Strach rzecz ludzka (1965)

Dookoła Świata, wywiad. 14 luty 1965 (nr 7)

ALPINISTA: No i jeszcze jeden czynnik: niebezpieczeństwo, które się zna. Ja – widząc granat, bałbym się okropnie. Natomiast por. Sawczyc popatrzyłby: numer taki, gatunek taki, waga taka. Nie boi się pan. A gdyby panu zawiązać oczy i postawić na ścianie turni, potem rozwiązać oczy, to zmarłby pan ze strachu. Ja wiem, jak się tam zachować, więc mój strach będzie mniejszy.

ALPINISTA: Chęć sławy i uznania jest ciągle potężnym motorem.

ALPINISTA: Alpinizm jest świetną dziedziną do badania zjawiska strachu. Chyba należy podzielić strach na lęk i przestrach. Lęk – to jest to, co taternik przeżywa, zanim podejmie decyzję zdobycia ściany. Przestrach zaś występuje wtedy, kiedy znajdzie się pan na balkonie VI piętra i spojrzy w dół. Niemniej człowiek, jako istota rozumna, kontroluje to świadomością i rozumem. Gdybym nie kontrolował ciągle siebie, nie analizował rozumowo, to bałbym się strasznie. W taternictwie sprawa przeciąga się na godziny, dni, kiedy się siedzi w ścianie. I tu decydują nie błyskawiczne momenty, jak w kabinie samolotu. W alpinizmie stale, bez przerwy trzeba się mobilizować, żeby nie ulec panice, nie załamać się. I sądzę, że wszyscy alpiniści, siedząc na półce w czasie burzy, to odczuwają.

ALPINISTA: Chyba wszyscy alpiniści mieli takie momenty. Po przygodzie na filarze Freney, kiedy zginęło 4 towarzyszy, znakomity Bonatti wrócił i powiedział, że w życiu nie wybierze się na wspinaczkę. To mają wszyscy alpiniści. Ale w tym roku Bonatti chce atakować północną ścianę Egeru.

ALPINISTA: Mam największą satysfakcję przy wspinaniu, patrząc na olbrzymią ścianę górską, że potrafię ja pokonać.

ALPINISTA: Charakterystyczne, że młodzi chodzą bardziej lekkomyślnie, mniej się boją, mają większe zaufanie do własnych sił. Ja już wiem o zbyt wielu wypadkach, znam także różne gatunki skał, wiem co się może urwać, co nie.

ALPINISTA: Kiedy ja się najbardziej boję? Przed wspinaczką w czasie snu. Śni mi się, że jestem w ścianie, w linach, zdaje mi się, że leci lawina, boję się. Po przebudzeniu momentalnie to opanowuję przez pracę myśli. Tu chyba mamy przykład różnicy między stanem lękowym a przestrachem: ten występuje wtedy, kiedy naprawdę lawina leci. Są ludzie, którzy nie potrafią opanować strachu. Niejednokrotnie obserwowałem to w czasie wspinania. Taki nagle siada, chwyci się skały i nie może ani w lewo ani w prawo – po prostu paraliż. Na ogół jednak, gdy się włącza rozum, to strach można pokonać.

ALPINISTA: Mnie cały czas. Oczywiście, kiedy chodzę z kursantami na łatwą drogę, wtedy nie. Ale kiedy decyduję się na ciężką wspinaczkę, to już samo postawienie problemu wywołuje napięcie.

ALPINISTA: Dużo gorzej, jeśli się ma za sobą negatywne doświadczenia.

ALPINISTA: W problemie strachu i odwagi najbardziej interesuje mnie zagadnienie działania pod strachem. Dla mnie ludzie odważni to ci, którzy przy strachu potrafią jeszcze rozumować i działać. Weźmy np. trawers. To jest najwyższa skala trudności w taternictwie. M. in. dlatego, że trudno przyjść z pomocą w razie wypadku. Więc idziemy. Towarzysz asekuruje. Przechodzę fragment trawersu, strach duży, wiadomo, są straszne przewieszki, można się obsunąć. Niemniej trzeba wyszukiwać szczeliny, wbijać haki, działać logicznie. Mijam ten trudny odcinek, z ulgą wchodzę w komin. Mam miejsce do siedzenia, wbijam hak. Jestem szczęśliwy, że mam trawers za sobą. Nie chciałbym w tej chwili za nic drugi raz iść tamtędy, ani tamtędy wracać.

Zaczyna się wspinać towarzysz. W pewnym momencie słyszę jego okrzyk, szarpnięcie liny. Wiem, że poleciał. Czekam. Ręką zaciskam linę, pot uderza na czoło. Zastanawiam się, na którym haku zawisł. Nagle słyszę głos: odpadłem, wiszę. Mówię: wiem, popuść linę. Przepaść 200-metrowa, towarzysz wisi pod przewieszką. Po pięciu minutach woła, że go dusi. Co robić? Ja siedzę w bezpiecznym miejscu. Jestem przy takim haku, że gdyby towarzysz się urwał, to mnie się i tak nic nie stanie. A muszę działać, udzielić mu pomocy. Teraz muszę linę wpiąć od strony haka, sam się odwiązać i wrócić przez ten trawers, który dopiero co z trudem przebyłem, dojść do średniego haka i parę godzin prowadzić akcję, żeby go wyciągnąć spod tej przewieszki. Co się teraz dzieje? Moja biologiczna reakcja jest taka: nie wylezę z tej dziury, niech się dzieje co chce. A po chwili człowiek zaczyna być człowiekiem, opanowuje strach i podejmuje świadome działanie. To jest jedna z najpiękniejszych rzeczy, które daje alpinizm.

ALPINISTA: Z wejściem na ścianę człowiek się często uspokaja. To wpływ konieczności fachowego działania. Kiedy ktoś zaczyna odkręcać zapalniki pocisków, także nie myśli o niebezpieczeństwie, bo musi być uważny. Tak samo ja w ścianie.

ALPINISTA: Tak samo sądzę, pan Abłamowicz myśli o swoich zadaniach technicznych w samolocie. Mnie interesuje takie zagadnienie: mówimy o strachu i odwadze. Ciekawe, ile kto wysiłku wkłada w pokonanie strachu. Istnieją jakieś wrodzone predyspozycje. Ale jak rozumieć ten paradoks, że często w górach spotkałem adeptów, którzy mieli lęk przestrzeni? Dla nich to podwójna praca: a jednak zostali alpinistami.

ALPINISTA: Potwierdzenia samego siebie.

ALPINISTA: Ja się wspinam od lat, umiejętność rozwija się systematycznie, nie ma gwałtownych przeskoków. Ale są niebezpieczeństwa, których dotąd nie znaliśmy. Tu dopiero można często docenić, czy ktoś jest odważny. Przykład: będąc na Szpicbergenie szedłem przez lodowiec. Patrzę: przede mną stoi olbrzymi niedźwiedź. Nie miałem karabinu. Nie mogłem uciekać, bo za sobą miałem morze.

ALPINISTA: Najpierw był moment absolutnego paraliżu. Sądzę, że gdyby niedźwiedź błyskawicznie zaatakował, to nie mógłbym nic zrobić. Ponieważ jednak niedźwiedź jest spokojny, reaguje na węch, a nie na wzrok, dopiero po chwili mnie zobaczył. Byłem z nim 40 minut sam na sam. Musiałem się zastosować logicznie do sytuacji. Powiedziałem sobie, jeśli wskoczę do wody, to on momentalnie na mnie. Trzeba go przekonać, że nie ma do czynienia z foką. Zacząłem wrzeszczeć. Kiedy podchodził bliżej, wrzeszczałem będąc przygotowany, że to już koniec. Kiedy zaczynałem wrzeszczeć niedźwiedź stawał, wył, piana z pyska mu leciała, ale nie podchodził. Potem towarzysz przyszedł z karabinem, strzelił i niedźwiedź zaczął uciekać.

 

Leave a Reply