Zima na 7000. O Noszaku. (1986)

Kiedy podczas wizyty w redakcji Bergwelt, redaktor Stefan Konig poprosił mnie o napisanie artykułu o wyprawie zimowej na Noszak, byłem w pierwszej chwili zupełnie zaskoczony. Przyszedłem przecież z materiałami z ostatniej wyprawy zimowej na Cho Oyu, a tu mam pisać o historii sprzed trzynastu lat. Będę miał nawet kłopoty ze znalezieniem dobrych fotografii, wyblakłych pewnie przez ten czas. Jednak w końcu przyznałem mu rację. Tak, to była ważna wyprawa. Od wejścia na Noszak zaczęła się naprawdę historia zimowych wypraw w najwyższe góry świata.

Dlaczego zima

Mieszkałem przez wiele lat na Podhalu i od dziecka byłem przyzwyczajony, że zima jest po to by cały świat przykrywał się grubą warstwą śniegu. Pamiętam, nieraz trzeba było rano wychodzić z domu przez okno i odkopywać zasypane śniegiem drzwi. Zżyłem się z tym żywiołem, to też po latach pracując w gorącym, tropikalnym Wietnamie, stwierdziłem, że najbardziej tęsknię za widokiem rozległych śniegowych płaszczyzn, połyskujących w mroźnym słońcu. Ale ściślej zaprzyjaźniłem się – fachowo – ze śniegiem zimą, dopiero podczas mych wspinaczek w Tatrach. Nasze Tatry są niewysokie i choć mają piękne ściany i filary to pozbawione są lodowców. Latem nie można tu doskonalić techniki wspinania w rakach i z czekanem niezbędnej przed wyjazdem w Alpy i inne góry wysokie, nie mówiąc już o Himalajach. Jedynie zima stwarza nam namiastkę takich gór, a zima w Tatrach potrafi być surowa i – wymagająca. Niskie temperatury, opady śniegu, nagłe załamania pogody, częste niebezpieczeństwo lawin. Dlatego może polscy alpiniści, tak dobrze wspinają się zimą, Polacy przeszli zimą wszystkie drogi w Tatrach, i większość sławnych dróg alpejskich. Wszystkiego można się w końcu nauczyć, a nawet polubić.

Wspinanie zimą sprawia mi największą satysfakcję, dlatego właśnie, że podnosi skalę trudności, że wymaga od alpinisty tak wiele. Jest kolejnym stopniem w sprawdzaniu ludzkich możliwości. Wydaje mi się, że tu leży przyszłość wyczynowego himalaizmu. – Robić najtrudniejsze drogi, w najtrudniejszych warunkach!

Uczestniczyłem przed laty w rozwiązaniu wspaniałego problemu sportowego, jakim było trawersowanie zimą Głównej Grani Tatr, liczącej 72 kilometry. Trwało trzy tygodnie. Biwaki zimowe, pod namiotami, doskonale przygotowały nas do przyszłych wypraw w Himalaje. Myśl o spróbowaniu swych sił zimą w najwyższych górach, to znaczy sięgających powyżej 7000 metrów, dojrzewała coraz bardziej.

Jako cel pierwszy dla zimowej wyprawy wybraliśmy najwyższy szczyt Hindukuszu Afgańskiego – Noszak 7492 metry. Góry Afganistanu, tak się wówczas składało, były dla Polaków najłatwiej dostępne. Od czasu pierwszej polskiej wyprawy na Noszak, latem 1960, prawie co roku wysyłaliśmy parę wypraw w Hindukusz. Były lata, że na szczyty Afganistanu wspinało się jednocześnie dwustu naszych alpinistów. Dla młodych wspinaczy góry te stanowiły doskonały sprawdzian odporności na wysokość. Ale zima tutaj, to było coś nowego, bezprecedensowego.

Zbieraliśmy pilnie informacje o zimie w Hindukuszu. Nikt przed nami nie zapuszczał się tak wysoko w tym sezonie. Polski ekspert od map i topografii Hindukuszu, Jerzy Wala, przewidywał duże opady śniegu, które mogą nawet uniemożliwić podejście pod Noszak. Nie było też pewne, czy uda się zimą przepłynąć promem przez Amu – darię. Trudności zaczęły się już przy staraniach o zimowe zezwolenie. Rząd Afganistanu uzależnił jego wydanie, od noty polskiego MSZ, oświadczającej, że władze zdają sobie sprawę z niebezpieczeństw takiej wyprawy i biorą odpowiedzialność za jej przebieg. Nie było łatwo namówić urzędników Ministerstwa do wysłania podobnego pisma. W końcu jednak, w połowie grudnia 1972 roku wyprawa gotowa do drogi, mogła wyruszyć.

W 10 osobowej ekipie znaleźli się: z Warszawy – Mirosław Budny, Benon Czechowski, Ryszard Dmoch, Marek Fijałkowski, Jacek Mierzejewski, Władysław Woźniak, Andrzej Zawada (kierownik), z Łodzi – Wojtek Jedliński, z Katowic – Jan Koisar (lekarz), i ze Szczecina – Tadeusz Piotrowski. Noc sylwestrową spędziliśmy przy butelce szampana, w pociągu między Moskwą a Taszkentem. Na peronach ludzie w kożuchach i walonkach, rozcierali zmarznięte twarze w 30 stopniowym mrozie. Ale pocieszaliśmy się, że przecież jedziemy na południe, tam musi być cieplej! Wreszcie po 5 dniach podróży, dojechaliśmy 4 stycznia do Termezu nad Amu – darią, miejsca, gdzie kończy się kolejowa cywilizacja. Wielka rzeka nie zamarzła! Płynęła tylko wierzchem, leniwie kra lodowa. Bez kłopotu przeprawiliśmy się promem na drugi brzeg.

Dotarliśmy wreszcie do egzotycznego Królestwa Afganistanu, kraju w którym dawne wieki splatały się ze współczesnością. Odtąd będziemy się przemieszczać jak się da: rozklekotanymi ciężarówkami, jeepami, w końcu na koniach. Odłączyłem się na parę dni od zespołu, żeby w Kabulu, w stolicy załatwić konieczne formalności i dokumenty potrzebne na wjazd do Wachanu. Rejon ten zwany Korytarzem Wachańskim był szczególnie newralgicznym obszarem granicznym z ZSRR. Kabul znany mi dotychczas z piekielnych upałów letnich, zaskoczył mnie mrozem i śniegiem. Okazało się nawet, że pod miastem, na wzgórzu czynny jest wyciąg narciarski! Na sławnej drodze, przez przełęcz Salang, zbudowanej przez radzieckich speców, zalegały wielkie, dochodzące do 4 metrów zaspy śnieżne. Ogarniał mnie coraz większy niepokój.

Jak za Czyngis – Chana

Spotkaliśmy się ponownie w Kunduzie, 10 stycznia 1973. Grupa z Mazer-i-Szerif była w opłakanym stanie: grypy, obłożone gardła, gorączki. W hotelowych pokoikach, ogrzewanych piecykami na trociny, powstał istny szpital polowy. Nasz lekarz, Janek Koisar dwoił się i troił. Parę dni byliśmy skazani na denerwującą bezczynność, urozmaiconą jednym, za to niezwykłym wydarzeniem. Trafiliśmy na rozgrywki, odbywające się akurat tu w Kunduzie, sławnych, dzikich zawodów, konnych, zwanych buzkaszi. W jednej chwili przenieśliśmy się parę set lat do tyłu. Gra ta pamięta ponoć czasy Czyngis-Chana. Polega na wzajemnym wydzieraniu sobie, przez dwie drużyny jeźdźców, martwego cielaka, z odciętą głową, po to, by złożyć truchło pod trybuną sędziego. Sławni zawodnicy zwani czapandoze, z nahajkami w zębach dokonują cudów zręczności na swych koniach, specjalnie szkolonych do zawodów; podobno karmionych, masłem i jajkami! To wiszą pod brzuchem konia i w pełnym galopie, chwytają z ziemi cielaka, to znów walą, jak taranem w przeciwnika, chcąc mu wyrwać zdobycz. W czasie przerw, rozgrzani i pokrwawieni zawodnicy zeskakiwali z koni i nacierali się śniegiem. Kobietom nie wolno przyglądać się zawodom. W pewnym momencie gromada koni rozpalonych walką wpadła w tłum widzów, tratując wiele osób. Pomyślałem, że oto nie wiadomo, gdzie czyha niebezpieczeństwo na uczestników wyprawy!

Noc przy ogniskach

Po trzech dniach, chorzy poczuli się na tyle lepiej, że mogliśmy ruszyć dalej, ciężarówkami przez Fajzabad, do Kazi Deh. Okazało się, że w północnej części Afganistanu, prawie nie ma śniegu. Widocznie łańcuch górski Hundukuszu zbierał wszystkie opady, z wilgotnych mas powietrza, które napływają z południowego zachodu. Tylko od czasu, do czasu, zamarznięte rozlewiska na drodze, utrudniały nam jazdę. W Kazi Deh, dokąd dotarliśmy 17 stycznia, ostatniej ludzkiej osadzie, przed wymarszem w góry, wzbudziliśmy powszechne poruszenie. Wyprawa zimą – tego jeszcze nie było! Przede wszystkim uznano to za świetną okazję do podniesienia stawek tragarz, do bajońskich wielkości. Rozpoczęły się skomplikowane, wymagające wielkiej cierpliwości, przetargi. Ostatecznie ustalono, że tragarze bez specjalnego sprzętu osobistego i namiotów, dojdą jedynie do miejsca gdzie jeszcze rosną jakieś krzaki i gdzie będą mogli przesiedzieć noc przy ogniskach. Dalszy transport sprzętu już spocznie na nas.

Od rana 20 stycznia, przy udziale całej wioski, formowała się 66 osobowa karawana. Tragarze włożyli na siebie co tylko mogli, żegnano ich, jakby szli na wojnę. W nocy było –30 stopni. Na drugi dzień doszli na wysokość 3400 m i powrócili na noc do swych ognisk, a następnego dnia zeszli do wioski. W bazie zostało tylko 6 wybranych, najlepszych, którym daliśmy cały sprzęt puchowy i namioty. Pomagali nam jeszcze trzy dni, poczem wrócili do domów.

Termometr zamarzł

Zostaliśmy sami w zaśnieżonym Hindukuszu. Choć nie zupełnie. Od czasu, do czasu bezczelne rysie wykradały z namiotów zapasy. Szczególnie zainteresowały je metalowe tuby ze słodzonym mlekiem. Nauczyły się wyciskać ich gęstą zawartość, łapą na kamieniach! Między naszą bazą a bazą letnich wypraw musieliśmy założyć, aż dwa, dodatkowe obozy w dolinie Kazi Deh. Jeden na wysokości 4200 m i drugi na 4750 m. Zaczęły się dni wytężonej pracy. Wahadłowy transport sprzętu w mrozie i zadymkach. Rzadko świeciło słońce a temperatury wahały się między –25 w dzień a –35 w nocy.

27 stycznia stanął obóz III na zachodniej grzędzie Noszaka, wysokość 5500 m, dokładnie w miejscu, gdzie latem zakłada się obóz I. Wspinaliśmy się po twardym lodzie, wiatr zdmuchiwał przemrożony śnieg w doliny. Po założeniu obozu IV na 6200 m, rozszalała się wichura. Część uczestników zeszła do bazy. Zespół czatujący u stóp Noszaka został zdekompletowany. Mijały dni pełne nerwowego oczekiwania. Zaczynaliśmy już wątpić w zdobycie szczytu. Jeden z namiotów w obozie II porwała wichura. Odnaleźliśmy go później 700 m niżej na lodowcu. W końcu coś zaczęło się zmieniać w pogodzie.

10 lutego wróciliśmy we czwórkę: Dmoch, Piotrowski, Wożniak i ja, do obozu III. Następnego dnia odbudowaliśmy obóz IV i po przenocowaniu w nim, ruszyliśmy do góry założyć obóz V. Niestety, w silnym wietrze dotarliśmy późnym popołudniem zaledwie na wysokość 6700 m. Był 12 luty. Dmoch i Woźniak wrócili do czwórki, ja z Piotrowskim zostaliśmy w piątce. W małym, niewygodnym namiociku, ledwie mogliśmy się pomieścić. Termometr rtęciowy zamarzł, było więc poniżej –39 stopni! Z trudem ugotowaliśmy coś, na maszynce butanowej. W końcu nadszedł sen, niespokojny, męczący, przerywany atakami dreszczy. I oto nagle, uświadomiłem sobie, że nie ma wiatru, spojrzałem na zegarek – 4 rano.

Szczęśliwa trzynastka

Wyszedłem z namiotu, była zupełna cisza, a niebo usiane gwiazdami. Postanowiliśmy wykorzystać te wyjątkowe warunki i zaatakować szczyt od razu, bez przenoszenia obozu na zachodni taras. Przed wyjściem jednak, przez parę godzin, trzeba było rozgrzewać buty nad palnikiem. Od tamtej pory wiem, że buty skórzane nie nadają się do ekstremalnych, zimowych wspinaczek. Do wierzchołka mieliśmy przed sobą 800 m w pionie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli pogoda się utrzyma, to i tak na szczycie będziemy dopiero nocą. Byliśmy jednak zdecydowani na wszystko.

Najtrudniejsze miejsce na grzędzie zachodniej, skalny uskok, przed trawersem, okazał się na szczęście zaporęczowany. Późnym popołudniem dotarliśmy na taras zachodni, w miejsce gdzie zwykle biwakują letnie wyprawy. Roztaczał się stąd wspaniały widok na niekończące się szczyty Hindukuszu, w białej zimowej szacie. Nagle, tuż, prawie pod naszymi nogami, w miejscu gdzieśmy się zatrzymali, żeby ugotować ostatnią herbatę, przed atakiem, zobaczyłem wystającą z lodu, sczerniałą, wysuszoną ludzką rękę. Okropny, paraliżujący strachem, widok! Niby memento – czym się nieraz kończy nasz sport. Prawdopodobnie leżało tutaj ciało jednego z 5 Bułgarów, którzy zginęli w czasie ich tragicznej wyprawy w 1971 roku.

Już po zachodzie słońca zaczęliśmy trawersować rozległe pola tarasu. Co jakiś czas zawiadamiałem, przez radiotelefon, kolegów w dole co się z nami dzieje. Ale i tak wiedzieliśmy, że liczyć możemy tylko na siebie, że musi nam starczyć sił na powrót do obozu. Nie używaliśmy latarek, księżyc w pełni oświetlał dostatecznie drogę. Po wejściu na grań szczytową, lodowaty wiatr uderzył w nas od strony Tiricz Miru. Posuwaliśmy się jak automaty zaprogramowane na jedno… I wreszcie o godzinie 23,50, w ostatnich minutach 13 lutego byliśmy na szczycie Noszaka.

Otoczyła nas niesamowicie piękna panorama gór, wyrzeźbiona poświatą księżyca. Jaka szkoda, że nie można było zrobić zdjęć. Ułożyłem z kamieni napis WINTER 73. Przekazałem radosną wiadomość kolegom do bazy i zmierzyłem termometrem alkoholowym, temperaturę na szczycie, – 49’ 50 C! A potem już tylko odwrót, do małego niewygodnego namiotu, który był naszym zbawieniem. Dopiero o 5 nad ranem układaliśmy się do snu w śpiworach – po 17 godzinach, nieprzerwanej akcji. Nie bardzo jeszcze zdając sobie sprawę z tego cośmy osiągnęli: że byliśmy pierwszymi ludźmi na świecie, którzy zimą przekroczyli 7000 metrów!