W osiem lat po Bonattim (1965)

Najtrudniejszą drogą na Mont Blanc

Obóz letni – „Chamonix 65” powoli dobiegał końca. Pogoda tego lata była marna i prawie każdy z nas miał jakieś gorzkie powroty spod wybranych ścian. Na kempingu w Taconnaz urzędował sfrustrowany Jurek Warteresiewicz, kierownik obozu. Dziurek, bo tak go popularnie nazywano, jeden z najlepszych polskich alpinistów tamtych lat, był znawcą rejonu Mont Blanc. Nie mógł przeboleć, że jego ambitne plany tego lata nie zostały zrealizowane. Aż dwa razy z powodu pogody musiał zrezygnować z próby przejścia wschodniego filara Brouillarda. Tymczasem Ryszard Zawadzki i ja ciągle jeszcze nie traciliśmy nadziei na poprawę aury nad Alpami; interesował nas tylko jeden problem – Wielki Filar Narożny drogą Bonatti-Gobi. Szczególnie Rysiek marzył o filarze od czasu, kiedy w zeszłym roku odwiedził Bonattiego w Courmayeur, zbierając informacje o jego drodze.

Namawialiśmy Dziurka, żeby dołączył do nas, ale kategorycznie odmawiał, nie wierząc w poprawę pogody, chociaż komunikaty meteo w radiu zapowiadały parę słonecznych dni. Czułem, że zmieni zdanie, kiedy niebo się rozpogodzi. My tymczasem ruszyliśmy w góry.

Grand Pilier d’Angle, Wielki Filar Narożny, prawie pionowe urwisko skalne 1000-metrowej wysokości, ogranicza od południa wschodnią ścianę Mont Blanc. Dla alpinistów jest jednocześnie symbolem trudności i elegancji. W 1957 roku Walter Bonatti i Toni Gobi poprowadzili filarem jedną z najtrudniejszych dróg na Mont Blanc. Przez osiem lat nikt nie zdołał jej powtórzyć. Obrosła legendą, kiedy sławny Bonatti – nadczłowiek Alp – uznał ją też za najtrudniejszą swoją drogę. Miejscem, z którego najlepiej podejść pod filar, jest małe bivacco na grani Col de la Fourche. Tam mieliśmy zanocować. Ale zanim z Taconnaz dotarliśmy objuczeni naszymi plecakami najpierw autostopem do Chamonix, a stamtąd kolejką na Aiguille du Midi, zrobiło się prawie ciemno. Przy latarkach szukaliśmy liny poręczowej, wyprowadzającej na przełęcz Fourche. Zmęczeni, dotarliśmy wreszcie do bivacco w kształcie półbeczki obitej blachą, zawieszonego na grani nad przepaścią. Na delikatne pukanie do drzwi nie dostaliśmy żadnej życzliwej odpowiedzi. Zaświeciłem czołówką przez okienko do środka. W małym schronisku na 8-10 osób było chyba dwa razy tyle ludzi! Nawet na podłodze pod progiem drzwi kłębiły się w śpiworach ludzkie ciała. Czekała nas więc noc na świeżym powietrzu. Źli i głodni, przywiązani pętlami, usiedliśmy w śpiworach na dachu schroniska, czekając świtu. Ładna noc przed wejściem w ścianę! Musieliśmy zmienić plan działania. Najpierw, kiedy bivacco się opróżni, prześpimy się wygodnie, potem bez pośpiechu podejdziemy pod filar, zrobimy parę wyciągów i zabiwakujemy w jego dolnych partiach. Niemniej jeden dzień mieliśmy już stracony. Jeszcze przed świtem bivacco opustoszało. Rozkoszując się samotnością, padliśmy na miękkie materace, zapadając w głęboki sen. Nagle obudziły mnie polskie słowa: „Pewnie już są na filarze”. To Dziurek z Gerardem Małaczyńskim dogonili nas w bivacco. Wiedziałem, że Jurek nie wytrzyma bezczynności na kempingu. I tak, już w zespole czteroosobowym, ruszyliśmy koło południa przez Col Moor pod filar.

To szczególna chwila, kiedy stoi się przed wielką ścianą, kilometrowej wysokości, w której za chwilę ma się rozpocząć parodniową, nadzwyczaj trudną wspinaczkę, gdzie grożą spadające lawiny lodu i kamieni, a nagłe załamanie pogody zmusi do wyczerpującego, ryzykownego odwrotu, gdzie można być okaleczonym, a nawet stracić życie. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa i chyba nie ma człowieka, który w takiej chwili nie odczuwałyby lęku i przemożnej ochoty ucieczki, a jednocześnie odpowiedzialności za podjętą decyzję. Wycofać się czy zaryzykować, póki jeszcze jest czas. Potem w ścianie nie ma już miejsca na trwogę, zostaje tylko działanie, które uspokaja nerwy. W tamtej chwili pod filarem jedna rzecz ułatwiała nam decyzje, rzecz niezwykle ważna. To, że Bonatti i Gobbi przeszli tę ścianę, a więc, nie natrafimy na jakąś przewieszoną barierę skalną absolutnie nie do przejścia.

Odpadł nam ten stres psychiczny, jaki przeżywają ci, którzy po raz pierwszy przechodzą nową drogę. Byliśmy pełni uznania dla zdobywców sprzed ośmiu lat. Choć sława najlepszego wspinacza, jaką cieszył się Bonatti, budziła respekt i obawy, czy i my damy radę.

Jurek Warteresiewicz był niezmiernie podniecony, w jego oczach i wyrazie twarzy widać było pełne skupienie. To było coś dla niego, przejść jedną z najtrudniejszych dróg na Mont Blanc i porównać się z wielkim Bonattim. Ruszyliśmy w ścianę. Po paru wyciągach, jeszcze przed zmrokiem, na dość wygodnych półkach założyliśmy biwak. Za to jutro od świtu będziemy gotowi do akcji.

Największym niebezpieczeństwem biwaków w dolnej partii ściany są spadające kamienie i bryły lodu. Można tylko kurczyć się ze strachu w śpiworze i modlić, żeby nic na nas nie zleciało. Noc jednak była spokojna, mroźna i gwiaździsta. Wschodnia ściana jest najlepsza do wychodzenia z ciepłego śpiwora po biwaku. Rozgrzani wczesnym słońcem, byliśmy w optymistycznych nastrojach. Wielki Filar Narożny to monolit skalny, ukształtowany z olbrzymich, lekko wybrzuszonych gładkich płyt, wysokości 200-300 m. Wydawały się absolutnie nie do przejścia. Lecz płyty te przecina na skos w prawo system kominów i szczelin, którym poprowadził swoją drogę Bonatti.

Zaczęliśmy wspinaczkową robotę od trawersu w lewo, wypatrując komina. Był, ale wyglądał odstraszająco ponuro. Ciemny, wąski, z przewieszkami, po których ściekała woda. Przypominał trochę Komin Świerża z zachodniej ściany Kościelca. Próby obejścia z lewej czy prawej strony nie dały rezultatu. Prowadzący do tej pory Jurek ustąpił miejsca Ryśkowi, który był w naszym zespole jedynym doświadczonym „dolomitowcem”, najlepszym w hakowej robocie. Już po chwili wisiał nad nami, w ławeczkach w wywieszonym kominie. Po ilości wbijanych haków wiedzieliśmy, że walczy z dużymi trudnościami. Czy tak będzie cały czas? Bonatti rósł w naszych oczach coraz bardziej. Ale okazało się nie tak źle. Po 30 m harówki znów można było po ludzku korzystać ze stopni i chwytów. Wspinajmy się metodą francuską, korzystając z liny rozpiętej przez pierwszego. Najwięcej wysiłku wymagało przeciąganie plecaków, prawie zawsze połączone ze zrzucaniem kamieni. Któryś z nich przeciął żyłę w jednej z dwóch lin osiemdziesiątek, jakie mieliśmy ze sobą. Na moment ogarnęła nas pokusa uzasadnionego, honorowego wycofania się ze ściany. Lecz po ostrej dyskusji szybko się opanowaliśmy; trudno, dojdą na jeszcze kłopoty z z przepinaniem węzła przez karabinki. Tego dnia, po 12 godzinach wspinania, zrobiliśmy ledwie osiem wyciągów. Sami nie byliśmy pewni, czy to dużo czy mało. Ale znajdowaliśmy się już w środku ściany. Wokół wspaniałe widoki, piękna pogoda i świetne miejsce na wygodny biwak. Następnego dnia trudności takie same. Prowadził przez cały czas Warteresiewicz. Był w świetnej formie. Podziwialiśmy jego doskonałą technikę, wielką rutynę, pewność w skale, pozwalającą w tych skrajnych trudnościach utrzymać dobre tempo. Tego dnia trafiliśmy na najtrudniejsze miejsce na całym filarze. Była to pionowa, 15-metrowa ścianka, nieprawdopodobnie krucha, trudna i ryzykowna do przejścia. Tu umiejętność opanowania wyobraźni, która prowadzi do paraliżującego lęku, jest tak samo ważna, jak mistrzostwo wyrafinowanej wspinaczki.

Wreszcie czas na odpoczynek, po kolejnych 12 godzinach akcji. Właśnie dotarliśmy do wspomnianej w opisie Gobbiego puszki po marmoladzie zostawionej na biwaku.

Miejsca piekielnie mało, na cztery osoby, Jurek z Gerardem będą spać w kominie na platforemce wyrąbanej w lodzie, ja z Ryśkiem w wąskiej szczelinie za odpękniętym niebezpiecznie blokiem skalnym. Przedtem postanowiliśmy częściowo zaporęczować „Śliczne Zacięcie”, jak nazwał Bonatti 50-metrową szczelinę biegnącą nad naszymi głowami prawie pionowo w górę. Miały to być ostanie trudności przed przewinięciem się z filara na północą ścianę. Jurek z Gerardem zabrali się za obiadokolację i przygotowanie biwaku, a pozostali za „Śliczne Zacięcie”. Asekurowałem Ryśka, który z wielką wprawą starał się przed zbliżającym się mrokiem ubezpieczyć ławeczkami jak najdłuższy odcinek. Noc była przemęczona – to chyba najlepsze określenie. Przede wszystkim przez ciasnotę legowiska i pozycje wywołujące skurcze w ugniatanych skałami naszych ciałach. W dodatku odczuwaliśmy coraz większy głód po skromnych, dwóch tylko w ciągu dnia posiłkach. Rano na niebie pojawiły się pierwsze objawy zbliżającego się załamania pogody. W dolinie mgły – w górze fajkowate cirrusy.

Rysiek skończył „Śliczne Zacięcie” i tym samym naszą trzydniową skalną wspinaczkę. Założyliśmy raki i wytrawersowaliśmy za krawędź filara do lodowego kuluaru. Niestety, osłabiona przy przeciąganiu plecaków pętla czekana urwała się i mój cenny „Kaukasus” poleciał w przepaść. Pozostał mi tylko lodowy młotek. Dla utrzymania tempa wspinaliśmy się teraz oddzielnymi zespołami.

Zaczął padać śnieg i zerwał się wiatr. Coraz częściej spadły na nas lawinki śniegu i lodu. Wróciliśmy więc na ostrze filara, z pragnieniem jak najszybszego dotarcia na grań Peutérey, skąd nawet nocą, jak nam się wydawało, dotrzemy do upragnionego schroniska Vallota. Nic z tego! Byliśmy już na grani, gdy nagle rozszalała się wichura z piekielną burzą. Po raz pierwszy widziałem tak piękne ognie świętego Elma. Ciemność nocy powoli rozświetlała różowo-fioletowa poświata. Wokół każdego z nas pojawiały się długie, szeleszczące złowrogo iskry, zamieniające nas w coraz jaśniejsze upiorne postacie nie z tego świata. Nagle następował oślepiający błysk pioruna i prawie jednocześnie potworny, ogłuszający huk. A potem znów ciemność. Po chwili wszystko powtarzało się od nowa. Przy podawaniu rzeczy, między naszymi rękami przeskakiwały długie, parzące iskry. Byliśmy w niezwykle niebezpiecznym miejscu na ostrej grani, na wysokości 4300 m, a nad nami cumulonimbusy naładowane do milionów woltów. I jeszcze ktoś sobie przypomniał, że dzisiaj jest trzynasty i w dodatku piątek. Wykopaliśmy z trudem jamy w śniegu, do których ledwo dało się wczołgać, odrzucając przedtem całe nasze wspinaczkowe żelastwo jak najdalej od siebie. Kolacji nie trzeba było robić, bo nie było z czego. W nocy myślałem ciągle z niepokojem o Annie, która pewnie już przyjechała do Taconnaz, po pobycie na festiwalu teatralnym w Avignonie. Zawsze okropnie bała się burzy, a teraz dodatkowo jeszcze o mnie. Noc minęła nam głównie na przetykaniu otworów wentylacyjnych w zasypującym nas śniegu. Nie spaliśmy w ogóle. Rano zupełny „odwrót spod Moskwy”. Gesty śnieg, wiatr i mgła. Całkowicie przemoczeni, głodni, wspinaliśmy się w głębokim śniegu, niepewni wybranej drogi. Mieliśmy jednak trochę szczęścia. W południe pogoda poprawiła się, lepsza widoczność pozwoliła na zwiększenie tempa. Uradowani i szczęśliwi, stanęliśmy o 4 po południu na szczycie Mont Blanc, ściskając się serdecznie. Miałem dodatkową własną satysfakcję. Wszedłem pierwszy raz na Mont Blanc, w dodatku najtrudniejszą drogą.

Koledzy pospiesznie ruszyli w dół granią do Vallota, a ja zostałem jeszcze chwilę sam na szczycie. Schodząc, widziałem już z grani schronisko i wchodzących do niego towarzyszy, gdy ni stąd, ni zowąd nadciągnął cumulus, a z nim huraganowa wichura. Świat zginął w rozpylonym śniegu, bo bez czekana nie mogłem ryzykować zejścia granią. Koledzy nie zawiedli, wyszli z poświęceniem naprzeciw, gdy trochę się uspokoiło. Wysłuchałem pokornie ich wymówek. Cóż miałem im powiedzieć? Że chciałem być trochę sam na szczycie Mont Blanc? Schronisko Vallota to dziwne urządzenie. Po pożarze starego, drewnianego budynku postanowiono zbudować coś zupełnie niepalnego. Zdecydowano się na aluminiowe pudło z małymi okienkami, ustawione na żelaznych nogach. Wchodzi się po drabinie, od dołu, przez otwór w podłodze. Podobno otwarcia tego najwyżej położonego schroniska w Europie (4362) miał dokonać jakiś minister, ale gdy się dowiedział, że jeden z dziennikarzy, który dzień wcześniej wybrał się do Vallota, zmarł, zarządził zmianę programu i uroczystość otwarcia odbyła się w luksusowym hotelu w Chamonix.

Aluminiowe pudło zrobiło na nas przygnębiające wrażenie. W środku zimne, ciemne (brak elektryczności), nieprzytulne, na ścianach zamróz. Jednak doceniliśmy cienkie metalowe ściany, które całkowicie chroniły przed wichurą.

Francuzi chyba przesadzili z tą niepalnością, bo okazało się, że materace, kołdry i poduszki były zrobione z rakotwórczego azbestu! Na dwóch łóżkach spali jacyś alpiniści, reszta była wolna. Szybko zrzuciliśmy nasze mokre ubrania i zaczęliśmy się rozgrzewać pod niecodziennymi kołdrami. Całą noc łapały nas bolesne skurcze, na które był tylko jeden sposób: wyskakiwaliśmy boso na aluminiową podłogę i rozcierając się, wykonywaliśmy szybkie przysiady, tłumiąc jęki. Rano współlokatorzy przyglądali się podejrzanie dziwnym, zarośniętym postaciom, mówiącym „egzotycznym” językiem. Byli to Włosi. Kiedy dowiedzieli się, że właśnie zrobiliśmy drogę Bonattiego, złożyli nam gratulacje i domyślając się, że jesteśmy głodni, przygotowali wyśmienite śniadanie. Ciekawe, co się z nimi teraz dzieje – jeszcze raz wam dziękujemy. A pogoda była rano wspaniała. Bezchmurna, zupełna cisza, ciepło, jak to nieraz bywa w górach. Długo wygrzewaliśmy się na skałach przy schronisku, przeżywając jeszcze ciągle emocje naszego przejścia. Nagle otoczyła nas wycieczka turystów z Chamonix. Jedna pani miała ze sobą parasolkę. Nie wytrzymałem i poprosiłem o wypożyczenie, żeby zrobić sobie zdjęcie na tle schroniska. Wracaliśmy w dolinę Chamonix w doskonałych humorach.

Po przejściu filara napisałem krótkie sprawozdanie do zachodnioniemieckiego miesięcznika „Der Bergkamarad”, zamieszczając techniczny opis 50 najtrudniejszych wyciągów. Może nasze dość rozreklamowane wejście albo szczegółowy opis drogi przyczyniły się do zainteresowania filarem, bo stopniowo droga Bonattiego zaczęła mieć coraz więcej przejść. Dzisiaj po hakach wbitych co kilka metrów drogę przechodzi się w parę godzin. Wszystko się z czasem dewaluuje i to jest normalne. Ja jednak jestem wdzięczy Bonattiemu i Gobbiemu, że po swoim przejściu zostawili tylko cztery haki i jedną puszkę. Na pewno 35 lat temu mieliśmy z naszego przejścia więcej satysfakcji niż dzisiejsze zespoły. W końcu co się w życiu liczy, jak nie intensywne przeżycia radości, szczęścia i satysfakcji z dokonanego dzieła, które pamięta się długo. A wspomnienia z upływem lat stają się coraz cenniejsze.