Refleksje o wspinaniu (1988)

Minęło już 38 lat od czasu, kiedy po raz pierwszy związałem się liną. Przez ten okres wydarzyło się dużo w moim górskim życiorysie. Mam jednak obawy, czy to, że osiągnąłem coś niecoś w górach, upoważnia mnie do wymądrzania się na temat filozofii alpinizmu, a więc życia w ogóle, bo te sprawy są ze sobą związane bardzo ściśle.

Często zadają nam pytania, dlaczego wspinamy się po górach, dlaczego uprawiamy tak niebezpieczny sport. Są one dla alpinistów denerwujące, bo niełatwo na nie odpowiedzieć. Najlepiej wykręcić się jakimś żartem, jak to zrobił kiedyś mój kolega podczas odczytu, kiedy pewna pani po obejrzeniu ostatnich slajdów, już szczytu jakiejś góry zaczęła się domagać wyjaśnienia, po co to wszystko. Odpowiedział wtedy krótko: bo proszę Pani płacą nam za każdy metr zdobytej góry po 1,60zł. Pani się uspokoiła – nawet rozumiała, dlaczego wspinamy się tak wysoko.

Ale ja mam odpowiedzieć poważnie, bo przecież o to Ci chodzi. Alpinizm jest równie bogaty jak samo życie. Ma wiele stron, barw, odcieni i różne może wzbudzać zainteresowania. Sądzę, że inne są motywacje u młodego adepta wspinaczki, a inne u doświadczonego alpinisty. W młodości wszystko jest bardziej żywiołowe, bardziej uczuciowe. Wspominam ten pierwszy okres moich wspinaczek w pobliskich Tatrach z największą przyjemnością. Wszystko było nowe, świeże, ciekawe, przeżywane intensywnie jak pierwsza miłość. Nie interesowało mnie wtedy, czy na górze lub drodze, po której się wspinałem, był już ktoś przede mną. Ważne było to, że ja potrafię pokonać kolejne stopnie trudności. Sprawdzanie samego siebie, swoich możliwości było w tym czasie najważniejsze. Ten okres w mojej karierze górskiej dawał najwięcej radości, takiej bezpośredniej choć pewnie naiwnej.

Później, kiedy nauczyłem się już wiele, kiedy odpadły problemy zaufania do własnych możliwości, kiedy miałem już za sobą wspinaczki w różnych górach świata, inne sprawy niż moja osoba zaczęły być dla mnie ważne w alpinizmie. Interesowała mnie wtedy rywalizacja sportowa w skali międzynarodowej, porównywanie osiągnięć Polaków z innymi. A potem i to nie było ważne. Chciałem zrobić coś zupełnie nowego w alpinizmie, przesunąć poprzeczkę trudności do góry, zbadać granicę ludzkich możliwości w najtrudniejszych warunkach. Rozpocząłem zimowe wyprawy w najwyższe góry świata, w te powyżej 7000 metrów – Noszak, Lhotse, Everest, Cho-Oyu i teraz K-2.

Muszę się tutaj przyznać, że nie zawsze takie wyprawy dają alpiniście od razu, bezpośredniej przyjemności. Najpierw ogromny wysiłek organizacyjny, potem ciężka, wyczerpująca wspinaczka w potwornych warunkach pogodowych. Tutaj liczy się przede wszystkim efekt końcowy, satysfakcja ze zwycięstwa. Tak już jest, że im się jest większym ekspertem w jakiejś dziedzinie, tym trudniej się zadowolić byle czym.

Ale po co to wszystko, można się znów zapytać?

I tu właśnie mamy wkroczyć na śliską ścieżkę rozważań na temat filozofii życia.

Uprawiając alpinizm przez tyle lat miałem wiele okazji, żeby się zastanowić, czy jest to najwłaściwszy sposób wypełniania czasu między dwoma najważniejszymi wydarzeniami w życiu człowieka – jego urodzeniem i śmiercią. Od razu zgadzam się z tym, że jest tysiące innych rozwiązań pewnie i lepszych niż alpinizm. Ale mnie nie dałoby spokoju, gdybym nie sprawdził się w tym trudnym, niebezpiecznym sporcie, nie miałbym dla siebie szacunku, siedząc tylko pod „pierzyną”.

Oczywiście poza zainteresowaniem, uprawianie alpinizmu to również sprawa odpowiedniego temperamentu, zdolności i przede wszystkim wręcz wyjątkowego zdrowia.

Nie interesuje mnie odwaga z przymusu, z jaką np. spotykamy się na wojnie, czy w czasie rewolucji. Traktuję takie rzeczy jako zło konieczne, z którym należy się szybko uporać i o nim zapomnieć. Interesuje mnie natomiast to, co postanowi robić człowiek z własnej woli w tzw. normalnych warunkach, gdy nic mu nie zagraża i gdy żyje w jakim takim luksusie.

Może alpinizm pozwala na pewien dystans do tego wygodnego, bezpiecznego życia, jakie prowadzimy w mieście. Więcej, pozwala mi to życie akceptować, bo wiem, że stać mnie na coś innego, niż tylko kręcenie się wokół własnego ogona, wokół drobnych, monotonnych spraw codziennego życia. Rozwój własnej osobowości i niecodzienne przeżycia, to dla mnie najważniejsze rzeczy w życiu. Wiele z tego daje mi alpinizm.

Świat gór jest czymś tak odmiennym, czymś tak egzotycznym i pięknym w porównaniu do naszej, nieraz szarej codzienności.

A wracając do tej satysfakcji ze zwycięstwa, to jest właśnie ten prawdziwy smak życia, z którego nie potrafiłbym zrezygnować. Za te wyjątkowe przeżycia trzeba czasem zapłacić wysoką cenę, ale tak jest nie tylko w sporcie. Gdyby alpinizm był bezpieczny i łatwy nie byłby również tak fascynujący, a odnoszone sukcesy tak cenne.

To nie prawda, że góry są okrutne lub dobre. Góry są zupełnie obojętne. To tylko człowiek, który się w nich zjawia stwarza dla siebie zagrożenie przez niewłaściwe lub lekkomyślne zachowanie. Alpinizm wymaga fachowości. Alpiniści podchodzą do gór racjonalnie, nie walczą z nimi, lecz starają się je poznać i unikać niebezpieczeństw. A za błędy i nadmierne ambicje płacą nieraz życiem.

Wydaje mi się, że w alpinizmie najbardziej jaskrawo występują obok siebie te dwie strony natury ludzkiej – duchowa i cielesna. Kto wytłumaczy, jakie tajemnicze siły naszej duszy, czy jak kto woli świadomości, każą nam iść w wysokie góry? Może te same, które kiedyś zmusiły naszych przodków do wyjścia z jaskiń i opanowania świata.

A może to abstrakcyjne dążenie alpinistów do szczytu jest wyrazem odwiecznej potrzeby człowieka znalezienia celu swojego istnienia, chęci oderwania się od ziemi, która do stworzyła i która go znów pochłonie? Świat ducha, który każe nam się wspinać i słabość ciała na dużych wysokościach, gdzie wszystko jest przeciwko niemu, duszący brak tlenu, paraliżujące zimno i zawieszone nad przepaściami, niedostępne granie. I tylko homo sapiens ze wszystkich stworzeń na świecie chce i potrafi zdobywać największe góry świata. Na tym między innymi polega jego człowieczeństwo.