Przedmowa Andrzeja Zawady do albumu Chrisa Boningtona „Wielkie wspinaczki” (1995)

Przez tysiące lat owiane tajemnicą góry budziły lęk i respekt. Często przypisywano im znaczenie religijne. Niewielu było śmiałków, którzy odważyli się naruszyć spokój gór i wejść w ich boskie królestwo. Zdobycie najwyższych i najbardziej niebezpiecznych szczytów nie rozwiązało wszystkich mitów, nie naruszyło ich magii, mistyki, siły. Legenda K2, Matterhornu czy Salathe’ długo jeszcze będzie rozniecać pragnienia tych wspaniałych mężczyzn i kobiet, którzy wybrali styl życia ponad granicami doświadczeń dnia powszedniego. Na stronach tej książki znajdziemy niejeden piękny opis zarówno radości związanej ze zdobywaniem gór, jak i niepokojów odczuwanych w obliczu grożącego niebezpieczeństwa

Nie sądzę, żeby alpiniści ustawicznie zajmowali się rozważaniami na temat sensu wspinania. Po prostu lubią się wspinać, robią to spontanicznie, ciesząc się przeżyciami, które dają im satysfakcję i zadowolenie. Ale jestem przekonany, że każdy z nich ma chwilę zadumy – czy warto? – i na swój sposób zmaga się z odpowiedzią na to trudne pytanie. Na stronach tej książki znajdziemy niejeden piękny opis zarówno radości związanej ze zdobywaniem gór, jak i niepokojów odczuwanych w obliczu grożącego niebezpieczeństwa. Uważam, że potrzeba wspinania tkwi głęboko w naszej psychice, jest wyrazem tych cech ludzkiego ducha, które skłoniły człowieka do opuszczenia jaskini i odważanego podboju świata, w którym zaczął szukać celów dla swojego istnienia. Odkrywać nowe drogi, zdobywać szczyty zimą, wchodzić bez tlenu czy samotnie. Pokonać nieosiągalne – to odwieczne wyzwanie. Ale po co szukać tak głębokiego uzasadnienia dla alpinizmu. Wystarczy, że dla jednych będzie to realizacja sportowego celu, a dla drugich po prostu przyjemność czy szukanie wolności, jakiej brak im w życiu. Cokolwiek będzie się myśleć o alpinistach, uważam, że są to w większości ludzie ciekawi i nieprzeciętni. Cenię sobie, że mogłem wielu z nich – również autorów tej międzynarodowej książki – poznać osobiście, a nawet wspinać się z niektórymi w najtrudniejszych warunkach.

W tym roku minęła piętnasta rocznica pierwszego wejścia na Everest zimą, czego dokonała polska wyprawa. Chris Bonington w rozważaniach o alpinizmie i jego przyszłości pominął rozwój zimowego himalaizmu. A jest to wyzwanie sportowe najlepszej próby. Zdobywać najwyższe szczyty najtrudniejszymi drogami, w najbardziej niebezpiecznych warunkach, jakie natura stwarza właśnie zimą. By ocenić trudności, wystarczy porównać dwie liczby: pięć osób na szczycie Everestu zima i około 650 w okresie wiosenno-jesiennym. Przecież jeszcze nie wszystkie ośmiotysięczniki zostały zdobyte zimą, nie mówiąc o wspaniałych ścianach czy filarach. Pozostało wiele do zrobienia przed ambitnymi wspinaczami, których nie cieszą łatwe zwycięstwa.

Pamiętajmy, że góry czy olbrzymie lodowe przestrzenie Antarktydy – bo i o nich pisze się tutaj – są dla wielu scenerią, w jakiej mogą realizować swojej marzenia, znaleźć szczęście i sens istnienia. I to jest najważniejsze. Bo czy warto istotom obdarzonym świadomością żyć dla samego istnienia? Więc nie potępiajmy tak szybko i bez zastanowienia tych, co w górach zostali na zawsze. Były one dla nich czymś najcenniejszym.