Cho Oyu

Poniższy tekst pochodzi z pracy magisterskiej Pani Marty Teper.

Lata 1984 – 1985

Polsko-Kanadyjska Wyprawa w Himalaje, w sezonie zimowym, zorganizowana przez Polskiego Związku Alpinizmu i Fédération Québécoise de la Montagne.

Cel: Cho Oyu (8153m.).

Skład ekipyAndrzej Zawada (kierownik), Maciej Berbeka, Eugeniusz Chrobak, Krzysztof Flaczyński (lekarz), Mirosław Gardzielewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jerzy Kukuczka, Maciej Pawlikowski; z Kanady: Martin Berkman, André Frapier, Jacques Olek (zastępca kierownika), Yves Téssier (lekarz). W Nepalu do wyprawy dołączyli: Chhetrapati Shrestha (oficer łącznikowy) i Szerpowie: Thukten Sherpa, Ang Dawa, Bal Bahadur i Mohit Syangbo Lama.

Osiągnięcia: pierwsze zimowe wejscie na Cho Oyu – M. Berbeka i M. Pawlikowski (12.II.1985), Z. A. Heinrich i J. Kukuczka (15.II.1985)

Organizacja tej polsko-kanadyjskiej wyprawy przebiegała wyjątkowo sprawnie. Zezwolenie wpłynęło 6 września 1984 roku, a cały bagaż odleciał do Nepalu w ostatnich dniach listopada. Było to możliwe dzięki międzynarodowej współpracy. Uczestnicy ze strony polskiej zostali wybrani centralnie. Zarząd PZA postawił jednak ostre warunki: każdy musiał mieć swój własny sprzęt osobisty i wspinaczkowy, a ponadto klub macierzysty musiał wpłacić za niego 350 000 zł. „…Na Cho Oyu był świetny zespół, wspaniali ludzie…” – wspominał później Zawada w Wywiadzie na szczycie.

17 grudnia wszyscy uczestnicy wyprawy znaleźli się w Kathmandu. Tu Jurek Kukuczka zwrócił się do Andrzeja Zawady, kierownika, z zaskakującą prośbą o umożliwienie mu wzięcia udziału w dwóch wyprawach jednocześnie, na Dhaulagiri i na Cho Oyu. „…Była to interesująca propozycja. Nowy rekord w alpinizmie, 2 ośmiotysięczniki zimą w jednym sezonie . Ale jednocześnie odejście Jurka mocno osłabiało nasz zespół i stwarzało moralny problem przygotowania ciężką pracą pozostałych, drogi dla „mistrza”. Zwołałem naradę i po burzliwej dyskusji, kto za, kto przeciw, wyraziłem zgodę na podjęcie tak ryzykownej dla wszystkich próby…”. Następnego dnia Jerzy Kukuczka pojechał dołączyć do wyprawy Adama Bilczewskiego na Dhaulagiri.

2 stycznia 1985 roku wszyscy znaleźli się w bazie w kotlinie Gyazumpa na wysokości 5200 m, na wzgórku pod moreną lodowca Lungsampa. Akcję górską rozpoczęto 4 stycznia. Tego dnia Berbeka i Pawlikowski założyli obóz I na Lodowcu Lungsampa, z dokładnym widokiem na Cho Oyu. Polacy postanowili poprowadzić drogę przez lodowo-skalny filar, rozdzielający południową i wschodnią ścianę. Jednak główny problem stanowiły dolne partie, gdyż cała ściana podcięta jest olbrzymim urwiskiem skalnym wysokości około 1200 m. Pewną możliwość przejścia dawał tylko z prawej strony tego muru, system lodowych żlebów, którym swoją drogę prowadzili w 1984 roku Jugosłowianie.

Już samo podejście z obozu I pod ścianę wymagało technicznej wspinaczki. Przewieszone seraki co parę dni waliły się niszcząc założone tu poręczówki. Dodatkowo akcję utrudniały śnieżyce i lawiny. Te trudności zaraz na początku drogi podzieliły zespół na dwie grupy. Jedna donosiła z bazy do obozu I sprzęt, druga, 6-osobowa wspinała się w ścianie. „ …Zaledwie 3 dwójki na taką ścianę w zimie! To cud, że nikt z nas nie zachorował, inaczej nie mielibyśmy żadnych szans na zwycięstwo…” 10 stycznia Berbeka i Pawlikowski przedostali się pod ścianę i w trudnym, eksponowanym terenie rozpięli pierwsze poręczówki , po czym wycofali się do bazy. „…Słuchając ich relacji nie mieliśmy wątpliwości, że decydujemy się na drogę o alpejskich trudnościach…” – powiedział później w relacji z wyprawy, kierownik, Andrzej Zawada.

Obóz II, u podstawy ściany, na wysokości 5700 metrów założyli Gardzielewski i Zawada. Z kolei trzeci zespół – Chrobak i Heinrich – forsował następne metry ściany, zjeżdżając na noc do obozu II. Ich akcje przerwał wypadek Heinricha , gdy spadający kamień uderzył go w nogę, co zmusiło go do zejścia do bazy. 29 stycznia do dalszej akcji wkroczyli Berbeka i Pawlikowski. Poręczowanie uskoku, pod który dotarł poprzedni zespół, zajęło im dwa dni. „…Jak się później okazało, uskok był najtrudniejszym miejscem na całej drodze…” Następnie do akcji włączyli się Chrobak z Gardzielewskim. Jeden dzień stracili na wyciąganie poręczówek spod śniegu, a następnego dnia, niosąc sprzęt na założenie obozu III, weszli na lodospady nad uskokiem. Po dwóch dniach wspinaczki dotarli tuż pod ostrze filara. Po kolejnym biwaku, nie mając już lin, ani haków, wrócili do bazy. 29 stycznia, pokonawszy ostatnie lodowe rynny, osiągnęli filar i tu na wysokości 6700 metrów założyli obóz III. W późniejszej relacji z wyprawy Zawada napisał: „…Czekaliśmy na to od założenia bazy prawie miesiąc. Mieliśmy za sobą co prawda zaledwie 1/3 ściany, ale za to najtrudniejszą. Powiało optymizmem…”

Powyżej wznosiła się 500-metrowa ściana lodowa przypominająca wyglądem organy. Poręczowały ją dwa zespoły: Chrobak i Gardzielewski oraz Berbeka i Pawlikowski. W tym czasie zespół Heinrich – Zawada transportował sprzęt biwakowy na wysokość 7000 metrów. Obóz IV stanął 8 lutego (7200 metrów). W tym dniu do bazy przybył Jerzy Kukuczka, który wraz z Andrzejem Czokiem 21 stycznia zdobył Dhaulagiri. Do końca zezwolenia pozostało zaledwie 7 dni. Po założeniu obozu IV Chrobak i Gardzielewski z powodu zmęczenia i braku lin do poręczowania zdecydowali się na odwrót. 10 lutego Berbeka i Pawlikowski zaporęczowali filar ponad obozem IV i na wysokości 7500 metrów założyli obóz V ( musieli tym samym zlikwidować obóz IV ). Do obozu II doszli w tym czasie Heinrich i Kukuczka.

12 lutego o godzinie 14.20 na szczycie stanęli Berbeka i Pawlikowski. Po nawiązaniu łączności z bazą, na pytanie Zawady czy na pewno są na szczycie, padła historyczna już odpowiedź: „…Nie wiem, nie wiem, ale wyżej już nie można!…” Następnego dnia przy zejściu ze szczytu spotkali oni podchodzący do obozu V drugi zespół szturmowy – Heinricha i Kukuczkę, którzy ze względu na to, że obóz IV został zlikwidowany, musieli biwakować zaledwie 60 metrów od obozu V. Po dotarciu do obozu V, Heinrich i Kukuczka cały dzień przeznaczyli na odpoczynek i dopiero następnego dnia, 15 lutego o godzinie 17.30, stanęli na szczycie. W zejściu musieli ponownie zabiwakować na wysokości 7700 m. Czwartego dnia od zdobycia szczytu, późną nocą, dotarli do bazy.

Wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Po raz pierwszy poprowadzono zimą nową drogę na ośmiotysięcznik. Mimo tego, co podkreślił Zawada w Wywiadzie na szczycie – „…Nikt praktycznie nie wspomina (…) o naszej wyprawie na Cho Oyu. Wiedzą o tym fachowcy, ale przeciętny wydawca już nic, a było to pierwsze zimowe wejście i do tego, sportową, wspaniałą drogą, przez ścianę, której nie dała rady taka sława, jak Meissner...”