Polsko-angielska wyprawa w Hindukusz (1977)

Pięć nowych dróg, w tym dwie najtrudniejsze ściany Hindukuszu, razem sześć szczytów w ciągu 18 dni – oto plan pierwszej polsko-angielskiej wyprawy. A zaczęło się wszystko podczas wizyty Petera Boardmana w Polsce zimą 1976 roku. Wtedy to zrodził się pomysł wspólnej imprezy i ustalono wstępnie jej ramy (T. 2/76, s. 70). Po wymianie oficjalnej korespondencji między PZA i BMC sprecyzowano ostatecznie szczegóły i warunki współpracy: celem wyprawy będą wejścia ścianowe w stylu alpejskim w Hindukuszu Afgańskim; czas trwania dwa miesiące; liczba uczestników – dziesięć osób, po pięć z każdego kraju, dodatkowo lekarz; kierownikiem wyprawy będzie Polak. Strona polska dostarczy żywność, sprzęt, biwakowy i opłaci przejazd z Warszawy do Afganistanu i z powrotem. Strona angielska pokryje wydatki na terenie Afganistanu. Sprzęt wspinaczkowy każdy zespół przygotuje we własnym zakresie. Wyprawa została zatwierdzona jako impreza centralna PZA, kierownikiem Zarząd mianował Andrzeja Zawadę, a w skład polskiej ekipy, wybranej przez Komisję Sportową, weszli: Piotr Jasiński, Marek Kowalczyk, Wojciech Kurtyka, Jan Wolf oraz Robert Janik jako lekarz. W Anglii wyprawę aprobowały Mount Everest Foundation i British Mountaineering Council, a patronat nad nią objął Chris Bonington. Szefem zespołu angielskiego został John Porter, znany polskim alpinistom z pobytu w Tatrach zimą 1976 roku. Prócz niego w skład wyprawy weszli alpiniści należący do angielskiej czołówki: Peter Holden, Terry King, Howard Lancashire i Alex MacIntyre.

Podróż i aklimatyzacja

Zespół angielski, z wyjątkiem Holdena, który miał polecieć bezpośrednim samolotem do Kabulu, przyjechał do Polski 6 lipca. Cała wyprawa wraz z 64 bębnami bagażu wyjechała 8 lipca pociągiem przez Moskwę do Termezu w Taszkiencie. Zawada przesiadł się na samolot (w którym niespodziewanie spotkał się z Holdenem) i poleciał do Kabulu załatwiać formalności związane z zezwoleniem. Ponownie cały skład wyprawy spotkał się 24 lipca w Fajzabadzie, gdzie nastąpiło generalne przepakowanie w związku z podziałem na dwie grupy. MacIntyre, Kurtyka, Porter i Wolf zdecydowali się zaatakować północną ścianę Kuhi Bandaka – szefem zespołu został Kurtyka, główny orędownik Bandaki. Czwórka ta odłączyła się od reszty w Zebaku, skąd 26 lipca rozpoczęła marsz z karawaną doliną Zidghar. Reszta wyprawy udała się do Doliny Mandaras, gdzie 28 lipca założyła bazę – w tradycyjnym miejscu wyprawy poznańskiej z 1962 roku (4300 m). Niespodziewaną przeszkodą w drodze do bazy okazała się wyjątkowo w tym roku rwąca rzeka, spływająca doliną. Można ją było przekraczać tylko we wczesnych godzinach rannych, ale i wtedy trzeba było stosować asekurację linową. W rzece tej w czasie naszego pobytu w górach utopił się tragarz wyprawy hiszpańskiej, co spowodowało natychmiastowe podwyższenie stawki dziennej na trasie do Doliny Mandaras.

Pogoda dopisywała w pełni, jak zawsze w Hindukuszu. Południowe upały trudno było znieść w namiocie. I tak było codziennie przez cały nasz pobyt w Afganistanie. Zespół angielski założył dodatkowo małą pod bazę 200 m wyżej, w głębi doliny. Można było z niej lepiej obserwować północne zerwy Kuhi Mandaras – główny cel naszej grupy. Patrząc na odstraszające urwisko, pocieszaliśmy się tym, że zwisające w nim lodowe bariery są wyjątkowo w tym roku spokojne.

Najpierw jednak czekały nas wejścia treningowo-aklimatyzacyjne. Polacy wybrali w tym celu północno-wschodni filar szczytu M9 (6100 m), opadający elegancką prostą linią wysokości 1500 m. Przedtem Jasiński i Kowalczyk poszli na przełęcz między M9 i M10, by rozpatrzyć się w drodze zejściowej. Rano 2 sierpnia dwie polskie dwójki – Janik z Zawadą i Jasiński z Kowalczykiem – rozpoczęły wspinaczkę filarem. Dolna część była czysto skalna, górna – lodowo-śnieżna. Wspinaczka piękną, dobrze urzeźbioną skałą, rozgrzaną w słońcu, stanowiła prawdziwą przyjemność. Gorzej było w części górnej, najeżonej penitentami, a już zupełnie źle – na grani M9, gdzie penitenty sięgały do pasa. Za to widoki wspaniałe, a trzy biwaki na wysokości między 5500 a 6000 m wpłynęły korzystnie na naszą aklimatyzację.

W tym samym mniej więcej czasie zespół angielski w składzie Holden, King i Lancashire poprowadził nową drogę 770-metrowym zachodnim filarem M5 (6074 m). W środkowej części droga wiodła krawędzią filara, najeżonego turniami, dalej kuluarem lodowym i przez strome pola lodowe do dość jeszcze odległego szczytu.

Ściana Kuhi Mandaras

Po trzech dniach odpoczynku w bazie zdecydowaliśmy się zaatakować ścianę Kuhi Mandaras dwiema oddzielnymi dwójkami: King z Zawadą i Jasiński z Kowalczykiem.

Sławna, lodowo-skalna północna ściana, wysokości 1600 m, fascynowała grozą i potęgą. Najeżona na całej swej długości przewieszonymi barierami lodu, wydawała się nie do przebycia. A jednak prawie dokładnie w jej środku opada skalny filar, który dawał nadzieję na bezpieczne przejście. Tędy postanowiliśmy poprowadzić drogę. Jeszcze przed wschodem słońca, rano 10 lipca, przekroczyliśmy szczelinę brzeżną i w piekielnym tempie zaczęliśmy wspinać się z Terrym lodową ścianą na lewo od ostrogi filara. Kiedy spadające z góry kamienie i bryły lodowe zaczęły się niebezpiecznie nasilać, byliśmy już na tyle wysoko, że po wtrawersowaniu na ostrze filara mieliśmy znaczną jego część za sobą. Pierwszy biwak – po 12 godzinach wspinaczki – był wyjątkowo komfortowy. Mogliśmy zrobić platformy i zdjąć buty, zresztą ostatni raz na tej drodze. Niepokoiliśmy się tylko o Piotra i Marka, z którymi straciliśmy kontakt, gdy niżej od nas wtrawersowali na filar. Drugiego dnia strome lodowe pole doprowadziło nas do 300-metrowego przewieszonego urwiska skalnego w samym środku ściany. Wypatrzona wcześniej rampa, przecinająca skośnie to urwisko, z bliska okazała się nie do przejścia. Zaczęliśmy trawersować w prawo po oblodzonych gładkich płytach, szukając możliwości sforsowania przewieszających się skał. Parę prób zakończyło się, niestety, wycofaniem zjazdami. Noc zastała nas na wąskiej półce skalnej. Nadal nie było kontaktu z drugą dwójką, nie rysowała się też żadna szansa na wyszukanie dalszego przejścia. Trzeci dzień przyniósł rozwiązanie w postaci zalodzonego i przewieszonego komina, który wyprowadził nas z prawej strony pod wiszące bariery lodowe, pod którymi staraliśmy się jak najszybciej przetrawersować w lewo, i z powrotem na ostrze filara. W lepszym już nastroju spędziliśmy trzecią noc, obserwując wreszcie w dole światełka naszych kolegów. Czwartego dnia pokonaliśmy 28 wyciągów końcowego spiętrzenia filara, który dokładnie środkiem ściany, między dwiema przewieszonymi barierami lodu, prowadził w kierunku szczytu. Jeszcze jeden biwak i 14 sierpnia o godzinie 8 rano stanęliśmy na wierzchołku Kuhi Mandaras (6628 m). Tego samego dnia szczyt osiągnęli Jasiński i Kowalczyk, którzy dolną część ściany pokonali innym, trudniejszym wariantem. Oba zespoły zeszły do bazy drogą pierwszych zdobywców szczytu, Stryczyńskiego i Zierhoffera, przez ścianę zachodnią.

Ściana Kuhi Bandaka

Tymczasem Anglicy Holden i Lancashire w ciągu trzech dni pokonali północno-zachodnią ścianę M7 (6284 m), wytyczając nową drogę ściśle jej środkiem. W dniu 15 sierpnia zjawił się niespodziewanie w bazie Jan Wolf. Z powodu choroby nie mógł on wziąć udziału w ataku na ścianę Kuhi Bandaka, przywiózł jednak wiadomość, że 9 sierpnia pozostała trójka rozpoczęła wspinaczkę, licząc, że przejście uda się zakończyć w ciągu sześciu-siedmiu dni.

Wybrali drogę środkiem ściany, zaraz na lewo od wielkiego lodowego tarasu. Pierwszego dnia pokonali stosunkowo łatwy, ale niebezpieczny ze względu na spadające kamienie, dolny odcinek ściany i założyli biwak już na wysokości lodowego tarasu. Na drugi dzień po męczącej wspinaczce kruchymi skałami przeplatanymi piargiem dotarli pod 100-metrowy pionowy pas skał, przecięty wąskim kominem, pod którym zabiwakowali ponownie. Było to kluczowe miejsce na drodze. Rano okazało się, że spadające lawiny uniemożliwiają wspinaczkę, dopiero w godzinach popołudniowych zdecydowali się zaatakować komin. Pokonali go w skrajnie trudnej, wyczerpującej wspinaczce. Biwak założyli na początku śnieżno-lodowego kuluaru. Czwartego dnia drogę poprowadzili stromym filarem, ograniczającym kuluar z prawej strony. Duże trudności techniczne na wysokości przeszło 6000 m wymagały wysiłku i uwagi, toteż kolejna noc zaskoczyła ich w połowie filara – toteż możliwości założenia wygodnego biwaku. Spędzili ją rozlokowani w różnych miejscach na wąskich półkach. Dopiero następnego dnia po południu dotarli do początku lodowego pola, opadającego spod szczytu. Tu założyli ostatni biwak w ścianie, by nazajutrz po przejściu stromego twardego lodu i pokonaniu wywieszonej bariery seraków, wieczorem 14 sierpnia stanąć na szczycie.

Zakończeniem działalności sportowej wyprawy było wejście Janika i Wolfa w ciągu trzech dni na Noszak (7492 m), w dniach 17-19 sierpnia. 23 sierpnia obie grupy spotkały się w Zebaku, przekazując sobie radosne wiadomości o sukcesach. W Kabulu pięć dni zajęły im nerwowe starania o wizy powrotne dla zespołu angielskiego. 2 września przekroczyliśmy Amu Darię, by 8 września dotrzeć pociągiem do Warszawy. Następnego dnia zespół angielski pożegnaliśmy na Dworcu Gdańskim – w nieprzerwanych strugach padającego deszczu.

Osiągnięte przez nas wyniki sportowe świadczą, że polsko-angielska wyprawa była udanym przedsięwzięciem. Sądzę, że obie strony odniosły korzyści, nie tylko w rezultacie podziału kosztów, co ma zasadnicze znaczenie, ale również dzięki wspólnemu działaniu i możliwości skonfrontowania dość różnych przecież „szkół” wspinania. Jeśli chodzi o nas, na pewno niejednego mogliśmy się od kolegów angielskich nauczyć, przede wszystkim w dziedzinie nowoczesnej techniki lodowej z użyciem terrordaktyli. Taka międzynarodowa współpraca pobudza ludzi, mobilizuje do działania, korzystnie wpływa na ambicje sportowe. Poza tym dni spędzone w podróży i w górach na wspólnych wspinaczkach zbliżyły nas i sprawiły, że z wyprawy wróciliśmy z przyjaciółmi, co uważam za sukces dorównujący sukcesom sportowym. Sądzę, że pierwsza polsko-angielska wyprawa stworzyła perspektywy do dalszej współpracy między dwoma naszymi środowiskami alpinistycznymi.

A wracając do osiągnięć sportowych w Hindukuszu, trudno się oprzeć refleksji, jak wszystko szybko zmienia się na świecie. Jeszcze nie minęła w tych górach epoka zwiedzania dolin i zdobywania dziewiczych szczytów, a już rozpoczął się okres wyczynowej ekspansji. Przejścia ścian Bandaki, Mandarasu, Szchaura, wejścia non stop na Noszak – z rewelacyjnym jednodniowym wejściem Krzysztofa Żurka – udowodniły, że kończy się w Hindukuszu okres wspinania metodą oblężniczą, z zakładaniem obozów. Metoda ta nie ma już tu racji bytu, staje się wsteczna z punktu widzenia sportowego, w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Została przesunięta bariera ludzkich możliwości, rozpoczęło się wspinanie w stylu alpejskim bardzo trudnymi ścianami na szczyty o dwa do dwóch i pół tysięcy metrów wyższe niż Mont Blanc. Musimy sobie od razu powiedzieć, że nie wszystkich będzie na to stać, ale tak już jest, że podniesienie skali trudności zwiększa wymagania.

Oczywiście, w porównaniu z Alpami pozostaną jeszcze problemy związane z dojazdem i dotarciem w głąb dolin Hindukuszu, szczególnie od strony finansowej, o czym pisze w swoim artykule Janusz Kuliś. Sprawą otwartą pozostają też zagadnienia bezpieczeństwa, które nieprędko doczekają się rozwiązań podobnych do europejskich. Dlatego też wyprawy sportowe muszą być od tej strony całkowicie samodzielne, a zespoły wspinaczkowe gwarantować najwyższy poziom techniczny i kondycyjny. Niemniej jednak wspinaczki stylem alpejskim na szczyty do 7500 m stać się tu muszą regułą i to już w najbliższymi czasie.

 Wykaz przejść

  1.  Szczyt M9 (6100 m) – I wejście północno-wschodnim filarem (1500 m wysokości): Piotr Jasiński i Marek Kowalczyk, 2-3 VIII 1977; Robert Janik i Andrzej Zawada, 2-4 VIII 1977. Trudności III-IV.
  2. Szczyt M5 (6074 m) – I wejście zachodnim filarem (700 m wysokości): Peter Holden, Terry King i Howard Lancashire, 5-6 VIII 1977. Trudności III-IV.
  3. Kuhi Bandaka (Kohe Bandaka, 6843 m) – I wejście środkiem północno-wschodniej ściany (2140 m wysokości): Wojciech Kurtyka, John Porter, Alex MacIntyre, 9-14 VIII 1977. Trudności VI.
  4. Kuhl Mandaras (Kohe Mandaras, 6628 m) – I wejście północną ścianą (1600 m wysokości): Terry King i Andrzej Zawada, 10-14 VIII 1977; Piotr Jasiński i Marek Kowalczyk, 10-14 VIII 1977 (z innym wariantem w dolnej części). Trudności VI.
  5. Szczyt M1 (6284 m) – I wejście północno-zachodnią ścianą (1100 m wysokości): Peter Holden i Howard Lancashire, 11-13 VII 1977. Trudności IV-V.
  6. Noszak (Noshaq, 7492 m) – wejście zachodnią grzędą: Robert Janik i Jan Wolf, 17-19 VIII 1977.

„Taternik” 1977, nr 4