Wielki Filar Narożny (1965)

Drugie przejście drogi Bonattiego z roku 1957 na Wielkim Filarze Narożnym Mont Blanc należy do najlepszych powtórzeń ostatnich sezonów alpejskich. Dokonał go zespół Klubu Wysokogórskiego w składzie: Gerard Małaczyński (Gdańsk), Jerzy Warteresiewicz (Warszawa), Andrzej Zawada (Warszawa) i Ryszard Zawadzki (Kraków) w dniach 10-14 sierpnia 1965 roku.

Wspaniała ściana najwyższego szczytu Alp – wschodnia ściana Mont Blanc. „Ściana, której przejście było ukrytym marzeniem każdego z nas” – pisał o niej W. Żuławski w swych Wędrówkach Alpejskich. Z lewej strony, jak gdyby na rogu między wschodnią a południową ścianą, przyciąga oczy gigantyczne czarne urwisko skalne, ścięte prawie pionowymi krzesanicami kilometrowej wysokości. To słynny Grand Pilier d’Angle – Wielki Filar Narożny.

Tędy właśnie, przez ten kilometr skały, a potem jeszcze przez 500 m lodu i śniegu biegnie jedna z najtrudniejszych dróg na Mont Blanc, może nawet w ogóle najtrudniejsza. Otworzyli ją w śmiałym ataku Walter Bonatti i Toni Gobbi w dniach 1-3 sierpnia 1957 roku. I od tej pory pojawił się nowy mit alpejski – mit, na który złożyć się miały nie tylko groźny wygląd filara i odstraszający opis drogi (skrajnie trudno, bardzo krucho, 30 godzin efektywnej wspinaczki, ale również legenda otaczająca nazwisko niezwykłego „nadczłowieka Alp”.

Trudno dziś ustalić, kto i kiedy usiłował powtórzyć tę drogę. Faktem jednak pozostanie, że przez osiem lat opierała się ona kolejnym próbom. Nasze przejście było trzecim atakiem polskim – dwa poprzednie w roku 1963 (Z. Jurkowski – A. Nowacki i L. Saduś – Z. Zawadzki) nie powiodły się z powodu załamań pogody.

9 sierpnia. Taconnaz. Nasz obóz dobiega końca, a wyczekiwana pogoda ciągle nie jest na tyle „wyżowa”, by zadowolić nasze i tak już skromne wymagania. Jeżeli jednak mamy realnie myśleć o Filarze Narożnym, musimy zdecydować się natychmiast i od razu wyruszyć góry, bo inaczej po prostu zabraknie nam dni na przeprowadzenie całej akcji.

Nie mając innego wyjścia – wyruszamy. Do Chamonix jak zwykle autostopem. Jurek z Gierkiem Małaczyńskim muszą jeszcze zrobić zakupy, my z Ryśkiem kierujemy się prosto ku kolejce linowej. Dyplomatyczne zabiegi nad zdobyciem ulgowych biletów i po jakimś czasie bez wysiłku osiągamy wysokość 3845 m, czyli wierzchołek Aiguille du Midi. Stąd parogodzinny marsz na Col de la Fourche. Związani liną, już po ciemku wchodzimy na grań, skąd po raz pierwszy ukazuje nam się Filar. W świetle księżyca jest pełen piękna, lecz jednocześnie potęgi i grozy. Jeszcze kilka minut grani i oto przed nami zawieszone nad przepaścią bivacco. Tu jednak spotyka nas drobna przykrość – jakże częsta na wędrówkach alpejskich! Na nasze pukanie do drzwi nikt nie reaguje. Zaglądam przez okienko, świecąc do środka swoją czołówką, i sprawa się wyjaśnia: w tej małej beczułce przewidzianej dla 8 do 10 osób mieści się chyba ze 20 ludzi. Zmęczeni i głodni, zakładamy pierwszy nieplanowany biwak – prawie że na dachu schroniska.

O wejściu w ścianę wcześnie rano nie może być mowy, musimy się trochę przespać, gdy bivacco się opróżni.

10sierpnia. Z głębokiego, choć zaledwie trzygodzinnego snu wyrywają nas nasi koledzy,vvv którzynie zdążyli naostatnią koli nocowali na Plan de l’Aiguille. Jesteśmy teraz w komplecie i zabieramy się do dalszej drogi. Jeszcze lodowiec Brenva, jeszcze przełęcz Moore, a potem już tylko zejście do stóp Filara. Na lodowcu gotujemy obiad, przez cały czas studiując niebo i szczegóły zawieszonych nad naszymi głowami mas skalnych. Jedno wydaje się pewne: ażeby przejść drogę, potrzebujemy trzech do czterech dni ładnej pogody. Każdy z nas czuje na sobie ciężar odpowiedzialności za podjęcie decyzji. Rozpatrujemy różne warianty załamania się pogody i ewentualne możliwości wycofania ze ściany po pierwszym dniu, po drugim, po trzecim… Perspektywy nie są wesołe, ale za to pogoda staje się coraz piękniejsza: chmury znikają jedna po drugiej, idzie wyż. Już nie pytamy, jak długo się utrzyma. Trudno – bez pewnego ryzyka nie ma wyczynowego wspinania. Decydujemy się wejść w ścianę. Jest co prawda 5 po południu. Bonatti i Gobbi nocowali pod filarem, nam jednak jest obojętne, czy dojdzie jeszcze jeden biwak do tych trzech lub czterech, jakie planujemy w ścianie. Zawsze zyskamy parę godzin z dzisiejszego dnia, a poza tym – i to jest chyba najważniejsze – będziemy już w Filarze, w działaniu, a to jedynie zdoła rozładować napięcie nerwów.

Przejście szczeliny brzeżnej nie przedstawia szczególnych trudności i po jakimś czasie lodowiec Brenva zaczyna wolno zapadać się coraz niżej pod naszymi stopami. Wspinamy się klasycznie dwoma zespołami. Trudności utrzymują się w granicach III-IV, ale skała jest krucha, pełno ruchomych bloków. Po dwóch godzinach wspinania mamy za sobą osiem wyciągów. Biwak zakładamy na tarasowatych półkach. Niebo jest w gwiazdach, parostopniowy mróz szczypie w palce i twarze. O jutrzejszy dzień możemy być spokojni.

11 sierpnia. Pogoda jest wspaniała. Rozgrzewa nas szybko słońce, wschodzące nad dalekim pięknym Matterhornem. Gotując śniadanie, przyglądamy się licznym zespołom alpinistów na wschodniej ścianie Aiguille Blanche. Po tym posiłku czeka nas 12 godzin nieprzerwanej wspinaczki, gdyż jadać będziemy odtąd tylko dwa razy dziennie.

Przechodzimy najpierw parę łatwych wyciągów śnieżno-skalnymi zachodami, biegnącymi w lewo. Wypatrujemy komina, który ma nam wyznaczać drogę przez następne dni. Na jakieś ślady pozostawione przez Bonattiego nie ma co liczyć – cztery haki i jedna puszka po marmoladzie, jak podaje opis, to na 1000-metrową ścianę doprawdy niewiele. Wreszcie jest komin, ale nie wygląda zachęcająco. Stoimy na wywieszonej platformie, nad obłymi okapami, które bronią dostępu od dołu. W górę biegnie nad nami wąskie wcięcie z przewieszkami, do złudzenia przypominające Komin Świerza z zachodniej ściany Kościelca. Wszelkie próby ominięcia tego czasochłonnego problemu nie dają rezultatu.

Trzeba zacząć mozolną „hakówkę”. Do akcji wkracza Rysiek Zawadzki, jedyny w naszej grupie doświadczony wspinacz dolomitowy. Hak po haku, ławeczka po ławeczce, kwadrans po kwadransie. Spoglądamy na siebie zakłopotani: jeśli takie będą trudności w całym tym 400-metrowym kominie, to i tydzień pogody nas nie uratuje. Rysiek huśta się gdzieś nad naszymi głowami, a my nerwowo przemnażamy czas trwania tego wyciągu przez ilość tych, które nas jeszcze czekają. Na szczęście nie jest aż tak źle. Po 30 m wspinaczki podciągowej można znowu iść po ludzku, tylko od czasu do czasu pomagając sobie hakiem lub ławeczką – dalej i dalej, byle wygrać wyścig z pogodą.

Wspinamy się teraz metodą francuską. Najwięcej kłopotów sprawia przeciąganie plecaków, prawie zawsze połączone ze strącaniem lawinek kamienic. Jedna z nich przecina nam linę . Od tej pory – poza wszystkim innym – musimy mieć ciągle na uwadze, węzeł i pamiętać, by uszkodzonej żyły nie wpinać w karabinki, co naturalnie nie zawsze się udaje. Trudności są duże – bez przerwy w stopniu V i VI. Najlepszym tego dowodem – zaledwie 8 wyciągów przebytych w ciągu 12 godzin. Za to pod koniec dnia czeka nas miła niespodzianka: obszerny płaski taras biwakowy.

12 sierpnia. Pogoda nadal piękna, jak wczoraj. Doskonały biwak wydatnie poprawia nasze humory. Leżąc obok siebie, ogrzewamy się wzajemnie, a wygodna pozycja pozwala nam dobrze wypocząć.

Od rana wspinamy się dalej. Znowu „piątki” i „szóstki”, prowadzi przez cały czas Jurek Warteresiewicz. Ma om swoje dni: podziwiamy jego doskonała technikę, wielką rutynę, pewność w skale pozwalającą w tych skrajnych trudnościach utrzymać dobre tempo. Tego dnia trafiamy na najtrudniejsze miejsce na całym Filarze. Jest nim pionowa 15-metrowa ścianka, nieprawdopodobnie krucha; na samo jej wspomnienie robi się człowiekowi nieprzyjemnie.

Biwakujemy w miejscu, gdzie Bonnatti zostawił ową zapowiedzianą w opisie drogi puszkę po marmoladzie. Biwak nie jest już tak wygodny, jak poprzedni. Jurek z Gierkiem śpią w kominie, na platformie częściowo wyrąbanej w lodzie, ja z Ryśkiem – w wąskiej szczelinie za odpękniętym blokiem. Jeszcze przed nocą Rysiek zakłada parę ławeczek w „ślicznym zacięciu” – tak nazwał Bonatti w opisie 50-metrową rysę biegnącą od miejsca naszego biwaku pionowo w górę.

13 sierpnia. Pierwsze objawy nadchodzącego załamania pogody. W dole mgły, na niebie cieniutkie fajkowate cirrusy. Pozostaje nam 8-10 godzin, zanim nadejdzie front. Musimy przyspieszyć tempo, nie mamy jednak żadnych pretensji do aury, która i tak była dla nas wyjątkowo łaskawa. Rysiek kończy „śliczne zacięcie”, jeszcze tylko przewieszka z użyciem kołka, i to tuż w zasadzie po największych trudnościach Filara. W górę biegną teraz olbrzymie różowe płyty, które trzeba ominąć z prawej strony, uciekając za krawędź Filara, do lodowego kuluaru wciętego w jego północną ścianę.

Po trzech dniach roboty w skale wreszcie wyciągamy raki i czekany. Niestety, ledwo założyłem swój czekan na rękę, osłabiona przy przeciąganiu plecaków pętla zerwała się i piękny „Caucasus” poleciał w dół. Trudno, bywa i tak. Lodowy kuluar i grań Peutérey będę musiał przebyć z młotkiem w ręku.

Idziemy znów oddzielnymi zespołami. Zaczyna sypać śnieg, robi się ponuro i groźnie. W kuluarze atakują nas lodowe lawinki, więc wracamy na ostrze Filara, ale już po drugiej stronie gładkich płyt. Przynaglamy się wzajemnie: byle na wierzchołek, stamtąd będziemy się starali iść na Mont Blanc nawet nocą, nim świeżo spadły śnieg zamieni całą grań Peutérey w jedno lawinisko. Na nic nasz pośpiech! Około godziny 20 zrywa się szalona wichura, a zaraz potem burza. Noc spędzamy zasypani śniegiem. Z trwogą patrzymy, jak na skałach wokół nas zapalają się złowrogie fioletowe iskry – zapowiedź potwornego błysku i huku, po którym następuje ciemność i chwila ciszy, a potem wszystko zaczyna się od nowa. Na dodatek któryś z nas przypomina sobie, że dzisiaj jest nie tylko trzynasty, ale i piątek! Nie śpimy całą noc, dygocąc z zimna i lęku o jutro.

14 sierpnia. Rano sytuacja jest beznadziejna. Śnieg pada nadal, wichura nie ustaje, przez grań przewala się mgła – jak długo może to potrwać? Jesteśmy całkowicie przemoczeni i nie mamy nic do jedzenia. Około godziny 9 postanawiamy działać bez względu na to, co się dzieje. Rozpoczyna się makabryczna wspinaczka w mokrych ubraniach, w świeżym śniegu – na szczęście w terenie już tylko trudnym. W południe nagle następuje poprawa pogody. Wchodzimy na Mont Blanc de Courmayeur (4748 m), a stamtąd w parę minut na Mont Blanc (4807 m). Jest godzina 4 po południu. Wielki Filar Narożny mamy poza sobą!

Jeszcze drobne przygody z dojściem do schroniska Vallota, jeszcze jedna głodna noc, pod cienkimi kocami w zimnym aluminiowym pudle, przy akompaniamencie nowego ataku huraganowej wichury. A następnego dnia – to jest 15 sierpnia – znowu wspaniała pogoda: słońce, ciemny błękit nieba, biel szczytów i cisza. Takie już są Alpy. Wolno schodzimy lodowcem Bossons. Nie spieszy się nam, bo wiemy, że kiedy będziemy wsiadali do kolejki na Plan de l’Aigullle, skończy się dla nas pięciodniowa przygoda na Wielkim Filarze Narożnym i jednocześnie cały tegoroczny pobyt w Alpach. Żegnamy się z pięknymi górami.

Nota

Czteroosobowy zespół wyposażony był w następujący sprzęt: 2 liny nylonowe po 80 m, 3 czekany, 4 pary raków, 4 młotki, 8 ławeczek, 40 haków, 2 kolki, 2 śpiwory (w tym dwuosobowy), 1 kurtkę puchową, 1 nogę słonia, 2 płachty biwakowe, 3 latarki czołowe, 2 maszynki butanowe z zapasami.

Żywność: 8 konserw mięsnych, chleb, makaron, zupy błyskawiczne, 1 kg cukru, mleko w tubach, 1/2 kg ovomaltiny, 6 czekolad, paczka orzechów, 1 kg cukierków, cytryny.

Publikacje prasowe: J. Mach, Filar Narożny Mont Blanc, „Głos Wybrzeża” 28-29 VIII 1960; T. Rycerski, Tylko Bonatti i Polacy, „Światowid” 12 IX 1965; G. Małaczyński, Wielki Filar Narożny, „Świat” 23 I 1966; R. Zawadzki, Mont Blanc przez Wielki Filar Narożny, „Taterniczek” 1965, nr 8-9; R. Zawadzki, W cieniu Wielkiego Filara, „Wierchy” 1966 (w druku); K. Zimnal, Wielki Filar Narożny Mont Blanc zdobyty przez Polaków, „Tempo” 6 IX 1965.

„Taternik” 1966, nr 1-2