Zawada na Evereście (1998)

Okazuje się, że można pójść na Everest bez potrzeby wyjeżdżania do Nepalu czy Tybetu. Wystarczy być w Paryżu, pojechać metrem do stacji La Grande Arche de la Defense by zobaczyć sylwetki dwóch plastikowych alpinistów w pełnym rynsztunku wspinających się po olbrzymiej, szklanej kuli zwanej Le Dome IMAX. W niej znajduje się – jak głosi ulotka – największy na świecie ekran hemispherique o powierzchni 1100 m2 i 15200 watach mocy w głośnikach.

Wielka plansza zaprasza na wyprawę na Everest za jedyne 40 FFr (ok. 8 $ US) w dodatku bez potrzeby używania tlenu. Organizatorzy zapewniają wyjątkowe wrażenia, ale jednocześnie przestrzegają, że osoby wrażliwe mogą odczuwać pewne sensacje. W środku kina cała kopuła to jeden wielki ekran, a krzesła na widowni są tak ustawione, że ogląda się wyświetlany obraz nie tylko przed sobą, ale też nad sobą, pod nogami i nawet częściowo nad sobą. Robi to oczywiście duże wrażenie, szczególnie kiedy widać z helikoptera strome ściany i przepaści pod nogami. Przed właściwym seansem wyświetlane są krótkie filmy, na których najlepiej zademonstrowano możliwości techniczne sferycznego kina. Zrobiły na mnie dużo większe wrażenie – np. zdjęcia wyścigów samochodowych – niż sam film z Everestu. Bo jak długo można oglądać powiększone do nienaturalnych rozmiarów fragmenty lodowych ścian, szczelin, spadających lawin czy alpinistów-aktorów niezdarnie chodzących po aluminiowych drabinach? Wydaje się, że sam reżyser David Breashears też uznał, że nie za długo i uraczył nas z kolei makabrycznymi opowieściami o umieraniu przewodników i ich naiwnych klientów podczas tragicznych wydarzeń na Evereście. A wszystko tylko po to by przerazić widza.

W sumie kino IMAX, podobnie jak motocyklowa beczka śmierci, czy wspinanie Alain Robert’a po ścianach budynków to jarmarczna rozrywka dla tzw. mas. Szkoda czasu i 40 franków.