Trzy rekordy na Cho Oyu (1985)

Współpraca między Polskim Związkiem Alpinizmu a Fédération Québécoise de la Montagne rozpoczęła się właściwie dość dawno, kiedy jesienią 1981 r. na uprzejme zaproszenie Kanadyjczyków PZA wysłał wyżej podpisanego na cykl odczytów o polskiej wyprawie Everest. Wtedy w Kanadzie zrodził się plan wspólnej wyprawy zimowej na K2. Podstawowe jej założenia omówiłem z sekretarzem generalnym, FQM, Denisem Gravelem i Jacquesem Olekiem z klubu montrealskiego, który podjął się organizacji wyprawy ze strony kanadyjskiej. Mój powrót z Kanady, zaplanowany rok wcześniej na 13 grudnia, jak również współpracę z Kanadyjczykami opóźniły wydarzenia w kraju. Jednak zimą 1893 r. pojechałem z Jacquesem na pierwszy zimowy rekonesans na lodowiec Baltoro. Pozwolił on zebrać cenne informacje potrzebne do opracowania szczegółowego planu skomplikowanej organizacyjnie i niestety, bardzo kosztownej wyprawy na K2 zimą. Tymczasem barierą jak do tej pory niepokonaną – okazało się zdobycie zezwolenia na zimową działalność w Karakorum. Na 3 kolejne podania rząd Pakistanu odpowiedział odmownie. Sądzę, że i tutaj działają podobne opory, co w przypadku Nepalu, kiedy rozpoczynaliśmy starania o zimowe zezwolenie na Everest – obawy o bezpieczeństwo uczestników, oficerów łącznikowych, tragarzy, oraz brak regulaminów wypraw zimowych. W tej sytuacji wspólna wyprawa na K2 odsunęła się w bliżej nieokreśloną przyszłość. A czas ucieka. Złoty okres zdobywania ośmiotysięczników zimą mobilizuje co ambitniejszych alpinistów. Przecież to niepowtarzalna okazja, wpisać się na historyczną listę pierwszych zdobywców zimą któregoś z 14 najwyższych. Nasi partnerzy z Kanady zgodzili się na zmianę celu. Wiosną 1984 r. wyjechałem do Pakistanu, aby złożyć ponowne podanie o K2, a zaraz stamtąd do Nepalu, żeby wystarać się o zezwolenie jeszcze na najbliższą zimę – jedno dla gliwiczan na Dhaulagiri i drugie dla naszej wyprawy na Cho Oyu.

Coś z historii

Historia Cho Oyu nie jest specjalnie długa. Ten ośmiotysięcznik, leżący 28 km na północny zachód od Everestu, ma oficjalnie 2 wysokości. Popularna w światku alpinistycznym wynosi 8153m, przyjęta przez rząd Nepalu – 8201 m. Odpowiednio do tego jest więc Cho Oyu ósmym lub szóstym szczytem świata. Uczestnicy wyprawy podzielili się w związku z tym na 3 stronnictwa, oznaczając swoją przynależność do kasty odpowiednio wyhaftowaną na plecaku wysokością Cho Oyu. Albo 8153, albo 8201, albo obiema jednocześnie. Pierwszą fotograficzną dokumentację szczytu przywieźli do Europy angielscy alpiniści z wyprawy na Everest w 1921 roku. Szczyt okazał się łatwo dostępny od zachodu, i jak do tej pory latem 6 wypraw weszło na wierzchołek od tej strony. Może z tego powodu przylgnęła do Cho Oyu opinia, że jest nietrudny. Nie brano pewnie pod uwagę, że ktoś w ogóle może myśleć o południowo-wschodnim urwisku. A jednak aż 8 wypraw przed nami próbowało zmierzyć się z tą ścianą. Tylko jednej, w 1978 roku, udało się dojść do szczytu drogą poprowadzoną mniej więcej środkiem wschodniej ściany. Nie było przed nami poważniej próby zdobycia Cho Oyu zimą. Trudno bowiem do takich zaliczyć rozreklamowaną – jak zawsze u Messnera – niemiecko-włoską wyprawę z r. 1982, która swoją działalność przerwała już 19 grudnia, jeszcze przed rozpoczęciem właściwego sezonu zimowego.

Organizacja wyprawy przebiegała wyjątkowo sprawnie i szybko. Zezwolenie wpłynęło 6 września 1984 r., a cały bagaż wprawy odleciał do Nepalu w ostatnich dniach listopada. Było to oczywiście możliwe dzięki międzynarodowej współpracy. Zgodnie z podpisaną umową, strona kanadyjska pokrywała wszystkie koszty związane z działalnością wyprawy, opłacane w tzw. walucie wymienialnej – był to termin trudny do wytłumaczenia naszym partnerom. Ponadto koledzy zza Oceanu mieli zakupić liny, namioty szturmowe, radiotelefony, baterie słoneczne, 30% żywności i 50% lekarstw. Na naszą głowę spadło zakupienie pozostałej żywności, lekarstw, namiotów bazowych, sprzętu osobistego dla personelu nepalskiego i kompletów puchowych dla Kanadyjczyków. Prócz tego, podjęliśmy się przetransportowania całego bagażu do Nepalu. Najpierw do Polski statkiem m/s „Batory” z Kanady oraz samochodem z Europy zachodniej, potem samolotem do New Delhi, skąd naszym Jelczem do Katmandu. Uczestnicy ze strony polskiej zostali wybrani centralnie. Zarząd PZA postawił jednak przed nimi ostre warunki: każdy musiał mieć swój własny sprzęt osobisty i wspinaczkowy, a ponadto klub macierzysty musiał wpłacić za niego 350 000 zł. W ten sposób odbyło się bez specjalnej dotacji złotówkowej i dewizowej ze strony GKKFiS.

Ostatecznie w skład wyprawy weszli; z Polski – Maciej Berbeka, Eugeniusz Chrobak, Krzysztof Flaczyński (lekarz), Mirosław Gardzielewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jerzy Kukuczka, Maciej Pawlikowski i Andrzej Zawada (kierownik); z Kanady – Martin Berkman, André Frapier, Jacques Olak (zastępca kierownika) i Ives Tessier (lekarz), w Nepalu dołączyli do nas pan Chhetrapati Shrestha (oficer łącznikowy) oraz wybrany przez niezawodnego Ang Tsheringa z Asian Trekking wspaniały zespół pracowników bazy, który wyjątkowo przypadł nam do serca; Thukten Sherpa (brat Anga) sirdar), Ang Dawa, Bal Bahadur „Maila” i Mohit Syangbo Lama.

17 grudnia byliśmy wszyscy w Katmandu i wtedy właśnie Jurek Kukuczka zwrócił się do mnie z zaskakującą prośbą o umożliwienie mu wzięcia udziału w dwóch wyprawach jednocześnie, na Dhaulagiri i na Cho Oyu. Była to interesująca propozycja. Nowy rekord w alpinizmie – 2 ośmiotysięczniki zimą w jednym sezonie. Ale jednocześnie odejście Jurka mocno osłabiało nasz zespół i stwarzało moralny problem, przygotowania ciężką pracą pozostałych drogi dla „mistrza”. Zwołałem naradę i po burzliwej dyskusji, kto za, kto przeciw, wyraziłem zgodę na podjęcie tak ryzykownej dla wszystkich próby. Jurek następnego dnia rozpoczął wyścig pod Dhaulagiri, gdzie wyprawa Adama Bilczewskiego, jak wyczytaliśmy w gazetach, założyła już drugi obóz.

Walka o czarterowe loty do Lukli nie przyniosła rezultatu, trzeba było w końcu zdecydować się na Pumy, ciężkie wojskowe helikoptery, dostępne zawsze, ale za to podwójnie drogie (jeden lot 2000 dolarów). Na szczęście i pomniejszenie kosztów starał się bardzo skutecznie, nasz kanadyjski doktor, Yves Téssier. Wysłany wcześniej do Lukli, organizował sprawnie grupy „łebkowiczów” na drogę powrotną i dawał nam znać przez radio, kiedy wysyłać następny helikopter. Na wigilię byliśmy wszyscy w Lukli, w tym samym domu i przy podobnej choince, jak na wyprawie everestowskiej. Jedynie Zyga, Genek i André Frapier byli wyżej, prowadząc pierwszą grupę tragarzy do bazy.

Podejście pod południowo-wschodnią ścianę Cho Oyu należy chyba do najkrótszych i najprzyjemniejszych. Początkowo idzie trasą znaną nam z wypraw na Lhotse i Everest. Wszystko tu dla nas było tak swojskie, znaliśmy każdy zakręt drogi, każdy dom, wszędzie spotykaliśmy znajomych. W Namche Bazar pełno hotelików i restauracyjek, zatłoczonych międzynarodowym tłumem. Gdzie to porównać do zagubionych wsi pod Tatrami czy pustych zimą dolin alpejskich! Istny raut towarzyski. Jedynym zgrzytem w tym sielankowym okresie wyprawy był przygnębiający widok podążających w dół kolejnych odmrożonych uczestników francuskiej wyprawy na Everest. Nie mogliśmy zrozumieć, co się tam dzieje. Przecież sezon zimowy dopiero się rozpoczynał.

W Machermie na przedostatnim etapie karawany spadł duży śnieg, bieląc wspaniałe, zielone do tej pory doliny. W ogóle, zima w tym roku zaskoczyła nas swoją odmiennością. Pięć razy podczas wyprawy mieliśmy duże opady śniegu, który utrzymał się już do końca sezonu. Wielokrotnie musieliśmy odkopywać łopatami zasypane namioty. Miejsce pod bazę wybrał Andrzej Heinrich w kotlinie Gyazumpa na wysokości 5200 m, na wzgórku pod moreną. Była blisko wody i dobrze osłonięta od wiatru, lecz nie było widać stamtąd naszej ściany. 30 grudnia stanęły pierwsze namioty, a 2 stycznia 1985 byliśmy w komplecie.

Trzy kilometry ściany

Akcję górską rozpoczęliśmy 4 stycznia. Tego dnia Berbeka i Pawlikowski założyli obóz I na lodowcu Lungsampa, jeszcze w dużej odległości od ściany. Roztaczał się z niego fascynujący widok na Cho Oyu. Ogrom i stromość południowo-wschodniej ściany wprost hipnotyzowały. Uczucie bojowego podniecenia mieszało się z grozą wywołaną hukiem lawin i widokiem połyskujących lodem, przewieszonych barier seraków. Cała przyszła droga widoczna jak na dłoni – od podstawy aż do szczytu. Żadnych tam kotłów czy połogich grani – 2800 m spiętrzonego lodu i skały. Zrozumiałem dopiero wtedy, dlaczego uważano powszechnie tę ścianę za niemożliwą do przejścia. Była piekielnie niebezpieczna. Z całym uznaniem mówiliśmy o Jugosłowianach, którzy jesienią 1984 r. pierwsi zdecydowali się wejść w te urwiska. Jedyną szansą bezpiecznego przejścia górnych partii ściany rokował niezbyt wyraźny, lodowo-skalny filar, rozdzielający południową i wschodnią ścianę Cho Oyu, najlepiej widoczny przy bocznym oświetleniu zachodzącego słońca. Jednak główny problem stanowiły dolne partie, gdyż cała ściana podcięta jest olbrzymim urwiskiem skalnym wysokości ok.1200 m. Pewną możliwość przejścia dawał tylko z prawej strony tego muru system lodowych żlebów, nazwany przez nas „Y”, tędy też poprowadzili drogę Jugosłowianie.

Już samo podejście z obozu I pod ścianę wymagało technicznej wspinaczki, gdyż prowadziło przez ciągle ruchliwy lodowiec opadający z progu wielkiego plateau pod wschodnią ścianą. Przewieszone seraki co parę dni waliły się na nasze poręczówki, przechodzenie pod tymi „kaczuchami” i „okrętami”, jak je pieszczotliwie nazywaliśmy, wymagało silnych nerwów. Te trudności zaraz na początku drogi podzieliły nasz zespół na 2 grupy. Jedna donosiła ofiarnie sprzęt z bazy do obozu I, druga, 6 – osobowa, wspinała się w ścianie. Zaledwie 3 dwójki na taką ścianę w zimie! To cud , że nikt z nas nie zachorował, inaczej nie mielibyśmy żadnych szans na zwycięstwo. Wybierając drogę filarem, liczyliśmy trochę na poręczówki po jugosłowiańskiej próbie. Spotkał nas zawód. W ścianie wisiało zaledwie parę lin, w dodatku tak ponacinanych kamieniami, że nie mogliśmy się w nie wpinać jumarami.

10 stycznia Berbeka i Pawlikowski ruszyli jako pierwsi w ścianę. Przejście głębokiej, czarnej szczeliny brzeżnej okazało się problemem. Najpierw zjazdami, potem delikatną wspinaczką po zaklinowanych blokach lodowych przedostali się na ścianę. W trudnym eksponowanym terenie rozpięli pierwsze poręczówki i wycofali się do bazy. Słuchając ich relacji, nie mieliśmy wątpliwości, że decydujemy się na drogę o alpejskich trudnościach. Obóz II na wysokości 5700 m założyli Gardzielewski i Zawada. Prawdopodobnie w miejscu obozu Jugosłowian. Namiot był ustawiony na platformie pod wywieszoną skałą, dobrze zabezpieczony przed lawinami i kamieniami, o czym niejednokrotnie mogliśmy się przekonać. Była to poczciwa bawełniana „Turnia II”, do której później wracało się z radością z górnych obozów po męczących biwakach w oszronionych superlekkich nylonowych cudakach. Z kolei trzeci zespół – Chrobak i Heinrich – forsował następne metry ściany, zjeżdżając na noc do obozu II. Kiedy zabrakło im lin, zeszli po nie do obozu II i jeszcze tego samego dnia powrócili do „dwójki”. Wszyscy pracowali z najwyższym poświęceniem, a jednak obserwując te zmagania przez lornetkę z lodowca, można się było załamać, tak nikłe były nasze postępy w porównaniu z ogromem ściany.

Walka o obóz trzeci

Chrobak i Heinrich dotarli pod uskok skalny, nad którym wywieszał się serak, opadający aż z ostrza filara. Dalszą drogę chcieliśmy poprowadzić właśnie tędy. Jak się później okazało, uskok skalny był najtrudniejszym miejscem na całej drodze. Akcję krakowiaków przerwał wypadek Heinricha, gdy spadający kamień uderzył go w nogę. Załamany początkowo Zyga, przebolał swą chwilową bezczynność, kiedy dzięki wypadkowi, los wyznaczył go na partnera Kukuczki w drugim ataku szczytowym. Tymczasem do akcji wkraczają Berbeka i Pawlikowski. Przez 2 dni do późna poręczują uskok, zjeżdżając na noc do „Turni” w obozie II. Powoli, szalenie powoli poddaje się nam ściana Cho Oyu. W dodatku opady śniegu, po których nasiliły się lawiny w ścianie, opóźniały akcję. Nastąpiło przetasowanie zespołów. Tym razem Chrobak z Gardzielewskim zmieniają zakopiańczyków. Najpierw stracili jeden dzień na wyciąganie poręczówek spod śniegu, a następnego, objuczeni sprzętem na obóz III, weszli wreszcie na lodospady nad uskokiem. Obserwowaliśmy ich z niepokojem przez lornetkę. Robiło się późno. Czy znajdą miejsce na biwak, czy znów wrócą do obozu II? Jednak nie, widzieliśmy, jak rozkładali namiot i już po chwili rozmawialiśmy z nimi przez radiotelefon. Byli dobrej myśli. Jutro obóz III. Ale nie udało się. Po całym dniu wspinania dotarli tuż pod ostrze filara, gdzie strome lodowe rynny zagrodziły im drogę. Jeszcze jeden biwak w rozstawionym naprędce namiocie. Gardzielewski miał odmrożone ręce, nie mieli już liny ani haków. Wrócili do bazy. I znów Maćki w akcji. W finezyjnej wspinaczce na wymiennych ostrzach grivelowskich „dziobadełek” i przednich zębach raków pokonali lodowce rynny. Byli na filarze! Ale obóz będą mogli przenieść dopiero jutro, 29 stycznia. Stanął wreszcie upragniony obóz III na wysokości 6700 m. Czekaliśmy na to od założenia bazy prawie miesiąc. Mieliśmy za sobą co prawda zaledwie 1/3 ściany, ale za to najtrudniejszą. Powiało optymizmem. Namiot obozu III został rozstawiony w nawisie śnieżnym od strony wschodniej ściany. Roztaczał się stąd wspaniały widok na Everest i Lhotse.

W lodowych organach

Nad obozem II wznosiła się 500-metrowej wysokości lodowa ściana porzeźbiona głębokimi rynnami, przypominającymi organy. Gdzieś w ich górnych partiach miał stanąć obóz IV. Zadaniem kolejnego zespołu – Heinrich i Zawada – było wyniesienie pod Organy całego sprzętu biwakowego, potrzebnego na obóz. Zyga czuł się coraz lepiej ze swoją nogą. Wspinając się po poręczówkach podziwialiśmy robotę naszych kolegów. Po zdeponowaniu sprzętu przy szczelinie brzeżnej pod Organami na wysokości ok. 7000 m – po 8 dniach akcji – wróciliśmy umęczeni do bazy. Przez radio dowiedzieliśmy się z radością, że Czok i Kukuczka weszli na Dhaulagiri. Teraz tylko, czy Jurek zdąży dojść do nas, choćby na 6 a nawet 5 dni przed końcem zezwolenia?

Tymczasem w górze działały dwa zespoły. Chrobak i Gardzielewski oraz Berbeka i Pawlikowski. Oba wyruszyły z bazy z nadzieją osiągnięcia szczytu. Dzieliły je 3 dni różnicy. Chrobak i Gardzielewski rozbili biwak przy szczelinie pod Organami, a następnego dnia rozpoczęli wspinaczkę lodowymi gładziznami. Obserwowaliśmy z lodowca każdy ich ruch. Na noc zjechali na biwak do szczeliny. Rano zdecydowali się zlikwidować biwak i obciążeni sprzętem ruszyli do góry. Śledziliśmy ich uważnie, napięcie rosło. Na szczęście pogoda była cudowna i bezwietrzna. Cały dzień wytrwale wspinali się do góry, ale już widać było, że nie zdążą przed nocą dojść do seraków, gdzie miał stanąć obóz IV. Pytali nas przez radio, czy nie widzimy jakiejś platformy. Niestety, za duża odległość. Zapadał zmierzch, wszyscy byli zdenerwowani. Nagle skręcili w prawo do cudem znalezionej szczeliny i rozbili biwak w niewygodnym, eksponowanym miejscu. Uff, już wolę się sam wspinać, niż zdzierać nerwy przy lornetce.

Następnego dnia wspinali się wolno, teren był trudny i eksponowany. Doszli do seraków i założyli obóz IV na wysokości 7200 m. Był 8 lutego, w tym też dniu dotarł do bazy Kukuczka. Maćkowie przeczekali dzień w „trójce”. Rano Chrobak i Gardzielewski zdecydowali się na odwrót. Byli zmęczeni, skończyły im się liny, Rozsądek zwyciężył. Z ciężkim sercem schodzili do „dwójki”, a ich miejsce w obozie IV zajęli Berbeka i Pawlikowski, którzy wynieśli w górę brakujące liny. Tego dnia wyszli z bazy Heinrich i Kukuczka.

10 lutego. Zakopiańczycy poręczowali przez cały dzień filar nad obozem IV, gdzie wrócili na noc. Heinrich z Kukuczką byli w „dwójce”.

11 lutego. Maćki zlikwidowali obóz IV, trzeba było zdecydować się na takie rozwiązanie, choć zdawaliśmy sobie sprawę, co to znaczy dla Heinricha i Kukuczki. Nie miał kto wynieść sprzętu na obóz V – liny były ważniejsze. Zakopiańczycy wolno, lecz wytrwale pięli się do góry. Założyli obóz V na wysokości 7500 m. Byli w dobrej formie, jutro będą atakować szczyt! Zawiadomiliśmy o tym ministerstwo Katmandu. Tegoż dnia Heinrich i Kukuczka po 9 tygodniach wspinaczki dotarli do obozu III.

Wyżej już nie można

Był 12 lutego. Pogoda piękna, słychać było tylko z daleka przewalającą się wichurę na granicach Cho Oyu. Po śniadaniu wszyscy z bazy przenieśli się na morenę, wyrywaliśmy sobie nerwowo lornetki, Chrobak filmował. Jacques z podnieceniem dyktował wrażenia do magnetofonu. Dawa i Maila serwowali z termosu gorącą herbatę, nastrój jak na stadionie. A tam w górze dwa małe punkciki wolno przesuwały się po lodowych polach, skąpanych w słońcu. Byli tuż-tuż pod wierzchołkiem. Nagle pierwszy zniknął nam na tle granatowego nieba, za chwilę drugi. Spojrzałem na zegarek: 14.20. Chwyciłem za radiotelefon, muszą się lada chwila odezwać. „Hallo, hallo, czy słyszycie?” – rozległ się chrypliwy głos, głuszony wichurą. „Czy jesteście na szczycie?” – „Nie wiem, nie wiem, ale wyżej już nie można!” Co za radość, taka droga i w dodatku zimą. Dwa rekordy i jeszcze dwa prywatne: pierwszy ośmiotysięcznik Maćka Pawlikowskiego i drugi zimą ośmiotysięcznik Maćka Berbeki. Nie mogli ustać na nogach w wichurze. Na leżąco przywiązali flagi do czekana, parę zdjęć i odwrót do obozu V, gdzie dotarli około 6 wieczorem.

Ale jeszcze raz czekały nas wielkie emocje i trzeci rekord na tej wyprawie. Heinrich i Kukuczka po 2 nocach spędzonych w obozie III rozpoczęli 13 lutego wspinaczkę do obozu IV, odległego w pionie o 900 m. Po drodze w trudniejszym miejscu, jeszcze niezabezpieczonym, umocowali wyniesioną linę poręczową. Koło południa minęli się z dwójką szczytową – niedaleko byłego obozu IV. Mijały godziny, zmęczeni wolno pokonywali wysokość. W pewnym momencie Heinrich, trawersując wywieszony serak, odpadł i zawisł wolno na linie. Najwyższym wysiłkiem wyprusikował do haka. Zastała ich noc. Zdecydowali się na nieprzewidziany biwak – zaledwie, jak się później okazało, 60 m od namiotu obozu V. Rano po dojściu do „piątki” mogli wreszcie coś wypić i rozgrzać się w śpiworach. Odpoczywali cały dzień. Tymczasem Ministerstwo Turystyki powiadomiło nas, że ostatnim dniem ataku szczytowego jest 15 lutego. Tego dnia Kukuczka i Heinrich opuścili obóz o 7:30. Zyga odczuwał skutki braku aklimatyzacji, był przecież poprzednio tylko na 7000 m, dodatkowo zaś osłabił do biwak i postój w obozie V. Bardzo wolno, ale wytrwale posuwali się ku szczytowi. Otoczyła ich mgła, widoczność była coraz gorsza. Wreszcie o 17:50 stanęli przy traserach pozostawionych przez Maćków. To był szczyt. Kukuczka filmował, zrobili parę zdjęć i rozpoczęli pospieszny odwrót. Ale noc złapała ich jeszcze daleko od obozu. Parę godzin schodzili po ciemku, bez latarek. Wreszcie Kukuczka spadł 5 m ze stromego seraka – na szczęście nic mu się nie stało. Heinrich zjechał do niego i w tym miejscu – na wysokości 7700 m – przeczekali już do rana. Po dojściu do obozu V byli tak wyczerpani, że spędzili tam kolejną noc. Heinrich był coraz bardziej osłabiony. Tylko olbrzymie doświadczenie, opanowanie i wzajemna pomoc pozwoliły tym doskonałym alpinistom wycofać się bezpiecznie ze ściany. Niekończące się zjazdy w trudnym, eksponowanym terenie, robione prawie automatycznie. Noc w obozie III, po czym znów zjazd i jeszcze jedna w obozie II. Wreszcie czwartego dnia od zdobycia szczytu późną nocą dotarli do bazy.

Dwa zimowe ośmiotysięczniki Kukuczki w jednym sezonie i jego drugie miejsce w tabeli zdobywców ośmiotysięczników. Ale jak to było dokładniej z tymi emocjami, kiedy Zyga z Jurkiem nie wracali na noc do obozów, jak nasz dr Krzysztof Flaczyński codziennie faszerował kroplówkami światowego rekordzistę zimowego i jak bawiliśmy się na przyjęciu u Ang Tsheringa – ciekawi dowiedzą się na odczytach z przezroczami, bo w „Taterniku” nie ma miejsca na tak długie opowieści, a cierpliwość redaktora ma swoje granice.

Aha, jeszcze tylko jedno. Gdyby ktoś mnie spytał, co wspominam najprzyjemniej po wyprawie, odpowiem bez wahania: wspaniałą koleżeńską atmosferę w bazie, w ścianie i przy wigilijnym stole.