Wyprawa w Pamiro-Ałaj i Pamir (1970)

Tegoroczna wyprawa Klubu Wysokogórskiego w Pamiro-Ałaj i Pamir była kontynuacją rozpoczętej w roku 1969 współpracy z Klubem „Wertikal” z Nowosybirska. Po raz pierwszy na zaproszenie alpinistów z tego klubu wyjechała latem zeszłego roku sześcioosobowa grupa w węzeł górski Matczy, o czym obszernie pisał „Taternik” w numerze 1/1970. W rewanżu wiosną 1970 roku bawiła w Polsce grupa alpinistów radzieckich („Taternik” 2/1970, s. 80). Omówiono wtedy kolejną wspólną wyprawę w rejon Matczy, jak również na Szczyt Lenina w Pamirze, w związku z obchodami 100-lecia urodzin W.I. Lenina. Liczbę uczestników ze strony polskiej ustalono na osiem osób. W skład ekipy polskiej weszli: Wanda Błaszkiewicz-Rutkiewicz, Halina Kruger, Jan Franczuk, Bogdan Jankowski (zastępca kierownika), Wojciech Jedliński, Jan Kiełkowski, Tadeusz Łaukajtys i Andrzej Zawada (kierownik).

Ekipa wyleciała samolotem z Warszawy w dniu 2 lipca – przez Moskwę do Taszkientu, gdzie wylądowała 3 lipca nad ranem. Tutaj przywitali nas koledzy radzieccy, wśród nich wielu przyjaciół z poprzedniej wyprawy i z pobytu w Polsce. Grupa radziecka obejmowała 24 osoby, przy czym liczba ta zmieniała się w ciągu trwania wyprawy. Oprócz Polaków i gospodarzy w skład wyprawy wchodziło dwoje Bułgarów. Kierownictwo ogólne sprawował mistrz sportu Igor Mieszkow.

Jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy razem w dalszą drogę samochodem ciężarowym, docierając po dwóch dniach przez Dolinę Fergańską i wzdłuż rzeki Soch do niewielkiej miejscowości Kan, leżącej u podnóża węzła górskiego Matcza. Dalej poruszaliśmy się już pieszo. Bagaż transportowany był z pomocą osłów oraz na własnych plecach. Pierwszym naszym punktem etapowym była „letowka” Matcza, położona na wysokości 2500 m i odległa o około 45 km od Kan. Miejsce to zostało wybrane przez zeszłoroczny radziecki rekonesans na bazę główną wyprawy. Droga nasza biegła niezwykle malowniczymi wąwozami rzek, wąska ścieżka, śmiało poprowadzona eksponowanymi zboczami, miejscami wykuta była w pionowych ścianach skalnych, to znów zatracała się wśród olbrzymich rozlewisk rzecznych. Niezastąpione w tym terenie okazały się osiołki, zwane tutaj „iszakami”, poruszające się z niezwykłą swobodą, mimo obciążenia 100-kilogramowym bagażem. Niestety nie obyło się bez wypadku: jeden z osiołków, trawersując podcięty piarżysty żleb, runął wraz z ładunkiem w 300-metrową przepaść.

Nasza karawana podzielona była na parę grup. Transport ekwipunku do „letowki” Matcza zajął w sumie pięć dni. Już w bazie dobiegła nas przykra wiadomość o nagłym zachorowaniu Walerego Mienszikowa, prezesa Klubu „Wertikal”, którego z podejścia do bazy trzeba było odtransportować helikopterem do szpitala. Straciliśmy w ten sposób wspaniałego towarzysza wyprawy, kierownika zeszłorocznej ekspedycji, o którego zaletach tak żywo opowiadali nasi koledzy.

„Letowka” Matcza, pięknie położona wśród bujnej roślinności na lewym brzegu rzeki Akterek, jest miejscem letnich wypasów owiec kirgiskich pasterzy. Po jednodniowym zasłużonym odpoczynku wyruszyliśmy dalej w kierunku przełęczy Matcza. Wyprawa podzieliła się na dwie grupy. Jedna, 19-osobowa, w której skład weszli wszyscy Polacy, miała działać na Lodowcu Zerawszańskim, druga –prowadzona przez kierownika Igora Mieszkowa – miała dokonać okrężnego przemarszu lodowcami Kszemysz, Szczurowskiego i Zerawszańskim. Wspólnie doszliśmy jeszcze do „letowki” Gerez, ostatniej osady pasterskiej, gdzie nasze drogi się rozeszły. Grupa Mieszkowa udała się w kierunku Przełęczy Iwanowa, nasza – w stronę siodła Matcza, pod którym zabiwakowaliśmy. Następnego dnia po południu (12 lipca) założyliśmy bazę wysuniętą na Lodowcu Zerawszańskim, nieco powyżej miejsca, w którym dochodzi do niego lodowiec Mir-Amin.

Na Lodowcu Zerawszańskim

Otoczenie Lodowca Zerawszańskiego – jednego z najdłuższych w Związku Radzieckim – ma charakter wybitnie alpejski, typowy zresztą dla całej grupy Matcza. Urzekająco piękne szczyty o pionowych zerwach skalnych i groźnych barierach lodowych są prawie wszystkie niezdobyte. Nas interesowały najbardziej dwa pięciotysięczniki usytuowane w bocznych graniach, odbiegających od Pasma Turkiestańskiego: Szczyt Szczurowskiego (5560 m) oraz Szczyt Fedczenki (5409 m).

Od momentu przybycia na Lodowiec Zerawszański nasza grupa działała w mniejszych samodzielnych zespołach. Jeden, w składzie H. Kruger, W. Błaszkiewicz-Rutkiewicz, W. Jedliński i A. Zawada, udał się na lodowiec Mir-Amin z zadaniem zaatakowania Szczytu Szczurowskiego, drugi, w składzie J. Franczuk, B. Jankowski, W. Martynow i E. Mogilewski, miał zaatakować z tego samego lodowca bądź Szczyt Szczurowskiego odmienną drogą, bądź też inny dziewiczy wierzchołek w otoczeniu. Trzeci zespół, w składzie J. Kiełkowski, T. Łaukajtys, A. Mordiżow i J. Mołorodow, udał się na Lodowiec Skaczkowa z zamiarem zdobycia Szczytu Fedczenki.

Dwa pierwsze zespoły dotarły wspólnie dnia 15 lipca na górne piętro lodowca Mir-Amin, gdzie ustalono plan ataku na Szczyt Szczurowskiego lodowo-śnieżną ścianą wschodnią. Grupa W. Martynowa spędziła noc na lodowcu Mir-Amin i postanowiła o świcie podejść pod Szczyt Szczurowskiego od strony północnej, by rozejrzeć się w możliwościach wejścia. Zespół A. Zawady systemem alpejskim jeszcze 15 lipca wieczorem przetrawersował zagrożone obrywami lodu dolne partie ściany i założył biwak na grani na wysokości 4800 m. Rankiem, już bez obciążenia, rozpoczęliśmy wspinaczkę wschodnią ścianę w kierunku przełączki wciętej od południa pod skalne spiętrzenie szczytowe. Piękna do tej pory pogoda załamała się nagle w południe, w momencie, kiedy zespół przerąbywał się przez nawisy przełączki. Rozpętała się wichura z silnym opadem śnieżnym. Zdając sobie sprawę z bliskości wierzchołka, kontynuowaliśmy wspinaczkę trudnym (miejsca V) terenem skalnym, osiągając wysokość około 5300 m. Kiedy jednak rozpoczęła się burza z wyładowaniami elektrycznymi, rozsądek nakazał szybki odwrót. Wycofywaliśmy się czterema zjazdami w ciągle pogarszających się warunkach atmosferycznych, w godzinach popołudniowych osiągając namiot w miejscu ostatniego biwaku. Następnego dnia zeszliśmy w nadal szalejącym wietrze na lodowiec Mir-Amin, gdzie założyliśmy biwak. Zespół W. Martynowa załamanie pogody zaskoczyło na grani północnej. W dniu 18 lipca obydwa zespoły wróciły niezależnie od siebie do bazy wysuniętej na Lodowcu Zerawszańskim. Zjawił się tu również zespół T. Łaukajtysa, któremu szczęśliwie powiódł się atak na Szczyt Fedczenki. Sukces tym większy, że wywalczony w niezwykle trudach warunkach atmosferycznych. Czwórka ta w dniu 14 lipca dotarła na Przełęcz OPTE (szczegóły w oddzielnym artykule) i po dniu odpoczynku, weszła w ścianę 16 lipca, osiągając – mimo załamania pogody – wysokość ok. 5000 m. W dniu następnym (17 lipca) stanęła na wierzchołku. Zeszła stąd inną drogą, z kolejnym biwakiem, w nasilającej się wichurze na Lodowiec Skaczkowa i nim do bazy wysuniętej.

Nasi koledzy radzieccy po wejściach aklimatyzacyjnych na kilka już zdobytych szczytów dokonali pierwszego wejścia na dziewiczy szczyt o wysokości około 5000 m, któremu nadali nazwę Zamek (Galina Prokopienko, W. Prokopienko, W. Budianow i W. Samsonow – 22 lipca).

Warunki atmosferyczne od 16 lipca nie uległy poprawie aż do ustalonego w planie dnia powrotu do bazy głównej na „litowce” Matcza (24 lipca). Z żalem więc opuściliśmy ten piękny i niezwykle interesujący alpinistycznie rejon górski, udając się w Pamir.

Na Pik Lenina

Z Kan wynajętymi ciężarówkami przejechaliśmy do Fergany, skąd dalej autobusem do Oszu (27 lipca). Rozlokowaliśmy się na stadionie sportowym, gdzie zaopiekował się nami serdecznie kierownik obozu „Wysotnik”, W.F. Zielenin. Spotkaliśmy tu grupy młodych ludzi o spalanej słońcem skórze – byli to alpiniści wracający ze szczytu Lenina. W pare dni później, po uzupełnieniu sprzętu i zywności, pojechaliśmy w Pamir. Przebyliśmy przełęcz Tałdyk (3650 m) w Pasmie Ałajskim i bezdrzewną, płaską Dolinę Ałajską osiągając wreszcie obóz „Wysotnik” u stóp potężnych lodowych masywów Pamiru. Powitały nas tu liczne grupy alpinistów z Moskwy, Chabarowska, Kijowa, Leningradu. Wśród nich również nasi koledzy z Polskiego Klubu Górskiego, u których w świetnie zagospodarowanych namiotach często później gościliśmy. Byli już oni na Szczycie Lenina i przygotowywali się właśnie do wejścia na jeden z niezdobytych dotąd szczytów w Grzbiecie Zaałajskim.

W obozie gwarno i rojno, jak w małym miasteczku. Wieczorem pracuje generator prądu, utrzymywana jest stała łączność radiowa z Oszem, gotuje się na normalnych kuchniach gazowych (notabene produkcji wrocławskiej). Zbiorowe wejścia na Szczyt Lenina odbywają się według ustalonych reguł i harmonogramów – przeważnie najłatwiejszą drogą, przez tzw. Skały Lipkina. Zaczyna się od wejść aklimatyzacyjnych, połączonych z wyniesieniem namiotów i części żywności. Po powrocie do bazy na 2 lub 3 dni, następuje właściwy atak szczytowy. Wszyscy kandydaci są każdorazowo badani przez lekarza.

Decyzją kierownika wyprawy, I. Mieszkowa, nasz zespół pójdzie również zbiorowo i jedną drogą: przez Skały Lipkina z trawersem w lewo do grani szczytowej.

W dniach od 1 do 3 sierpnia zrobiliśmy wejście aklimatyzacyjne, zostawiając nasz ekwipunek na wysokości 5600 m. Do ataku szczytowego wyruszyliśmy z „Wysotnika” sierpnia, z kolejnymi obozami na wysokościach 5200, 5900, 6200, 6600 i 6800 m. W czasie całego wejścia bez przerwy wiał mroźny wiatr, w porywach przekraczający prędkość 100 km na godzinę. Po pięciu dniach marszu, 10 sierpnia, wszyscy uczestnicy weszli na wierzchołek Piku Lenina (7134 m). Chociaż w różnej formie i w dużej rozpiętości czasu, wszyscy przeżywali żywiołową radość z osiągnięcia słynnego szczytu i pokonania własnej słabości, a także z ustanowienia życiowych rekordów wysokościowych.

Po powrocie do bazy kierownictwo wyprawy urządziło uroczystą kolację, podczas której wymieniono upominki i odznaki wyprawowe – polskie i radzieckie. W Oszu pożegnaliśmy się serdecznie z naszymi przyjaciółmi z Nowosybirska i samolotem wróciliśmy do Taszkientu. Tutaj zostaliśmy przyjęci przez zasłużonego mistrza sportu, Władimira I. Raceka, członka Towarzystwa Geograficznego ZSRR, znanego eksperta pamirskiego, który wręczył nam pamiątkowe medale „Pik Lenina” z numerami wejść od 1015 do 1022. Do kraju wróciliśmy 25 sierpnia – po 54 dniach pobytu za granicą.

Wejścia na dwa dotychczas nie zdobyte szczyty – Pik Fedczenki (zespół polsko-radziecki) i Zamek (zespół radziecki) to naprawdę niewiele, jak na dużą międzynarodową wyprawę, dysponującą silną stawką alpinistów. Załamanie się przysłowiowej bezchmurnej, pamiro-ałajskiej pogody, trwające prawie osiem dni, było wyjątkowym pechem, niespotykanym tutaj od wielu lat – tak nas przynajmniej zapewniano. Ale czy tylko to było przyczyną naszych skromnych wyników w porównaniu do zeszłorocznej wyprawy? 13 dni zużytych na przejazd, podejście i powrót w stosunku do 11 przeznaczonych na ścisłą działalność górską jest proporcją z całą pewnością niewłaściwą. Dla porównania: w zeszłym roku zużyto 6 dni na przejazdy i podejścia, a 28 na działalność w górach. Po prostu nie opłaca się tak duży wysiłek organizacyjny i ludzki, jeżeli później braknie czasu na działalność alpinistyczną i nie ma rezerwy na ewentualne przeczekanie okresu złej pogody.

Wejście całej polskiej grupy na Szczyt Lenina było rekompensatą za niepowodzenia w Pamiro-Ałaju. Choć technicznie bez trudności, stanowiło ono wspaniały sprawdzian naszych zdolności adaptacyjnych na dużej wysokości. Takie m.in. mieliśmy zadanie. Mimo osiągnięcia wierzchołka nie wszyscy z nas jednakowo znosili wpływ wysokości. U niektórych osób wystąpiły klasyczne objawy choroby wysokościowej i widoczny z każdym dniem spadek formy. Ogranicza to poważnie możliwość aktywnej działalności alpinisty w górach najwyższych.

Poznaliśmy nadto nowe dla nas rejony górskie najwyższej rangi, egzotyczne krainy, ludzi, ich zwyczaje i ich serdeczność. Jesteśmy za tę wielką przygodę wdzięczni naszym Kolegom z Nowosybirska.

„Taternik” 1970, nr 4