gdzie cierpieliśmy na potworne bóle głowy, torsje, bóle żołądka. Potem traktowaliśmy już ten obóz jako miejsce odpoczynku, skąd można było przechodzić do obozu IV i wyruszyć do ostatecznego ataku. Ale mimo wszystko powszechnie uważa się, że na wysokości 8 tys. metrów można przebywać już tylko kilka godzin. Wspaniale spisywała się jedyna kobieta w naszej wyprawie, Anka Okopińska. Doszła do obozu III, ale potem ze względu na bezpieczeństwo zabroniłem jej wychodzenia z bazy. Gdyby jednak była to inna pora, a warunki nie tak niebezpieczne, jestem pewien, że padłby światowy rekord wysokości i Anka weszłaby na Lhotse. Nie wiem, czy dotychczas jakakolwiek kobieta była uczestniczką tak poważnej ekspedycji.

Największy samochód w Katmandu

Około 90 proc. naszego sprzętu było produkcji polskiej. I tak POLSPORT zrobił specjalnie dla naszej wyprawy znakomite nosiłki. Nawet Szerpowie przyzwyczajeni do sprzętu sportowego najwyższej światowej klasy, ocenili je bardzo wysoko.

Namioty wykonano według naszego projektu w zakładach w Legionowie. Już wcześniej wielokrotnie wypróbowywaliśmy je na wyprawach. Tutaj tez świetnie zdały egzamin.

W naszej aparaturze tlenowej zrobiliśmy kombinację sprzętu francuskiego i polskiego. Butle i maski były francuskie, ale reduktory polskie. Okazało się, że w ciężkich warunkach francuskie zawodziły. Natomiast polskie pracowały bez zarzutu. Był to nasz mały sukces. Reduktory te wykonano kiedyś na nasze specjalne zamówienie.

Bardzo dobrze mieliśmy zorganizowaną łączność. Posługiwaliśmy się „Klimkami”- radiotelefonami projektu inż. Nietykszy. „Klimki” są małe, wygodne, ważą niewiele ponad kilogram. Właśnie dzięki „Klimkom” można było udzielić pomocy jednemu z uczestników wyprawy, który był już na górze i rozchorował się. Potrzebne mu lekarstwo znajdowało się w drugiej części karawany, która prowadziłem ja. Dzięki „Klimkowi” połączyłem się z oddalaną o ok. 40 km bazą i dowiedziałem się o chorobie. Specjalnie opłacony goniec szedł dzień i noc, ale kolega we właściwym czasie otrzymał lekarstwo.

Znakomicie spisywał się nasz „Jelcz”. Właściwie bez żadnych awarii dojechał do Katmandu. Zresztą odegrał ogromną rolę propagandową. Był to największy samochód, jaki kiedykolwiek dojechał do stolicy Nepalu. Oczywiście wiele w tym zasługi Mirka Wiśniewskiego, który jest wprawdzie artystą fotografikiem, ale i samochód prowadzi świetnie.

Everest pod śmieciami

Doskonale rozumiem władze nepalskie, ze starają się coś zrobić z tą ogromną ilością ekspedycji, która najeżdża Himalaje. Mount Everest jest największym skarbem Nepalu. Wszystkie następne pokolenia będą zawsze marzyły o tym, żeby go sobie chociaż obejrzeć. Dzięki Everestowi Nepal mógł rozwinąć turystykę. Japończycy zbudowali wspaniały hotel „Everest View”. Cena za dobę – 65 dolarów. Specjalnie dla turystów odbywają się codziennie loty z Katmandu pod hasłem: „Oglądamy Największą Górę Świata”. Organizowane są turystyczne podejścia pod Everest.

Coraz trudniej jest o Szerpów. Nie chcą ryzykować życia. W wyprawach ginie co czwarty Szerpa i co dziesiąty alpinista. Zarobki Szerpów są jednak dość wysokie, a od niedawna rząd nepalski wprowadził ubezpieczenie – 15 tys. dolarów za wspinających się Szerpów i 5 tys. za pracujących w bazie. Wysokość stawki ubezpieczeniowej zależy od kwalifikacji kierownika wyprawy, jego stażu, doświadczenia itd. Płaci się 2, albo 5 proc. My na szczęście płaciliśmy 2 proc. Ale i tak ubezpieczenie za czterech tragarzy, kucharza i jego pomocnika, gońca i oficera łącznikowego wyniosło 1,800 dolarów.

Niedawno podjęto uchwałę, by okolice Everestu traktować jako park narodowy. Był to już najwyższy czas. A swoją drogą jakże szybko kurczy się ten świat. Everest, to przecież ta najdziksza góra, pod która w 1921 roku podeszli ludzie, by zbadać czy istnieje jakakolwiek możliwość wejścia. Dzisiaj trzeba już myśleć o parku narodowym, bo teren tak bardzo jest zaśmiecony. Lodowiec Khumbu pomiędzy Everestem a Lhotse płynie jak każdy lodowiec, ale płynie bardzo wolno. Na całym lodowcu pozostają stosy śmieci po różnych wyprawach. Mieliśmy trudności ze znalezieniem czystego miejsca, gdzie jeszcze nie było bazy. Ostatnia włoska wyprawa, która zresztą kosztowała 2 miliony dolarów, zostawiła po sobie również rekordową ilość brudów – puszki po piwie, po konserwach, nawet beczki po winie. Nikt tego stamtąd nie wywozi. Jedynym ratunkiem byłyby chyba helikoptery, które oczyściłyby teren. Oczywiście kosztami obciążyć należałoby wyprawy.

Na ścianie Icefall spotyka się powtapiane, trasery, liny, drabiny. Leżą tam butle z tlenem, jakieś szczątki namiotów. My też zostawiliśmy dwa namioty, ale niestety była to siła wyższa. Wszystkie śmieci staraliśmy się wyrzucać w głębokie szczeliny.

Alpiniści są ludźmi przesądnymi. Nigdy nie fotografujemy się przed wejściem na ścianę, zawsze po zejściu z niej. Niebezpieczeństwo wróży także spotkanie czarnego motyla. Przed wyjazdem nikomu nie wolno życzyć sukcesów. Gratulować można po powrocie. Szerpowie też mają swoje obyczaje. Na każdą wyprawę zabierają ze sobą worek ryżu, który dostają w prezencie od głównego lamy klasztory Thiang Bocze. Przed każdym kolejnym wyjściem Szerpowie rozrzucali ten ryż po bazie, wymawiając przy tym jakieś zaklęcia. Potem rzucali ryż we wszystkich trudniejszych przejściach. Codziennie palili kadzidła.

To nie był niedźwiedź

Sensację wzbudził fakt, że odkryliśmy ślady jakiegoś dziwnego zwierza. Nie wiemy oczywiście czy był to yeti. Na dobrą sprawę przecież nikt nie wie, czy on rzeczywiście żyje. Ale mimo wszystko ślady, które znaleźliśmy, były dziwne. Nie przypominały tropów żadnych innych zwierząt. Stopa była dość duża. Zmierzyliśmy dokładnie – miała 24 cm długości, a odstęp między nimi wynosił około 80 cm. Na stromym stoku dochodził do 90 cm. Robiliśmy obok ślady butów. Ten dziwny stwór musiał być bardzo ciężki, bo zapadał się w śnieg dwukrotnie głębiej niż my. Jeszcze jedna dziwna rzecz. Ślad biegł „jak po sznurku”. Równiutko stopa, za stopą. Na pewno nie był to niedźwiedź. Byłem kiedyś na Szpicbergenie i widziałem tam ślady niedźwiedzia. Przede wszystkim niedźwiedź chodzi na czterech łapach. Czasem tylko staje na dwóch. Więc jeśli nie był to niedźwiedź, pytam się: CO TO MOGŁO BYĆ?

Ślady znalazł Jurek Surdel, który pod Everestem był już wcześniej i na yetiego był specjalnie wyczulony. Gdyby nie on, na te ślady nikt nie zwróciłby uwagi. Tylko w jednym miejscu przecinały naszą ścieżkę wejściową na Icefall. Jeśli patrzy się na takie dwa, trzy ślady obok siebie, można pomyśleć, że to słońce wytopiło śnieg. Ale kiedy zobaczyliśmy, że ciągną się przez dwieście metrów, wiedzieliśmy, iż musi to być coś innego. Surdel szedł z nimi około 2 km.

Ślady takie spotykano już w ubiegłym wieku. Były przecież nawet opisy spotkania z tym zwierzęciem. Teraz jednak wszystko wydaje się ogromną sensację. Cały świat jest niby już poznany, a tutaj nagle wychodzi coś nowego, tajemniczego. Szerpowie, którzy z całym przekonaniem wierzą w istnienie yeti, mówili nam, że teraz, kiedy pod Everestem jest tak wielki ruch, ciągle przychodzą wyprawy, przelatują helikoptery i samoloty – yeti odszedł dalej. Przecież niedźwiedzie z Tatr tez uciekły. Nasza ekspedycja wspinała się w okresie, kiedy nie było tej całej masy turystów. To zwierzę szło w kierunku lawiniska, w którym leżały zwłoki francuskiej wyprawy.

Poza zdjęciami śladów yeti przywieźliśmy z wyprawy bardzo bogaty materiał. Zrobiliśmy około 1000 rolek zdjęć. Jurek Surdel nakręcił film. Mamy nagranych ok. 40 godzin rozmów. Na pewno powstanie z tego książka.

Moim zdaniem w Himalaje powinno się pojechać jak najszybciej. No przecież właśnie my pierwsi zaczęliśmy wspinaczkę w sezonie zimowym. Jesteśmy bogatsi o własne doświadczenia. Przy tych doświadczeniach i odpowiedniej ilości czasu szansa na zdobycie szczytu jest olbrzymia.

Notowała Danuta Walewska. Wywiad z Andrzejem Zawadą, „Dookoła Świata” 1975