W drodze ku Mont Blanc (1965)

Kłopoty z wyjazdami do Chamonix i młodymi alpinistami francuskimi.

Od dnia 4 sierpnia 1818 roku, kiedy to Antoni Malczewski stanął na najwyższym szczycie Alp, Mont Blanc stał się kolebką polskiego alpinizmu. A nie było to przypadkowe wejście, tylko starannie zaplanowany wyczyn sportowy, używając dzisiejszego słownictwa. Szóste (siódme?) w kolejność wejście turysty-amatora z przewodnikami na Mont Blanc, w dodatku poprzedzone parę dni wcześ¬niej zdobyciem dziewiczego szczytu, Aiguille du Midi. Malczewski dokładnie opisał swoje wyprawy w formie sprawozdań, które ukazały się w międzynarodowej i polskiej prasie. Od tej historyczne daty liczą Polacy swą alpinistyczną działalność, długą, bo w 2000 roku mijają 182 lata eksploracji gór całego świata.

Mont Blanc ciągle ma dla Polaków bardzo ważne znaczenie. Od dziesiątków lat do Chamonix przyjeżdżali polscy wspinacze z Tatr, a więc taternicy, by tutaj uczyć się nieznanej im techniki wspi¬nania w lodowych ścianach. Wracali do kraju nobilitowani już tytułem alpinisty. I tak będzie jeszcze długo, bo dla kolejnych pokoleń młodych taterników Mont Blanc jest najbliższym i najciekawszym rejonem górskim, w którym mogą sprawdzać swoje umiejętności i uczyć się samodzielności.

Zimna Wojna i żelazna kurtyna odcięły nas od Alp na całe dziesięć lat. Dla wielu był to koniec sportowej kariery. Dopiero w drugiej połowie lat 50. pojawiły się pierwsze szczeliny w monolicie sowieckiego socjalizmu. Rozluźniono surowe przepisy graniczne na fali tzw. odwilży. Mog¬liśmy wreszcie wyruszyć na upragniony Mont Blanc. Ale choć teoretycznie było to już możliwe, to do praktycznej realizacji było jeszcze daleko. Przede wszystkim pojawiał się problem zdobycia fran¬cuskiej wizy. Poniżające stanie godzinami, a nawet dniami, w kolejce do wydziału wizowego Fran¬cuskiej Ambasady nie dawało rezultatu, jeżeli nie miało się zaproszenia poważnej instytucji z Francji. Takie zaproszenie na prośbę Klubu Wysokogórskiego przysyłał nam Francuski Klub Alpejski, za co byliśmy naszym francuskim kolegom niezmiernie wdzięczni, i w tym miejscu należy im się jeszcze raz serdeczne podziękowanie. Drugim problemem była kwestia kosztów utrzymania we Francji. Tylko zawodnicy dyscyplin olimpijskich, pupile naszych władz sportowych, których ubierano od stop do głów, mieli zapewnione wszelkie luksusy, z masażystami włącznie. Nam przyznawano bilet Warszawa-Chamonix-Warszawa, pięć dolarów na paszport, i dolara kieszonkowego na dobę dla uczestnika obozu wyczynowego, bo tak nazywaliśmy nasze wyjazdy w góry lodowcowe Europy. Przy ówczesnej średniej pensji wynoszącej 15-20 dolarów na miesiąc można zdać sobie sprawę, że jechaliśmy do Chamonix w charakterze żebraków. Znów pomogli nam francuscy alpiniści. Tym razem z klubu studenckiego Groupe de Houte Montagne et Ski z GUMS-Marsylii, który ofiarował nam dar¬mowe miejsca na kempingu przy ich schronisku w Taconnaz, niedaleko Chamonix.

Oczywiście całą żywność na ten zwykle miesięczny pobyt pod Mont Blanc musieliśmy zabrać z Polski. Tu był kolejny problem, jak te dziesiątki kilogramów puszek z mięsem, jarzynami, smalcem, a nawet chlebem, przewieźć do Francji. Pierwsze trudności zaczynały się w urzędzie celnym w Pol¬sce. Wolno było turystom zabrać tylko pięć kilogramów żywności na osobę. Na szczęście odpowiednie pieczątki i podpisy pod papierkami sprawę rozwiązywały. Wrzucaliśmy nasze pięciokilogramowe bębny do ko¬rytarzy i przedziałów pociągu Chopin, jechaliśmy do Wiednia, gdzie czyhały na nas najgorsze nie¬bezpieczeństwa, mianowicie przesiadka z całym tym bagażem do luksusowego ekspresu (express) Transalpin Ateny-Genewa. Dochodziło do awantur z pasażerami II klasy, którzy zresztą słusznie walczyli o miejsce na swoje walizki na półkach wypełnionych naszymi bębnami. Kiedyś wyrzucono ciężki bagaż wyprawy do wagonu towarowego, a opłata pochłonęła całe nasze oszczędności. Od tej pory dostawaliśmy bilety I klasy, i jeżeli nawet wytworna starsza pani wzywała konduktora, by spraw¬dził, czy naprawdę ci hałaśliwi młodzi ludzie mają bilety pierwszej klasy, to potem, kiedy dowiady¬wała się, że jesteśmy alpinistami z Polski, już okazywała nam sympatię. W Genewie wynajmowaliśmy cały autobus, prosząc kierowcę, żeby sprytnie ominął kontrolę francuskich celników, ponieważ mamy zbyt dużo żywności. Na granicy otwierał okno, rzucał trzy słowa i już machali mu, by jechał dalej. Zainteresowani, pytaliśmy go, co on im takiego mówi. „Wiozę amerykańską stonkę” – odpowiadał.

Tak udawało się nam dwa razy do roku latem i zimą, przyjeżdżać pod Mont Blanc. Na kempingu Taconnaz byłoby jak u pana Boga za piecem, gdyby nie jedna sprawa. Każdy młody Francuz na obozie, dowiadywał się, że jesteśmy Polakami, oświadczał z dumą, że też jest komunistą. Szybko nauczyliśmy się odpowiadać po francusku: „A cóż ja ci na to poradzę?”, co wprawiało ich w wielkie zdumienie. Wieczorami kierownictwo „Gimsu” zapraszało nas na fondue z winem. Musieliśmy jednak za te francuskie przysmaki odpłacać się śpiewaniem rosyjsko-radzieckich piosenek. W rewanżu zapraszaliśmy Gimsowców na wspinaczki w Tatrach. Byli Polską i naszym socjalizmem zachwyceni. Wymieniali u cinkciarzy franki na złotówki, i wszystko okazało się dla nich bajecznie tanie. Przed wyjazdem wykupywali w klubach Międzynarodowej Książki i Prasy albumy i książki francuskie, jak twierdzili, za 1/10 ceny, a w dodatku nie mieli problemu z francuskimi celnikami. Miłość Francuzów do Związku Radzieckiego zakończyła się radykalnie, kiedy udało nam się załatwić dla nich wyjazd w Pamir, po powrocie prosili nas tylko o polskie piosenki.