Tylko góry. Pięć lat temu zaginęła Wanda Rutkiewicz. (1997)

Była nieprzeciętną kobietą i takie samo było jej życie. Została pierwszą damą kobiecego alpinizmu. Zdobyła sławę i uznanie, a jej wyczyny weszły na stałe do historii światowego alpinizmu.

Poznałem Wandę w 1965 roku. Miała wtedy 22 lata. W tamtym czasie organizowaliśmy obozy treningowe polskich alpinistów w Chamonix, korzystając z zaproszenia francuskiego klubu wspinaczkowego. Wanda dołączyła do nas na zasadach prywatnych. Młoda, piękna dziewczyna o czarującym uśmiechu i długich, zgrabnych nogach, wzbudzała ogólne zainteresowanie. Miała ujmujący sposób bycia. Jakąś wyjątkową łagodność w sposobie poruszania i mówienia. Mogła być wzorem wytwornej panienki ze szlacheckiego dworu, delikatnej i romantycznej. Zupełnie odbiegała od swoich francuskich rówieśniczek, młodzieżowych feministek o hipisowskim, hałaśliwym sposobie bycia. Początkowo nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że ta spokojna, trochę jakby nie z tej epoki dziewczyna ma żelazny charakter, ogromną siłę woli i potrafi być niezmiernie zdyscyplinowana w działaniu

Była zafascynowana górami, chciała jak najprędzej poznać arkana sztuki wspinaczkowej. W skale i lodzie. A my byliśmy jej potrzebni tylko do tego, co było przykrym odkryciem dla wielu zakochanych w niej mężczyzn. Kolejnym zaskoczeniem była jej sprawność fizyczna i siła. Pamiętam, jak któregoś dnia nasi francuscy gospodarze, na swoje nieszczęście, namówili Wandę, by spróbowała się z nimi w zawodach siłowych na rękę. Pokonała wszystkich, choć prosiliśmy ją, żeby ze względów taktycznych poddała się chociaż jednemu, bo przestaną nas zapraszać na wino. Przypominam sobie opowieść Wandy o złodzieju, który wyrwał jej torbę, kiedy wracała wieczorem do domu po treningu na stadionie. W pierwszej chwili była zaszokowana, a potem puściła się pędem za złodziejem i kiedy zaczęła go doganiać, rzucił przerażony torbę na ziemię.

Jej niezwykła ambicja w połączeniu z silną osobowością doprowadzała do ustawicznych konfliktów z otoczeniem. Wanda miała zapewne tyle samo wielbicieli, ilu przeciwników. Nie była zdolna do harmonijnej współpracy na dużej, wieloosobowej wyprawie. Zawsze dbała o swoją niezależność i nie umiała podporządkować się decyzjom kierownika. Jak nieraz mówiła, każdy kierownik jest automatycznie jej wrogiem. Sama zresztą przeżywała gorzkie chwile, kiedy wreszcie i ona musiała przewodzić kobiecej wyprawie na Gasherbrumy. Jej konflikty z uczestnikami ekspedycji zostały u bezlitosny i chyba krzywdzący ją sposób wyeksponowane w filmie pod znamiennym tytułem Temperatura wrzenia. Ale szybko zmieniała się w zupełnie inną osobę, kiedy nie potrzebowała już pilnować, czy ktoś nie chyba na jej wolność.

Była wspaniałą partnerką na neutralnym gruncie, z dala od gór. Parę razy reprezentowałem z Wandą nasz sport w kraju i za granicą. To była prawdziwa przyjemność. Wszyscy zachwycali się jej urodą, inteligencją, znała języki, świetnie tańczyła, udzielała interesujących wywiadów. Miała za sobą Everest, K-2 i sześć innych ośmiotysięczników. Żadna alpinistka na świecie nie mogła się z nią równać. Mężczyźni ją podziwiali i starali się o jej względy. Była jednak samotna, coraz bardziej samotna z upływem lat. Pamiętam, jak mnie zaskoczyła, kiedy ni stąd, ni zowąd zapytała, czy jest kobieca. Miała w sobie bardzo dużo kobiecości i nie z powodu tego, że jej czegoś brakowało, prywatne życie Wandy nie układało się szczęśliwie. Po prostu rezygnowała ze wszystkiego, co mogło oderwać ją od gór. Za sukcesy w alpinizmie płaciła wysoką cenę. Żeby osiągnąć tak dużo jak ona, trzeba wszystko podporządkować wyczynowemu wspinaniu. Musiała dokonać trudnego wyboru, zrezygnować z założenia rodziny, której poświęcałaby czas. Jestem pewien, że zrobiła to jak najbardziej świadomie. Uznała, że ważniejsze jest dla niej życie aktywne, pełne przygód i emocji. Znalazła je w górach, w alpinizmie. Nie byłaby jednak kobietą, gdyby nie spróbowała szczęścia w małżeństwie. Z góry założyła, że jej mężem może być tylko alpinista, uważaliśmy, że to bardzo zły pomysł, przewidując dodatkowe problemy małżeńskie na tle sportowej rywalizacji. Ale jak zawsze, Wanda kierowała się tylko sobą. Jej pierwsze małżeństwo nie trwało długo. Będąc znacznie lepsza sportowo od swojego męża, została wytypowana na wyprawę w Pamir. Przy pożegnaniu na lotnisku trzymała się z dala od całej grupy. W samolocie usiadła na wolnych fotelach w tyle kabiny. W pewnym momencie podeszła do mnie stewardesa i zapytała, czy ta pani, która siedzi z tyłu, należy do naszej grupy, bo cały czas szlocha i nie chce nic jeść. Przysiadłem koło zapłakanej Wandy i powiedziałem, że musi być konsekwentna i albo przestanie robić złą atmosferę i dołączy do nas, albo odsyłam ją do Moskwy, do kraju i będzie mogła pojechać z mężem na wakacje. Wanda zareagowała natychmiast, otarła łzy, przypudrowała twarz i uśmiechnięta dołączyła do nas. Przez całą wyprawę nie wspomniała o mężu, a po jakimś czasie, po powrocie do kraju, dowiedziałem się o ich rozwodzie. Podobnie przez góry rozpadło się jej drugie małżeństwo.

Ale w górach była świetna, odnosiła coraz większe sukcesy. Wspinała się z największym poświęceniem. Dobrze znosiła wysokość i była wyjątkowo odporna na niskie temperatury. Potrafiła nawet pokonać problemy zdrowotne związane z komplikacjami po złamaniu nogi. Sławne było jej przejście o kulach przez lodowiec Baltorp. Stawiała przed sobą coraz trudniejsze zadania. Wreszcie zdecydowała się pójść w ślady Messnera i Kukuczki. Pokusiła się o zdobycie wszystkich 14 ośmiotysięczników. Była na pewno do tego zdolna, ale ograniczały ją możliwości finansowe. Coraz więcej czasu i sił poświęcała na żmudne starania o pieniądze. Wyraziłem kiedyś opinię, że zgubiła ją polska bieda. Z takimi osiągnięciami na Zachodzie miałaby pieniądze na własne wyprawy, na których ona byłaby najważniejsza i dla niej zakładano by obozy i wynoszono sprzęt do góry, by mogła zachować siły na atak szczytowy. Tymczasem z konieczności pozostała jej tylko możliwość dołączania się do obcych wypraw na zasadzie prośby i częściowej odpłatności. Nieraz była tam traktowana po macoszemu. A czas uciekał. Wanda coraz częściej, pomimo swoich lat, decydowała się na ryzykowne wspinanie bez odpowiedniego wsparcia, w dodatku z minimalną ilością sprzętu, by odciążyć plecak. Miała ogromne zaufanie do swojego organizmu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że w końcu musi to doprowadzić do tragedii. Nic jednak nie było w stanie jej powstrzymać. Ostatni raz widziałem się z Wandą na balu sportowców w Marriotcie. Kolejny raz znalazła się wśród najlepszych sportowców roku. Była w doskonałym humorze, pełna planów na najbliższą przyszłość. Przetańczyliśmy do samego rana, a potem śmiejąc się, poszliśmy do naszych zardzewiałych maluchów schowanych na bocznej ulicy. Taką ją zapamiętałem. Od naszego pierwszego spotkania minęło 27 lat. Została na zawsze w swoich ukochanych górach, idąc samotnie na szczyt Kanczendzongi w Himalajach.