Zimą na Everest (1979-1980)

1 część przedmowy do Albumu Everest 1999 r.

Prędzej czy później to musiało się zacząć również w Himalajach. Tak przecież było w Tatrach, Alpach czy Kaukazie. Wspinaczki w najtrudniejszych warunkach pogodowych, jakie stwarzają góry, a więc w sezonie zimowym. Kolejne wyzwanie dla alpinistów, podniesienie poprzeczki trudności, ponieważ powtarzanie już znanych dróg latem przestało mieć rangę wyczynu sportowego. Ale najwyższe góry świata – Himalaje, Karakorum i Hindukusz – wzbudzały zawsze respekt i wydawały się wystarczająco trudne nawet w najkorzystniejszych warunkach, to znaczy wiosną i jesienią.

Dlaczego akurat Polacy zapoczątkowali zdobywanie zimą szczytów powyżej 7000 m? Może, dlatego, że w dekadzie 1950-1960, kiedy atakowano dziewicze szczyty ośmiotysięczne, nie byliśmy w stanie w pojałtańskiej rzeczywistości zorganizować choćby jednej wyprawy i zapisać się w tabeli pierwszych zdobywców górskich kolosów. A może, dlatego, że w naszych Tatrach nie mamy lodowców i z tego powodu dużo wspinaliśmy się zimą. Byliśmy przyzwyczajeni do mrozów, śniegu i huraganowych wiatrów, bo zimy w Tatrach bywają długie i surowe. W każdym razie ambitnych polskich alpinistów mierziła myśl powtarzania latem po raz setny klasycznej drogi na Everest. Dlatego przedkładając w latach siedemdziesiątych Polskiemu Związkowi Alpinizmu projekt pierwszej, polskiej wyprawy na Everest uzasadniałem go tym, że wejście letnie nie ma już żadnego międzynarodowego znaczenia sportowego. Chyba, że będzie to zupełnie nowa droga. Projekt jednak upadł. Uważano, że szanse na zdobycie Everestu zimą są bardzo małe i lepiej zorganizować letnią wyprawę, by wreszcie pierwszy Polak wszedł najwyżej. Na szczęście sprawę uratowała Wanda Rutkiewicz. Jako znana alpinistka została zaproszona na niemiecko-francuską wyprawę i dzielnie się wspinając stanęła 16 października 1978 roku na szczycie Everestu. Bardzo dobrze się stało, że pierwszym Polakiem na górze była kobieta, bo przez to wejście Wandy miało również znaczenie międzynarodowe. Była pierwszą Europejką na Evereście i trzecią kobietą w kolejności – po Japonce i Tybetance. Od tego momentu projekt zimowej wyprawy na Everest zyskał ogólne poparcie.

Tymczasem okazało się, że nie mróz, nie wichury stanowiły największą trudność zimowej wyprawy, ale… problemy administracyjne. Urzędnicy w Nepalu nie mogli zrozumieć, że ktoś chce sobie jeszcze dodatkowo utrudnić wspinanie, kiedy ich góry nawet latem są dostatecznie niebezpieczne i odrzucali kolejne podania. Nie pomagały składane memoriały, w których staraliśmy się wytłumaczyć, że wyprawy zimowe to kolejny krok w rozwoju światowego alpinizmu. Wcześniej, zgodę na wyprawę zimową udzielił w 1972 roku jedynie rząd Afganistanu na najwyższą górę Hindukuszu – Noszak (7492 m). Skorzystaliśmy z niej natychmiast. Był to [pierwszy siedmiotysięcznik zdobyty zimą. / Na szczyt weszli Andrzej Zawada i Tadeusz Piotrowski./

Jednak nasze myśli i działania od dawna krążyły wokół Everestu. Bardzo ważne było sprawdzenie, jak wygląda zima na tych największych wysokościach świata. Jak silne są wiatry, skąd wieją, czy dużo jest śniegu, a nawet to, czy znajdziemy tragarzy, którzy zimą zechcą pójść do bazy? Na Everest w sezonach wiosennym i jesiennym, czyli skrótowo mówiąc latem, kolejka o zezwolenia wynosiła parę lat. Natomiast na Lhotse, najbliższego sąsiada Everestu, jesienią 1974 roku nie było chętnych. Te dwa szczyty z lodowca Khumbu mają wspólna drogę aż prawie do 8000 metrów, więc podobnych trudności można się spodziewać na Evereście. Wystąpiliśmy, zatem do rządu Nepalu o zezwolenie jesienne na Lhotse, licząc po cichu, że uda się nam je przedłużyć na zimę. W tamtych latach rząd nepalski przyznawał tylko jedno pozwolenie na sezon. Jesienią 1974 Everest był zajęty przez Francuzów i od ich zgody uzależniono przyznanie nam zezwolenia na Lhotse, ze względu na ewentualne problemy dwóch baz na lodowcu Khumbu. Ucieszyliśmy się bardzo, gdy na naszą prośbę kierownik francuskiej wyprawy Gérard Devouassoux z Chamonix, wyraził uprzejmą zgodę na sąsiedztwo naszych baz. Ruszyliśmy z przygotowaniami.

Zakupiliśmy żywność na pięć miesięcy i nie spiesząc się specjalnie wyjechaliśmy dziesięciotonowym Jelczem późną jesienią do Katmandu. Już na miejscu dowiedzieliśmy się o tragedii francuskiej wyprawy. Francuzi atakowali Everest granicą zachodnią. Wielka lawina lodu i śniegu porwała ich obóz do przełęczy Lho La. Zginał Devouassoux i pięciu Szerpów.

Znaleźliśmy się sami u stóp Everestu. Nie wiedzieliśmy wtedy, że i nas nie ominie tragedia. Zezwolenie było ważne do końca grudnia, ale wystąpiliśmy o przedłużenie na styczeń i luty. W listopadzie nadeszła surowa zima. Huraganowe wichury rwały na strzępy z trudem postawione namioty w Kotle Zachodnim. To była doskonała lekcja pokazowa, jak wygląda zima wokół Everestu. Bez tego brutalnego doświadczenia nie bylibyśmy w stanie w przyszłości zdobyć go zimą. W czasie zejścia z obozu III w zachodniej ścianie Lhotse zmarł Staszek Latałło, operator filmowy. Jego ciało przypięte jumarem do liny poręczowej w ciągu pięćdziesięciu minut zamieniło się w bryłę lodu. Byliśmy przerażeni, widząc, co może stać się z człowiekiem w tym zimowym piekle. Postanowiliśmy przerwać akcję aż do czasu, kiedy będzie można pochować ciało Staszka w lodowej szczelinie. Prawie tydzień czekaliśmy na poprawę pogody, by wreszcie w pięcioosobowym zespole wejść w ścianę Lhotse i spełnić tę ostatnią przyjacielską posługę.

24 grudnia razem z Andrzejem Heinrichem wyruszyliśmy do obozu IV na wysokości ok. 7800 m. Następnego dnia mieliśmy przeprowadzić pierwszy atak szczytowy. Lodowaty wiatr w ścianie Lhotse paraliżował nasze ruchy. Robiło się niepokojąco późno, a do namiotu było jeszcze daleko. Postanowiliśmy pierwszy raz skorzystać z tlenu. Założyłem maskę i nastawiłem regulator na pobór 4 litrów na minutę. Po chwili poczułem, jak rozgrzewają się moje stopy, a następnie całe ciało. To działanie rozgrzewające tlenu jest zimą chyba równie ważne jak wzmocnienie sił. Mogliśmy znacznie zwiększyć tempo wspinania i jeszcze przed zapadnięciem nocy dojść do zbawczego namiotu. Tak było mało miejsca na jego ustawienie, że w połowie wisiał nad przepaścią. Zabłysły pierwsze gwiazdy. Zaczęła się nasza najbardziej egzotyczna wigilia Bożego Narodzenia w życiu. Zabraliśmy specjalnie ze sobą torebkę czerwonego barszczu z Winiar i konserwę z karpiem. W nocy mróz dochodził do -45ºC. Następnego dnia rozpoczęliśmy pierwszy atak na Lhotse. Wspinając się kuluarem w kierunku szczytu od czasu do czasu zerkałem na wysokościomierz. Kiedy wskazówka minęła 8000 tysięcy, zgłosiłem się do bazy: „Halo, czy wiecie, ze pierwszy raz człowiek przekroczył zimą 8000 metrów?!” Byliśmy na wysokości 8250 metrów, a więc zaledwie 260 metrów do szczytu, kiedy nagle uderzył w nasze plecy huraganowy wiatr i zmusił do odwrotu. A potem cios ostateczny – przysłana z Katmandu depesza Ministerstwa Turystyki nakazywała nam opuszczenie bezy bezwarunkowo do 31 grudnia. Rozgoryczeni schodziliśmy w nepalskie doliny z silnym postanowieniem, że wrócimy tu znów z oficjalnym zimowym pozwoleniem, bez obaw o administracyjne restrykcje.

Tymczasem należało wyciągnąć wnioski z doświadczeń na Lhotse i opracować nowy sprzęt, konieczny przy zimowej eksploracji. Przede wszystkim zaprojektowaliśmy specjalne buty. Lekkie, ciepłe, bez użycia skóry, które można w nocy trzymać w śpiworze. Wkrótce stały się sławne na świecie – dzisiaj podobne produkuje firma One Sport. Następnie, specjalne wzmocnione namioty do bazy i górnych obozów oraz sprzęt osobisty odpowiednio przystosowany do wyjątkowo niskich temperatur i huraganowych wichur. Jednocześnie cały czas trwały starania o pierwsze zezwolenie zimowe na Everest. Nie zrażały nas kolejne odmowy. Ta wytrwałość została w końcu nagrodzona. Na podaniu o Everest na zimę 1979-1980 jako cel rezerwowy wpisaliśmy filar południowy na wiosnę 1980 roku. Prawie natychmiast przyszła zgoda na filar, my jednak przez całe lato i jesień mieliśmy nadzieję, że może wreszcie dostaniemy zezwolenie na wyprawę zimową. W pierwszych dniach listopada uznaliśmy jednak sprawę za przegraną i dalsze przygotowania odłożyliśmy na czas wiosennej wyprawy. Nagle, 22 listopada, przyszło zezwolenie zimowe, z ważnością od pierwszego grudnia do końca lutego. Pierwsze historyczne zezwolenie zimowe! Nie wolno nam było z niego zrezygnować, chociaż zdawaliśmy sobie sprawę, że nawet przy najlepszych kalkulacjach, ogromnym wysiłku organizacyjnym i wysłaniu całego sprzętu samolotem, bazę pod Everestem będzie można założyć najwcześniej w ostatnich dniach grudnia. Stracimy, więc cały miesiąc zezwolenia, wydamy ogromne pieniądze i końcu zabraknie nam paru najcenniejszych dni na końcowe ataki. Dla mnie, jako kierownika wyprawy, była to najtrudniejsza decyzja. Postanowiłem jednak zaryzykować, przeklinając w duchu opieszałość nepalskich urzędników.

W tamtych latach mieliśmy w Polsce wielu wspaniałych alpinistów. Mogliśmy znaleźć kandydatów na trzy – cztery ekspedycje jednocześnie. Wysłałem zapytania do prawie czterdziestu kandydatów, na jaką wyprawę chcą jechać: zimową czy wiosenną. Ostatecznie w skład zimowej wyprawy weszło 20 osób. Zgodnie z przewidywaniami pierwszy namiot stanął w bazie na Lodowcu Khumbu 31 grudnia 1979 roku. Zostało zaledwie półtora miesiąca na zdobycie po raz pierwszy zimą największej góry świata. Co prawda zezwolenie, jak wspomniałem, obejmowało 3 miesiące, ale przed wyruszeniem z Katmandu poproszono mnie w tamtejszym Ministerstwie Turystyki o prowadzenie akcji zdobywczej jedynie do 15 lutego, bo dwa ostatnie tygodnie zezwolenia mieliśmy przeznaczyć na likwidowanie wyprawy. Nie przypuszczałem wtedy, na jakie kłopoty narazi nas ta dżentelmeńska umowa.

Ruszyliśmy z energią na dobrze nam znane lodowe zerwy Ice Fallu. Był wyjątkowo niekorzystnie uszczeliniony. Szukając bezpiecznej drogi musieliśmy wytrawersować w prawo, aż na stoki Nuptse. Obóz II w Kotle Zachodnim założyliśmy w tym samym miejscu, co podczas wyprawy na Lhotse, dobrze osłoniętym od wiatru. Zaczął się żmudny transport sprzętu z bazy do dwójki. Wszyscy pracowali z największym poświeceniem. Mieliśmy na wyprawie 5 km lin poręczowych od francuskiej firmy Beal. Zaporęczowaliśmy cały Ice Fall i zachodnią ścianę Lhotse. Dzięki temu mogliśmy się bezpiecznie wspinać z ładunkami nawet przy kiepskiej widoczności, również nocą. Silne wichury prawie cały czas utrudniały nam akcję. W bazie mechaniczny wiatromierz często wskazywał najwyższą na skali wartość: 130 km/godz. Temperatura w Kotle spadała nocą do -40ºC. Szokował nas nieraz widok liny asekuracyjnej między partnerami, unoszonej siłą wiatru poziomo nad lodowcem. Któregoś dnia Krzysztof Żurek został silnym podmuchem dosłownie wyrzucony w powietrze. Na szczęście był wpięty jumarem do poręczówki, ale spadając złamał żebra i musiał wracać do kraju.

Wreszcie nadeszła chwila założenia obozu IV na Przełęczy Południowej na wysokości ok. 8000 metrów. To był jeden z najtrudniejszych momentów na wyprawie. Obóz III i Przełęcz Południową dzieliło 850 metrów w pionie. Tylko 850 metrów, a my w tych zimowych warunkach straciliśmy prawie miesiąc na pokonanie tej odległości. Walka o obóz IV, w której wszyscy brali udział z największym poświęceniem, wykruszyła połowę zespołu. Wreszcie Walek Fiut i Krzysztof Wielicki dotarli na Przełęcz. Spędzili bezsenną noc w małym, lekkim namiociku, cały czas asekurując się w obawie, że zostaną z nim porwani w przepaść. W tych warunkach trudno było myśleć o odpoczynku przed atakiem szczytowym. Wielicki zszedł odmrożony do obozu II w Kotle, a Fiut do bazy. Wyprawa była o włos od załamania. Trudną sytuacje pogarszała jeszcze myśl, że kończy się nam zezwolenie. Wysyłając prośbę o przedłużenie zgody na dalszą akcję do góry choćby o parę dni przeklinałem, że w ogóle zgodziłem się na jakieś dodatkowe ustępstwa, mając zezwolenie do końca lutego.

Tymczasem trzeba było ustawić inny, mocniejszy namiot na Przełęczy. Postanowiłem to zrobić razem z Ryśkiem Szafirskim. Był to dla mnie wielki wysiłek. Nie wchodziłem, bowiem jeszcze do obozu III i bez odpowiedniej aklimatyzacji musiałem wspiąć się z 6500 na 8000 metrów, a więc od razu 1500 metrów w pionie. 13 lutego dotarliśmy na Przełęcz. Z największym trudem, w wichurze, której prędkość w porywach dochodziła do 250 km/godz., udało nam się umocować hakami podłogę namiotu do twardego lodu i jako tako zamocować maszty. W namiocie o podwójnych ściankach po zapaleniu dwóch maszynek butanowych było nawet całkiem ciepło. Ten namiot odegrał potem zasadniczą role w czasie ataków szczytowych.

Przełęcz Południowa wyglądała koszmarnie. Zwiany wichurami śnieg odsłonił cmentarzysko wtopionych w lód setek butli tlenowych, ładunków butanowych i strzępów podartych namiotów. Niedaleko nas stał namiot widmo, wypełniony po sufit nawianym śniegiem. Później dowiedzieliśmy się, że należał do Hannelore Schmatz, która zginęła podczas jesiennej wyprawy w 1979 roku.

Miałem ze sobą komplet końcówek do butli tlenowych, klucze i ciśnieniomierz. Znalazłem 7 butli z pełnym ciśnieniem. Na tej wysokości takie znalezisko liczyło się na wagę złota. Szafirski wyniósł 2 butle sto metrów nad Przełęcz w kierunku szczytu, jako zabezpieczenie dla zespołu szturmowego.

Następnego dnia, 14 lutego, na Przełęcz dotarli Andrzej Heinrich i Szerpa Pasang Norbu. Nie zabrali ze sobą masek tlenowych! A przecież to ostatni dzień zezwolenia i jeżeli wiatr by ustał, tylko oni mieliby szansę wejścia na szczyt. Zostawiliśmy im z konieczności nasze maski i wracaliśmy z Szafirskim bez tlenu. Szczególnie mnie mocno to dało się we znaki. W pewnym momencie, kiedy Szafirski zjechał już z uskoku, nie mogłem znaleźć w zapadającym zmroku początku kolejnych lin poręczowych. W mroźnym powietrzu moja latarka szybko przestała świecić. Pod nogami miałem prawie 1000 metrów lodowej ściany, opadającej stromo do Kotła. Nie pozostało nic innego, jak wyrąbać w lodzie małą półeczkę i cierpliwie czekać do świtu. Nieprzewidziany biwak zimą – tego mi jeszcze brakowało! To złość chyba pozwoliła mi przetrwać cało w czterdziestostopniowym mrozie 8 godzin, zanim Cichy i Wielicki z największym poświęceniem dotarli do mnie z gorącym termosem i pomogli znaleźć nieszczęsne poręczówki. Jakże byłem im wdzięczny.

Heinrich i Pasang dotarli następnego dnia na 8350 m. Co prawda Heinrich pocieszał się, że to nowy rekord wysokości zimą, ale nam przecież chodziło o szczyt. Czyżby tak miała się zakończyć wyprawa? Byliśmy zupełnie przygnębieni, kiedy nagle nadeszła wiadomość z nepalskiego ministerstwa, że do 17 lutego możemy jeszcze prowadzić akcję do góry. A więc mamy jeszcze dwa dni. Tylko jeden zespól był zdolny do ataku szczytowego: Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. Szczególnie wola walki Wielickiego, który miał poodmrażane stopy, zaimponowała wszystkim. 16 lutego doszli na Przełęcz. Następnego dnia o 5 rano pobudka. Przygotowali gorący napój do termosów i 6:45 wyszli z namiotu. Było -42ºC, ale wiatr na szczęście mniejszy. Zabrali ze sobą po jednej butli tlenu i ruszyli w kierunku szczytu. My – rozrzuceni po obozach i koledzy w bazie – z napięciem czekaliśmy na najsłabszy chociaż sygnał w radiotelefonie. Te chwile tam w górze tak wspominał Wielicki: „ Wreszcie jest znany mi z opisów i zdjęć Hillary Step – dziesięciometrowej wysokości pionowa ściana, na szczęście dość łatwa. Rozglądamy się przed siebie, by dojrzeć główny szczyt z triangułem. Mijamy kolejne przedwierzchołki. Gdzie jest ten trianguł? Wreszcie jest, szczyt, ten najwyższy, z metalowym trójnogiem pozostawionym przez wyprawę chińska w 1975 roku. Padamy sobie w objęcia i tak siadamy, zrzucając plecaki i odłączając butle tlenowe. Leszek wyjmuje radiotelefon. Spoglądamy na zegarek. Jest godzina 14:30.

– Halo, baza! Halo, Andrzej ! Czy nas słyszycie?

– Tak, gdzie jesteście? Halo, halo! (cisza)

– A zgadnijcie? – Zbiera nam się na żarty. – Halo, halo. Jesteśmy na szczycie.

Andrzej krzyczy do radiotelefonu:

– Zwycięstwo! Rekord pobity, Gratuluję Wam!

A potem jeszcze te sławne słowa Cichego ze szczytu: „Gdyby to nie był Everest, nigdy byśmy nie weszli”.

Na szczycie byli około 40 minut. W załamanym przez wichury maszcie triangułu znaleźli kartkę z jesiennej wyprawy. Na jej miejsce włożyli swoje wizytówki. Potem przymocowali do masztu różaniec od papieża i mały drewniany krzyżyk, który dała pani Latałłowa, prosząc o zostawienie na Evereście ku pamięci syna. Na końcu przywiązali starannie do aluminiowych nóżek statywu termometr minimalny, z myślą, że. od tej pory kolejni zdobywcy będą mogli sprawdzać, jaka była najniższa temperatura na najwyższej górze świata. Schodzili bardzo ostrożnie. Wielickiemu dokuczały coraz bardziej odmrożone nogi. Odcinek do Wierzchołka Południowego zabrał im półtorej godziny. W szarościach kończącego się dnia i wietrze niosącym drobny śnieg coraz trudniej było wypatrywać drogę wzdłuż grani. Nagle na wysokości 8300 metrów znaleźli ciało Hannelore Schmatz. Należałoby tutaj wspomnieć o tej wspaniałej kobiecie, której bohaterskie zachowanie może być wzorem dla niejednego alpinisty. Kiedy jesienią zeszłego roku wracała ze szczytu Everestu, jej towarzysz, Ray Genet, zasłabł i nie był w stanie iść dalej. Schmatz postanowiła pozostać przy nim, choć zdawała sobie sprawę, że bez sprzętu biwakowego spędzenie nocy na wysokości 8500 metrów grozi śmiercią. Odesłała jednego z dwóch towarzyszących im Szerpów po pomoc do obozu na Przełęczy Południowej, ale tam nie było już nikogo. Jej mąż, kierownik wyprawy, lekkomyślnie zarządził zejście wszystkich do Kotła. W nocy Ray Genet zmarł, a rano skrajnie wyczerpana Schmatz również zmarła w drodze na Przełęcz. Nikt z ich wyprawy nie zdobył się na pochowanie jej ciała.

Leszek Cichy już po ciemku wrócił pierwszy do namiotu na Przełęczy. Połączył się radiotelefonem z bazą i powiedział, ze wraca pomóc w zejściu Wielickiemu. Od tego momentu czekaliśmy do rana na jakiś znak życia z ich strony, podejrzewając najgorsze. Tłumaczyli się potem, ze ich świat ograniczył się do jednego – ratować białe, zmrożone stopy bez czucia. Nie mogliśmy im jednak długo wybaczyć, że zapomnieli o naszym całonocnym niepokoju. A potem witaliśmy ich radośnie w kolejnych obozach i wreszcie w bazie tortem i szampanem… rozmrożonym we wrzątku. Co wtedy przezywaliśmy, można nazwać tylko jednym, najlepiej pasującym słowem: szczęście…

W Katmandu w Ministerstwie Turystyki wręczono mi na czerpanym papierze zaświadczenie, że polska wyprawa zdobyła zimą Mount Sagarmatha. Pierwsze zimowe zezwolenie i wejście od razu na najwyższy szczyt świata. Data 17 luty 1980 roku na zawsze wejdzie do historii światowego alpinizmu.

Jednak bardzo prędko ciemne chmury zawisły nad naszym sukcesem. Jedne z powodu zawiści, drugie z ludzkiej głupoty. Jedne śmieszne, drugie denerwujące. Zaczęło się już na konferencji prasowej w Katmandu. Ówczesny szef tamtejszej polskiej placówki dyplomatycznej, zgodnie z partyjnym sumieniem, namówił mnie, abym nie wspominał o wyniesionym na szczyt Everestu różańcu od papieża i krzyżyku od pani Latałłowej, a ja naiwnie go posłuchałem. Po powrocie do Polski koledzy opowiedzieli o wszystkim żonom, a te sąsiadkom, i za parę dni radio Wolna Europa podało wiadomość, że Polacy wynieśli na Everest dwumetrowy krzyż. Miałem wiele kłopotów z odkręceniem całej sprawy zarówno w kraju jak i w Nepalu.

Jeszcze z bazy prosiłem o wysłanie depesz zawiadamiających o zwycięstwie do różnych oficjalnych osób. Prawie natychmiast otrzymaliśmy gratulacje od pierwszego sekretarza, towarzysza Gierka i zaproszenie na spotkanie. W Warszawie jednak okazało się, że już nie jesteśmy tego godni, bo wysłaliśmy także depeszę do polskiego papieża. Obraził się również król Nepalu za… Związek Radziecki, który właśnie tuż przed rozpoczęciem zimowej wyprawy wkroczył ze swoją armią do Afganistanu. Uważał pewnie Polskę za wiernego sojusznika komunistycznej Rosji. Może potem, gdy dowiedział się o solidarnościowej rewolucji, zmienił zdanie o Polakach. W każdym razie nas nie przyjął, choć podarowaliśmy mu czekan ze szczytu z wygrawerowaną dedykacją. Za to on naszego papieża otrzymaliśmy z Rzymu piękny list, z którego jesteśmy najbardziej dumni.

Jednak najbardziej zaskakujący cios zadał nam kolega po fachu, Reinhold Messner. Nie wiadomo dlaczego zakwestionował nasze wejście zimowe i to w dodatku od strony administracyjnej, jak gdyby to było najważniejsze, a nie nasza walka w mrozie i wichurze. Najpierw przyczepił się, że weszliśmy dwa dni po terminie, a potem, że nie mamy oficjalnego potwierdzenia zimowego wejścia. Wszystko stało się jasne, gdy wyszło na jaw, że Messner organizuje zimową wyprawę na Cho Oyu. W każdym razie mając nad nami przewagę w zachodnich środkach przekazu jego nieprawdziwe opinie przez parę lat odbijały się czkawką w różnych pismach i książkach. C’est la vie.

2 część – Nową drogą na Everest

Choć wyprawa zimowa zakończyła się sukcesem, nie zrezygnowaliśmy z wiosennego zezwolenia na filar południowy Everestu. Jeszcze w czasie wyprawy na Lhotse w 1974 roku z uwagą wypatrywaliśmy na ścianie Everestu, którędy można by poprowadzić nową drogę wprost z Kotła Zachodniego na szczyt. Mieliśmy nawet wybrane miejsca na przyszłe obozy i choć droga wydawała się łatwa w dolnych partiach, spodziewaliśmy się większych trudności w kopule szczytowej Everestu.

Po krótkim, dwutygodniowym pobycie w Polsce wróciłem do Nepalu z wiosenną, piętnastoosobową ekipą alpinistów. W jej składzie znalazło się pięciu weteranów z wyprawy zimowej. W bazie czekał na nas Kazimierz Olech, który pobił chyba rekord nieprzerwanego działania na Evereście – prawie 6 miesięcy. Na lodowcu Khumbu w pewnej odległości od naszej bazy rozlokowały się dwie wyprawy z Hiszpanii – Basków na Everest drogą normalną i Katalończyków na Lhotse. W porównaniu do zimy zaskoczyły nas niezwykle upalne dni himalajskiej wiosny. Wychodziliśmy z bazy o piątej rano, żeby, choć przez zdradliwy Ice Fall przejść, o jakim takim chłodzie. W obozie i w Kotle Zachodnim okładaliśmy śpiworami namioty, chroniąc je przed słońcem, i rozebrani prawie do naga przeczekiwaliśmy wewnątrz południowe godziny. Żar był nieludzki, namioty w słońcu nagrzewały się do +40ºC. Nie wiem, skąd te opisy o strasznych mrozach na wyprawach letnich? Pod wieczór szło się dalej, od razu do obozu II, stojącego w tym samym miejscu, co zimą, a który teraz był bazą wysuniętą hiszpańskich wypraw, zresztą rozbudowaną do monstrualnych rozmiarów.

Obóz III na wysokości 7200 metrów założyliśmy od razu na ścianie Everestu, powyżej skały przypominającej kształtem kraba. Akcja biegła szybko, bo wspinaczka wiosną wydała się sielanką w stosunku do zimy. Szczególną aktywność i nadzwyczajną energię na dużej wysokości wykazywało dwóch młodych nowicjuszy na narodowej wyprawie – Jerzy Kukuczka i Andrzej Czok. Właśnie tę dwójkę, ku zaskoczeniu całego zespołu, wytypowałem do pierwszego ataku na szczyt. I miałem rację. Kukuczka okazał się talentem najwyższej klasy – w ciągu zaledwie dziewięciu lat zdobył wszystkie szczyty ośmiotysięczne i to przeważnie nowymi drogami. Przeszedł do historii sportu jako najlepszy alpinista świata. W Polsce uczczono go między innymi wydaniem okolicznościowego znaczka pocztowego z jego podobizną.

Jurek Kukuczka odegrał też główną rolę w pokonaniu bariery skalnej już powyżej 8000 metrów, która okazała się najtrudniejszym miejscem na naszej drodze. Byliśmy gotowi do rozpoczęcia ataków szczytowych, kiedy zupełnie z irracjonalnych powodów musiałem zatrzymać całą akcję. Tak się, bowiem złożyło – chyba pierwszy raz w historii Everestu, – że wyprawa tej samej narodowości zdobywała górę sezon po sezonie i zachodziła obawa, że po naszym wejściu zimowym znów Polacy będą kolejną ekipą na szczycie. Mógłby ktoś zapytać, co w tym złego? Oczywiście nic, ale obawialiśmy się – zresztą nie bezpodstawnie – że przy tak bezprecedensowej wyprawie znajdą się ludzie skłonni powątpiewać w nasz sukces. Są dwa podstawowe sposoby udowodnienia niedowiarkom wejścia na szczyt. Po pierwsze, można pokazać dokumentalne zdjęcia z wierzchołka, które eksperci potrafią ocenić bezbłędnie. Po drugie, można czekać, aż jakaś następna wyprawa zniesie ze szczytu rzeczy pozostawione przez poprzedników. Co do zdjęć po zimowej wyprawie, nie byliśmy pewni, czy się udały, bo w tamtych latach – dziś rzecz nie do uwierzenia – nie było możliwości wywołania filmów Kodaka w Polsce. Wysłaliśmy je do Londynu i do czasu wyjazdu z Polski nie otrzymywaliśmy wiadomości, czy są dobre. Zostało nam, więc tylko jedno, czekać aż ktoś przed nami wejdzie na Everest. Tymczasem sympatyczni Baskowie zwlekali z atakiem szczytowym. Wreszcie Martin Zabaleta z Szerpą Passang Tembą 14 maja dotarli do chińskiego trianguła. Zabrali ze szczytu rzeczy pozostawione przez Cichego i Wielickiego. Niestety, również termometr minimalny, a w dodatku nawet nie odczytali najniższej temperatury. Jaka szkoda.

Teraz już można było iść na szczyt. Czok i Kukuczka 19 maja o piątej rano ruszyli z obozu V (8350 m) do góry, zabierając ze sobą po jednej butli z tlenem, który zresztą skończył się im w czasie podejścia już na Wierzchołku Południowym, więc dalej wspinali się bez masek. Wszędzie leżał świeży, nie związany śnieg, co bardzo utrudniało wspinaczkę. Dopiero o 4 po południu stanęli na szczycie góry świata. Ze szczytu zabrali ze sobą baskijską flagę. Do obozu wrócili tuż przed północą. Zaczynały się już monsunowe opady i spadające lawinki suchego śniegu zasypywały ich namiot. Noc mieli ciężką. Na zmianę odkopywali namiot, bojąc się, że jakaś większa lawina zrzuci ich ze ściany. Jednak wszystko skończyło się szczęśliwie. Kolejny sukces Polaków. Nowa droga na Everest. Dwie wyprawy zwycięskie i obie bez wypadku. Ogłosiłem koniec wyprawy, choć wiedziałem, co czują Heinrich i Olech, w obozie IV, skąd mieli rozpocząć kolejny atak szczytowy. Czy można było ryzykować jakieś nieszczęście, tylko, dlatego, że przedłużymy wyprawę dla zaspokojenia prywatnych ambicji któregoś z nas?

Po powrocie do Katmandu przekazałem w świat wiadomość o nowej, szóstej w kolejności drodze na Everest. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy dowiedziałem się, że miedzy naszym zimowym wejściem a wejściem wiosennym Basków byli podobno na szczycie 10 maja Japończycy z wyprawy, która zrobiła nową drogę na ścianie północno-zachodniej? Ale jak wytłumaczyć sobie, że nie zabrali z triangułu choćby wizytówek Cichego i Wielickiego i nie zostawili nic od siebie, dla potwierdzenia, że byli na szczycie? A może mają zdjęcie przy chińskim statywie z umocowanym na nim naszym termometrem i papieskim różańcem? W każdym razie uważam, że sprawa jest otwarta, czy nasza nowa droga na Everest jest szóstą, czy siódmą w kolejności.

3 część – Everest zostanie

Pamiętam doskonale te chwilę. Było to w pierwszych dniach czerwca 1953 roku, kiedy usłyszałem w radiu wiadomość, że Everest został zdobyty przez brytyjską wyprawę pod kierownictwem Johna Hunta. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Z jednej strony wielka radość z odniesionego sukcesu, z drugiej żal, rozgoryczenie, że wszystkie te wspaniałe osiągnięcia alpinistyczne dokonują się bez naszego udziału. To była wiadomość z odległego, zaczarowanego świata, wielkiej, himalajskiej przygody, o którym my Polacy mogliśmy tylko marzyć. Byłem w tamtych latach początkującym taternikiem, który nawet wybierając się w Tatry musiał składać w milicji podanie o przepustkę na pobyt w strefie przygranicznej. A cóż dopiero wyjechać za granicę! Nie przychodziło mi do głowy, że kiedyś i mnie los pozwoli zrealizować śmiałe plany sportowe na tej jednej jedynej górze Ziemi. Na szczęście świat się zmienia – a zaczęły się te zmiany właśnie w 1953 roku śmiercią Stalina – i powoli również polscy alpiniści mogli wyruszyć w egzotyczne góry, by dojrzeć w końcu na szczyt Everestu.

Jaki okazał się Everest dla Polaków? Z jednej strony był miejscem chwały, z drugiej klęski największej. Wejście Wandy Rutkiewicz 16 października 1978 roku przyniosło jej światowy rozgłos i historyczną sławę. Była trzecią kobietą na Evereście i co ważniejsze pierwszą Europejką. Następnie wejście zimowe – Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki 17 lutego 1980 roku. Również historyczne wydarzenie, zapisane w kronice Everestu wśród czterech najważniejszych, obok pierwszego wejścia latem –Edmund Hillary i Tenzing Norgay 29 maja 1953, pierwszego kobiecego – Japonka Yunko Tabei 16 maja 1975 r. i pierwszego bez tlenu – Peter Habeler i Reinhold Messner 8 maja 1978 r. Satysfakcja dodatkowa dla nas może być to, że inicjatywa rozpoczęcia sezonów zimowych w najwyższych górach świata wyszła od Polaków, jak również, że pierwsze zezwolenie zimowe rządu Nepalu na Everest nie zostało zmarnowane. Wreszcie poprowadzenie nowej, polskiej drogi z prawej strony filara południowego. Bardziej elegancka niż tradycyjna przez ścianę Lhotse, bo prowadzi z Kotła Zachodniego wprost na wierzchołek Everestu. Została zapisana jako siódma w kolejności, zatem znalazła się jeszcze w pierwszej dziesiątce dróg na najwyższą górę świata.

Wspaniały dla nas czas i wspaniały okres w historii Króla Gór. W tamtych latach były to wielkie osiągnięcia, pionierskie, pełne niepokoju, czy się udadzą, należące do największego, sportowego wyczynu i bardzo… romantyczne. Everest był jeszcze wtedy wielka podniecającą tajemnicą, a nam dopisywało szczęście.

Niestety, Everest stał się również świadkiem naszej największej górskiej tragedii. Straciliśmy w jednym wypadku aż pięciu alpinistów, światowej klasy wspinaczy, wspaniałych ludzi, którzy odegrali wielką rolę w rozwoju polskiego himalaizmu. Z Zygą Heinrichem i Gienkiem Chrobakiem, moimi nieodżałowanymi partnerami od liny, rozpoczynaliśmy wspólnie wysokościową przygodę już w 1971 roku na Kunyang Chhishu (7852 m), a potem byłem z nimi razem prawie na wszystkich kierowanych przeze mnie wyprawach. Z Mirkiem Gardzelewskim, Falko Dąsalem, młodszymi kolegami, walczyliśmy zimą na Cho Oyu (8201m) i K2 (8611 m). Nie wolno mieć pretensji do góry, na której zginęli nasi bliscy, bo nie jej to wina, ale trudno mi będzie wracać myślami do Everestu bez uczucia smutku za tymi, którzy zostali tam na zawsze.

Od czasu pierwszej wyprawy w 1921 roku minęło 78 lat. Na Everest wchodzono różnymi drogami, z różnych stron i to przeszło 1000 razy. Zbadano dokładnie wszystkie opadające z niego lodowce, na podstawie stereoskopowych zdjęć lotniczych wykonano super dokładne mapy, na których można odczytać wysokość prawie każdej skały. Ten dziki, niedostępny dawniej Everest spowszedniał, stał się celem wycieczek biur podróży, obiektem handlowym, świetnym źródłem zarobków. Pod jego stoki poprowadzono wygodne ścieżki, po których depczą tłumy turystów prawie przez cały rok, zaśmiecając wszystko dookoła Potrzeba było powołać do życia Narodowy Park Sagarmatha dla ratowania przed zupełnym zniszczeniem unikalnej przyrody i barwnego folkloru.

Nowy zjawiskiem stały się wyprawy komercyjne, na których organizatorzy za pieniądze wprowadzają klientów na Everest. Chciałbym wiedzieć ile w tej chęci bycia na szczycie najwyższej góry jest naprawdę szlachetnych pobudek, a ile zwykłego snobizmu. Bo czy można mieć satysfakcję z wejścia na Everest, będąc tylko biernym klientem, któremu nawet tlen do maski dostarcza przewodem z butli idący obok opiekun? To nie są ludzie gór, ich nie cieszy samo przebywanie w nich. Cha wszystko od razu i na skróty. Zapłacą każdą sumę byle tylko ułatwić i zagwarantować im wejście. A to jest niemożliwe i dlatego płacą czasami za swe ambicje czy naiwne wyobrażenia własnym życiem. Bo wspinaczka na Everest to nie mecz na boisku, który można w każdej chwili przerwać gdy pogoda się zepsuje. Stąd takie tragedie, jak ta z 1996 roku.

Ale zostawmy na boku ten komercyjny jarmark próżności czy zwykłej głupoty z jednej strony, a chęci zysku z drugiej i zastanówmy się, co jeszcze jest interesującego do zrobienia na Evereście dla ambitnych alpinistów. Przede wszystkim czeka do tej pory nie rozwiązany problem diretissimy drogi środkiem południowo-zachodniej ściany przez tak zwaną Barierę Skalną (rock Band). Wyprawa Boningtona z 1975 roku ominęła ten trudny, znajdujący się powyżej 8000 metrów uskok skalny wąskim kuluarem z lewej strony. Na pewno będą jeszcze poprowadzone nowe drogi, na przykład wprost na wierzchołek wschodnia czy południowo-zachodnią ścianą. Zaczną się też łączone przejścia graniowe. Zapoczątkował je Nocolas Jaeger w 1980 roku. Niestety, ta pierwsza próba zakończyła się tragicznie na grani Lhotse Shar. Wreszcie powstaje problem następnych wypraw zimowych.

Czy po dwudziestu latach polskie wejście zimowe się zdewaluowało? Okazuje się, że nie. Nawet postęp w sprzęcie i znaczne ułatwienia organizacyjne nie wpłynęły na ilość sukcesem zakończonych wypraw zimowych. Po nas tylko 3 Japończyków stawało zima na Evereście. To wymowne liczby, pięciu ludzi zimą i przeszło 1000 latem! Odnotowano nawet niezbyt sportowe ułatwienie sobie quasi- zimowego wejścia. W sezonie jesiennym zakłada się wszystkie obozy, potem czeka na datę administracyjnego zezwolenia zimowego i w pierwszych dniach grudnia wchodzi na szczyt. Czy trzeba przypominać, że dla naszej półkuli początek zimy kalendarzowej przypada na 21 grudnia a prawdziwa, surowa zima jest w styczniu i lutym? Tak więc zimowe przejścia dróg letnich na Evereście wciąż czekają na wyczynowców, bo przyszłością w himalaizmie wyczynowym jest z pewnością wspinanie się najtrudniejszymi drogami w najtrudniejszych warunkach, czyli zimą. Wiem, że to nie łatwe, wymaga wszechstronnych uzdolnień i predyspozycji. Ale tak to już jest na tym świecie, że tylko dokonanie czegoś niecodziennego, nadzwyczajnego, sprawia nam satysfakcję i jest doceniane przez innych.

Chciałbym na koniec wspomnieć pewne wydarzenie związane z Everestem, choć miało ono miejsce w Europie, daleko od Himalajów. W 1993 roku zostałem zaproszony przez lorda Hunta do Londynu w związku z rocznicą zdobycia Everestu. Pierwszego wieczory w siedzibie Alpine Club w bardzo miłej, swobodnej atmosferze spotkałem się z uczestnikami wyprawy everestowskiej z 1953 roku. Nie było wśród nich nieżyjącego już Tenzinga. W spotkaniu brało też udział wielu sławnych himalaistów z całego świata. Następnego dnia na uroczystej sesji w Royal Geographical Society swoją obecnością zaszczyciła nas królowa Elżbieta II. Hunt wyświetlał slajdy i opowiadał z dumą o organizacji i przebiegu wyprawy sprzed 40 lat. Wtedy widziałem się z nim po raz ostatni. Zmarł pięć lat później, w 1998 roku. Everest nas połączył i powoli wszystkich nas przeżyje.