Zdobyć białe Himalaje (1979-1980)

Zima to najlepsza pora na turystykę w Nepalu. Od listopada do kwietnia. Broń Boże latem, kiedy wieje monsun, góry zakryte są gęstymi chmurami, w dolinach padają deszcze tak obfite, że trzeba nieraz brodzić po kostki w wodzie na ulicach Kathmandu. A zimą czyste, błękitne niebo, cały czas można podziwiać panoramę himalajskich szczytów. Widok ten zapada w pamięć do końca życia. Temperatura w dolinach jak u nas w Zakopanem w marcu czy kwietniu.

Przed alpinistą wyruszającym w Himalaje pojawiają się trzy bariery trudności: technicznej wspinaczki, zimna i wysokości. W przypadku wypraw zimowych w Himalaje doszła jeszcze jedna bariera: trudności administracyjnych.

Już na samym początku w Polskim Związku Alpinizmu pojawiły się wątpliwości dotyczące wyprawy zimowej na Everest. Argumentowano, że tak trudna wyprawa ma małe szansę powodzenia i lepiej wydać pieniądze na łatwiejszą wyprawę latem po to, żeby wreszcie pierwszy Polak osiągnął wymarzoną wysokość 8848 m.

Ja zaś uważałem, że pierwsze zimowe wejście na najwyższy ośmiotysięcznik miałoby wymiar międzynarodowy, wręcz historyczny, natomiast wejście Polaka latem, jako któregoś tam z rzędu, może mieć jedynie wartość lokalną. W rozwiązaniu tego pata pomogła mi Wanda Rutkiewicz, za co byłem jej niezmiernie wdzięczny. Wanda, jako znana w świecie alpinistka, została zaproszona w 1978 roku na międzynarodową wyprawę everestowską. I oto radosna wieść – Wanda jest na szczycie! Bardzo dobrze się stało, że pierwszym Polakiem na Evereście była kobieta, dzięki temu wejście nabrało dodatkowego znaczenia międzynarodowego. Wanda Rutkiewicz była pierwszą Europejką na najwyższej górze świata, po Japonce i Chince.

Po sukcesie Wandy już wszyscy głosowali za wyprawą zimową. Zaczęły się starania o zezwolenie rządu Nepalu na zimową ekspedycję. Nikt przed nami o coś takiego nie występował. W dodatku urzędnicy w nepalskim ministerstwie nie mogli zrozumieć, dlaczego chcemy się wspinać zimą, kiedy nawet latem jest tak niebezpiecznie w ich górach. W memoriale dołączonym do podania między innymi tak uzasadnialiśmy naszą prośbę: „Rozpoczęcie sezonów zimowych w Himalajach otworzyłoby przed alpinizmem nowe horyzonty. Zdobyte w sezonach przed- i pomonsunowych najwyższe szczyty świata stałyby się ponownie dziewicze dla wypraw zimowych, tak jak kiedyś stało się to w Alpach, Kaukazie czy Hindukuszu. Wyprawy zimowe w Himalaje będą historyczną konsekwencją rozwoju sportu wysokogórskiego”.

Przychodziły odmowy na kolejne podania. Uzasadniano je brakiem regulaminu zimowych wypraw i trudnością w znalezieniu chętnych tragarzy na zimową karawanę pod Everest.

Przy składaniu podania trzeba również podać cel rezerwowy. Wymieniliśmy Filar Południowy Everestu na wiosnę 1980 roku, z myślą poprowadzenia tamtędy nowej drogi. Zezwolenie na ten cel rezerwowy przyszło prawie od razu, ciągle jednak liczyliśmy na zimę. I nagle, 22 listopada, przyszła zgoda na zimę z ważnością od 1 grudnia. Co robić? Nawet zakładając, że zakupimy szybko żywność, co w tamtych czasach nie było łatwe, i wyślemy bagaż samolotem, a nie samochodem jak do tej pory, to i tak dojdziemy z karawaną pod Everest najwcześniej w pierwszych dniach stycznia. Stracimy cały miesiąc z trzymiesięcznego zezwolenia. Czy można ryzykować, że w tych warunkach zdobędziemy Everest? Ale z drugiej strony, jak zrezygnować z pierwszego w historii zimowego zezwolenia, na które czekaliśmy tak długo?

Była to dla mnie najtrudniejsza decyzja, za którą ponosiłem całkowitą odpowiedzialność. Przede wszystkim trzeba było zdobyć pieniądze na samolot, ówczesne kierownictwo Ministerstwa Sportu, czyli GKKFiT, obiecało przekazanie pieniędzy z puli piłkarzy, jeżeli przegrają oni jakiś kolejny ważny mecz, z czym zresztą nasi footboliści nie mieli specjalnych trudności. Zaczęła się pospieszna wysyłka wyprawowych bębnów samolotami do Nepalu.

Kandydatom na wyprawę postawiono bardzo ostre wymagania. Każdy musiał być wcześniej na co najmniej 7000 m i mieć poważne osiągnięcia w zimowych wspinaczkach. Mieliśmy wspaniałą kadrę alpinistów i nie było kłopotów z dobraniem 20 uczestników na najwyższym poziomie. W ankiecie prosiłem o podanie, kto chce być na zimowej wyprawie, a kto na wiosennej. Z żalem stwierdziłem, że Jurek Kukuczka, młody, świetnie zapowiadający się alpinista, wybrał wiosnę, gdyż ledwo co wrócił z jesiennej wyprawy na Lhotse (8511 m). Odegrał później na wiosennej wyprawie wspaniałą rolę – razem z Andrzejem Czokiem stanął na szczycie, wyznaczając nową, polską drogę na Everest.

Podejście zimą pod Mt. Sagarmatha, jak oficjalnie nazywa się Everest w Nepalu, było chyba łatwiejsze niż w innych porach roku. Przynajmniej nie dokuczały upały. Jednak himalajska zima dała znać o sobie, kiedy zaczęliśmy się wznosić coraz wyżej. Już w bazie na wysokości 5400 m pojawiły się mroźne wichury, przekraczające nieraz 100 km na godzinę. Wpadały z hukiem do Kotła Zachodniego, uderzały z ogromną siłą w ścianę Lhotse i Everestu, powodując gigantyczne zawirowania poderwanych kryształków lodu i śniegu. Wyżej było jeszcze gorzej, wichura narastała wraz z wysokością przy gwałtownym spadku temperatury. Byliśmy jednak przygotowani na takie warunki. Mieliśmy ulepszone i dodatkowo wzmocnione namioty, które poprzednio wichury potrafiły jednym uderzeniem rozciąć jak nożem. Podobnie sprzęt osobisty. Ciepła odzież, puchowa od stóp do głów: skarpety, spodnie, kurtki i rękawice. Specjalne buty i przeciwwiatrowe kombinezony zrobione z tkaniny goretexowej.

Wiedzieliśmy, że nie ma co liczyć na jakieś dłuższe przerwy w szalejących wichurach, ale uparcie, bez względu na warunki zakładać obóz po obozie. Wreszcie po sześciu tygodniach ofiarnej akcji całego zespołu stanął na Przełęczy Południowej na wysokości 8000 m mały namiot, wyjątkowo wytrzymały, który oparł się huraganom. Stąd dopiero mógł się rozpocząć atak szczytowy. I wtedy okazało się, że zabrakło nam dwóch dni, żeby dotrzymać danego w Ministerstwie słowa, że od 15 lutego będziemy schodzić w dół. Niefortunna umowa przy urzędniczym biurku! Cała wyprawa stanęła pod znakiem zapytania.

Wysłaliśmy drogą radiową prośbę o przedłużenie terminu o 48 godzin. Nastąpiło nerwowe oczekiwanie we wszystkich obozach, których nie można było opuścić przed decyzją. Dodatkowy stres w tych nieludzkich warunkach. Jest zgoda! Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki ruszyli do ataku szczytowego. Podali temperaturę na przełęczy: -420 C. Musieli pokonać 850 m w pionie, a na tej wysokości 100 m idzie się około godziny. To wysiłek trudny do wyobrażenia. Słowa ze szczytu: „Gdyby to nie był Everest, nigdy byśmy tu nie weszli” – najlepiej świadczą o ich determinacji.

Data 17 lutego 1980 roku weszła na zawsze do historii światowego alpinizmu.

Zimową wyprawę na Everest mieliśmy już za sobą, ale administracyjne kłopoty z nią związane wcale się nie zakończyły. Jak wspomniałem, otrzymaliśmy również zezwolenie wiosenne i po wymianie „zawodników” rozpoczęliśmy ponowne obleganie góry. Był to pierwszy przypadek, gdy na Everest wchodziła kolejna wyprawa z tego samego kraju, sezon po sezonie, i mogło się zdarzyć, że po jednym polskim wejściu mogło nastąpić natychmiast drugie. Do tego nie chcieliśmy dopuścić. Po pierwsze, nie było pewności, że wyszły zdjęcia ze szczytu. Dzisiaj wydaje się to śmieszne, ale wtedy nikt w Polsce nie wywoływał dobrej jakości slajdów. Filmy zostały wysłane do Londynu i czekaliśmy na ten niezbity dowód naszego wejścia na Everest. Gdyby się nie udały, to kolejnym dowodem byłoby znalezienie przez następną wyprawę rzeczy zostawionych na szczycie przez Cichego i Wielickiego. Obawialiśmy się, jak później się okazało, nie bez racji, że pierwsze bezprecedensowe wejście na Everest zimą będzie kwestionowane czy to przez zwykłą zazdrość, czy przez złośliwość.

Na szczęście obok naszej wiosennej wyprawy działała również ekspedycja hiszpańska, która miała zezwolenie na drogę normalną, przez Przełęcz Południową. W pewnym momencie byliśmy już gotowi do ataku szczytowego, a jednak musieliśmy wstrzymać akcję, ponieważ nasi sympatyczni Baskowie ciągle się opóźniali. Wreszcie jeden z nich, Martin Zabaleta, z Szerpą Pasang Tembą osiągnęli Everest i zabrali ze sobą ze szczytu notatkę Leszka i Krzysztofa. Odtąd byli już wiarygodni świadkowie naszego zimowego zwycięstwa.

Wiadomość o pierwszym zdobyciu Everestu zimą rozeszła się szybko po świecie. Tym bardziej, że Polska z powodu „Solidarności” stała się wtedy bardzo popularna. Ale nie wszystkie przejawy zainteresowania były dla nas życzliwe. Sławny alpinista Reinhold Messner zakwestionował polskie wejście. Mogłem to sobie wytłumaczyć jedynie urażoną ambicją, że to nie on pierwszy odważył się na zimową eksplorację Himalajów. Najpierw oświadczył, nie wiadomo na jakiej podstawie, że rząd Nepalu nie udzielił nam oficjalnego potwierdzenia zimowego wejścia. Potem, gdy otrzymał kopie dokumentu, przyczepił się do daty wejścia. Dziwić mogło, że taki ekspert spierał się o dwa dni, kwestionując naszą akcję prowadzoną w pełni zimy, z czysto formalno-administracyjnego powodu. Sprawa wyjaśniła się natychmiast, kiedy dowiedziałem się, że Messner zorganizował zimową wyprawę na inny ośmiotysięcznik – Cho-Oyu (8201 m), niestety, niezakończoną sukcesem. Chyba że za sukces można uznać fakt, iż od tego czasu dał nam spokój. Ale jak to bywa w rodzinie, po latach podaliśmy sobie ręce. Spotkaliśmy się w Chamonix podczas wielkiej gali z okazji 40-lecia pierwszego wejścia na ośmiotysięcznik – sławną Annapurnę. Messner, który wygłosił wtedy referat o milowych krokach w alpinizmie, wymienił Polaków jako pierwszych zdobywców Everestu zimą.

A zimą na Cho-Oyu również pierwsi weszli Polacy. W dodatku nową, bardzo trudną drogą. Ale to już zupełnie „inny czajnik ryb”, jak mówią Anglicy. Skąd im się to wzięło?