Pro memoria – o Jurku Warteresiewiczu – „Dziurku” (2000)

Kiedy w 1965 roku staliśmy na szczycie Mont Blanc po przejściu Wielkiego Filara Narożnego, nikt z nas nie przypuszczał, że była to ostatnia wielka droga w Alpach Jurka Warteresiewicza. Jeszcze raz w 1967 roku wyjechałem z nim na zimowy obóz do Chamonix, tym razem z zamiarem pierwszego przejścia naszego filara zimą. Za pierwszy cel, dla nabrania kondycji i aklimatyzacji, wybraliśmy filar Grande Rocheuse. Był z nami Maciek Gryczyński, wybitny wspinacz z łódzkiego KW. Pierwszego dnia wspięliśmy się dość wysoko i założyliśmy biwak pod kopułą szczytową. W nocy pogoda załamała się kompletnie. W śnieżycy, mrozie i potwornej wichurze aż dwa dni wycofywaliśmy się zjazdami ze ściany. To była ostatnia wspinaczka Jurka w jego ukochanych Alpach. Parę miesięcy później, podczas ćwiczeń skałkowych z komandosami w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, spadł z niedużej wysokości, ale nieszczęśliwie, uszkadzając kręgosłup. Nie pomogły operacje. Został sparaliżowany od pasa w dół. Opuszczony przez żonę i izolowany od syna, po śmierci matki zmagał się w samotności z okropnym kalectwem . Był dla nas bohaterem w górach, ale jeszcze większym bohaterem okazał się, kiedy walczył ze swym losem, przykuty do łóżka przez 31 lat. Do końca zachował ten sam twardy charakter, który podziwiałem wiele razy podczas naszych pobytów w górach. Nigdy nie pozwalał mówić o chorobie i swoim nieszczęściu. Nie poddawał się. Opanował technikę komputerową i razem ze swoimi kolegami po fachu był inżynierem elektrykiem – publikował prace naukowe. Interesował się zawsze osiągnięciami Polaków w Himalajach, prosił odwiedzających go kolegów klubowych o wyświetlanie przeźroczy i obszerne opowieści o wyprawach.

Zmarł 2 grudnia 1998 roku. Na cmentarzu w Warszawie żegnaliśmy jego prochy. W historii polskiego alpinizmu pozostanie na zawsze wybitną postacią.