Everest 1979-1980 – rozdział z pracy magisterskiej Marty Teper

Lata 1979 – 1980

Cel: Mount Everest (8848m.).

I Polska Wyprawa w Himalaje w sezonie zimowym, zorganizowana przez Polski Związek Alpinizmu.

Skład ekipy: Andrzej Zawada (kierownik), Józef Bakalarski (filmowiec), Leszek Cichy, Krzysztof Cielecki, Ryszard Dmoch (zastępca kierownika ds. organizacyjnych), Walenty Fiut, Ryszard Gajewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jan Holnicki-Szulc, Robert Janik (lekarz), Bogdan Jankowski, Stanisław Jaworski (filmowiec), Janusz Mączka, Aleksander Lwow, Kazimierz W. Olech, Maciej Pawlikowski, Marian Piekutowski, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki, Krzysztof Żurek. Ponadto w Nepalu do wyprawy dołączyli: Bishow Nath Regmi (oficer łącznikowy) oraz 5 Szerpów – Pemba Norbu Sherpa, Ningma Tensing, Pasang Norbu, Nawang Yenden i Indre.

Osiągnięcia: Pierwsze wejście zimowe na Mount Everest – Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki ( 17.II.1980)

…Nie wyobrażam sobie, jak można zimą wejść na Everest…” – powiedział Andrzejowi Zawadzie, Nowozelandczyk Sir Edmund Hillary, pierwszy człowiek który wraz z Tenzing Norgayem w 1953 zdobył Mount Everest. Była to wyprawa bezprecedensowa. Nikt wcześniej nie próbował zdobywać Everestu zimą. Polacy byli pionierami. Ogromną przeszkodą było zdobycie pozwolenia na atakowanie Everestu zimą. „ …Sprawą numer jeden było zdobycie zezwolenia – podkreślał Zawada – Przeciętnie na pozwolenie trzeba czekać około 4 lat, na dodatek wyłaniał się problem zupełnie nowy: uzyskanie zgody na okres zimowy. Rząd Nepalu do tej pory żadnych takich zezwoleń nie wydawał, a nasza wyprawa na Lhotse działała jako jesienna. Trzeba było rozpocząć specjalne starania. W tym celu w listopadzie 1977 roku poleciałem do Kathmandu...”.

Pozwolenie nadeszło bardzo późno bo 22 listopada, z ważnością od 1 grudnia 1979 roku, do końca lutego 1980. „…Podjąć się prowadzenia wyprawy w takiej sytuacji było właściwie szaleństwem – wspominał Zawada – …Ale z drugiej strony, jak zrezygnować z pierwszego w historii alpinizmu zezwolenia na atakowanie Everestu zimą ? Stałem wobec jednej z najtrudniejszych decyzji w moim życiu…”

Tylko szybki transport lotniczy mógł uratować wyprawę. 20 grudnia cały bagaż znalazł się w Nepalu. Tymczasem, już od 15.XII, kolejne grupy uczestników wyprawy odlatywały z niekompletnym jeszcze sprzętem z Kathmandu do Lukli, skąd karawaną tragarzy i jaków wyruszały do bazy pod Everest. Dopiero 4 stycznia znaleźli się w bazie wszyscy uczestnicy wyprawy i cały bagaż. Dodatkowo Ministerstwo Turystyki w Nepalu zwróciło się z prośbą, by akcję zdobywczą prowadzić tylko do 15 lutego, a pozostałe dwa tygodnie zezwolenia przeznaczyć na likwidowanie obozów. Na właściwą akcję górską pozostało więc zaledwie półtora miesiąca.

Jednocześnie z urządzaniem bazy, 5 stycznia przystąpiono do akcji na Ice Fall. Siedmioosobowa ekipa wyruszyła by oporęczować jego dolne partie, co niejednokrotnie było niszczone przez walące się bez przerwy bariery seraków.

Już 8 stycznia na początku Kotła Zachodniego założony został obóz I (6050 m.), a dwa dni później, 10 stycznia obóz II (6500 m.) w głębi Kotła, pod południowo-zachodnią ścianą Everestu. Tej początkowej, szybkiej akcji bardzo sprzyjały dobre warunki pogodowe. Kolejne dni zdominowała everestowska zima. Huraganowe porywy wiatru i niskie temperatury zaczęły niszczyć namioty i zahamowały działalność wspinaczkową. Wreszcie 15 stycznia kolejny zespół w składzie: Gajewski, Pawlikowski, Żurek założyli obóz III w ścianie Lhotse na wysokości 7150 metrów. Okazało się, że ze względu na lodowe warunki, konieczne będzie ubezpieczanie poręczówkami całej drogi do obozu III.

Kolejnym etapem miało być założenie na Przełęczy Południowej (ok.8000 m.), obozu IV, skąd zamierzano rozpocząć ataki szczytowe. Zdobywanie tego 850 m. odcinka okazało się jednak bardzo trudne i zajęło prawie miesiąc czasu. Cały zespół z nadzwyczajnym poświeceniem walczył o Przełęcz Południową. Jednak coraz więcej osób z powodu odmrożeń i wyczerpania nie było zdolnych do akcji powyżej obozu III. Najpoważniejszy wypadek przytrafił się K. Żurkowi, który zdmuchnięty przez wiatr podczas wspinaczki, spadł 20 metrów w dół do najbliższego haka. Wypadek ten nie pozwolił mu kontynuować wyprawy i zmusił do powrotu do kraju.

11 lutego wyruszył kolejny zespół: Cichy, Fiut, Holnicki i Wielicki. Po przekroczeniu progu Żółtych Skał podeszli pod spiętrzenie Żebra Genewczyków. Zaczynał się stąd eksponowany trawers wśród skał na grań. Mniej więcej w jego połowie wycofał się Holnicki, a pozostali około godziny 16.00 dotarli na Przełęcz. Leszek Cichy, który pomagał w transporcie sprzętu, jeszcze tego dnia wycofał się do obozu III. Tymczasem Wielicki z Fiutem spędzili ciężką noc w huraganowym wietrze i przy – 40° mrozie. „…Przez całą noc byliśmy w kontakcie radiowym z kolegami na Przełęczy – wspominał Zawada – Warunki w jakich znaleźli się, przeraziły wszystkich. Wyprawa znalazła się na zakręcie. Wniosek był przecież oczywisty – jeżeli trudno przetrwać choć jedną noc na Przełęczy, to jak myśleć o pokonaniu następnych 850 metrów, dzielących w pionie Przełęcz od szczytu Everestu…

Rano, 12 lutego, dwójka z Przełęczy wróciła do obozu III, a następnie Wielicki, który skarżył się na odmrożone nogi zszedł na noc do obozu II, a Fiut do bazy. 13 lutego do góry wyruszyli Zawada z Szafirskim. Wieczorem dotarli na Przełęcz. „…Był to dla mnie wielki wysiłek – wspominał Zawada – Nie podchodziłem jeszcze do obozu III i teraz bez odpowiedniej aklimatyzacji, musiałem wspiąć się z 6500 na 8000 metrów, a więc od razu 1500 metrów w pionie…” Na Przełęczy ustawili specjalny namiot, który zgodnie z gwarancją firmy, miał wytrzymać wiatr o prędkości 150 km na godzinę. Obóz czwarty był gotowy na zespoły szturmowe.

Andrzej Zawada w drodze powrotnej z Przełęczy zgubił drogę i zdecydował się na biwak. „…W pewnym momencie, kiedy Szafirski zjechał już z uskoku, nie mogłem znaleźć w zapadającym zmroku początku kolejnych lin poręczowych. W mroźnym powietrzu moja latarka szybko przestała świecić. Pod nogami miałem prawie 1000 metrów lodowej ściany, opadającej stromo do Kotła. Nie pozostało nic innego, jak wyrąbać w lodzie małą półeczkę i cierpliwie czekać do świtu. Nieprzewidziany biwak zimą, tego mi jeszcze brakowało! To chyba złość pozwoliła mi przetrwać cało w czterdziestostopniowym mrozie 8 godzin, zanim Cichy i Wielicki z poświęceniem dotarli do mnie z termosem i pomogli znaleźć nieszczęśliwe poręczówki. Jakże byłem im wdzięczny...”

Podczas tego zejścia Zawada doznał lekkich odmrożeń stopy prawej. Tak później mówił o tym zdarzeniu: „ …Wszyscy cieszyli się, że kierownik też nieinteligentny, bo zawsze podkreślałem, że tylko nieinteligentny alpinista się odmraża. Gdybym zdjął buty i założył skarpetki puchowe, to bym się nie odmroził, ale być bez butów w lodowej ścianie to wielkie ryzyko…”

Następnego dnia na Przełęcz dotarli Heinrich z Pasangiem. Nazajutrz, 15 lutego, podjęli oni atak szczytowy, lecz wycofali się z wysokości 8350 metrów. Na skutek interwencji kierownika udało się przedłużyć okres ataku o kolejne 2 dni. Rano, 16 lutego, na ostatni atak wyruszają z obozu III, Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. „ W oczach Zawady widziałem niepokój, obawę, może smutek – wspomina Krzysztof Wielicki – Chyba już nie wierzył w to, że się powiedzie. Trudno mu się dziwić…” Na Przełęcz, ze wspomaganiem tlenowym, dotarli po 5 godzinach. 17 lutego o 7 rano, zabierając ze sobą po jednej butli tlenowej, ruszyli do góry. Po długich oczekiwaniach w bazie o 14.25 rozległy się w radiotelefonie historyczne już dzisiaj słowa Leszka Cichego: „…Gdyby to nie był Everest, nigdy byśmy tu nie weszli…”. Andrzej Zawada tak wspominał tamto wydarzenie: „… Najpiękniejsza chwila w życiu. A potem znowu niepokój o ich powrót, o odmrożone nogi Krzyśka, o ich siły, gdy na południowym wierzchołku Everestu skończył im się tlen. Jeszcze jedna nerwowa noc, kiedy po meldunku Leszka, że jest w obozie IV, nie było wiadomości, czy dotarł tam również Krzysztof…”.

19 lutego w bazie odbywa się uroczysta kolacja. „…Każdy z nas miał prawo czuć się zwycięzcą, z nieobecnym Krzysztofem Żurkiem włącznie, bowiem wspólne działanie, wspólne opętanie ideą było podstawą ostatecznego zwycięstwa…”.

Uczestnicy wyprawy zimowej na Everest otrzymali setki depesz i listów z gratulacjami z całego świata. Jak podkreślał Andrzej Zawada, najbardziej cenili sobie list od Jana Pawła II:

W. Panowie

Andrzej Zawada i Uczestnicy Himalajskiej Wyprawy

Cieszę się i gratuluję sukcesu moim Rodakom, pierwszym zdobywcom najwyższego szczytu świata w historii zimowego himalaizmu.

Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim Uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia „królewskość” człowieka, jego zdolność poznawczą i wole panowania nad światem stworzonym.

Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka.

Na każdą wspinaczkę, także tę codzienną, z serca Wam błogosławię.

Jan Paweł pp II

Watykan, dnia 17 lutego 1980r.

Cień na sukces wyprawy rzuciła wypowiedź Reiholda Messnera, światowej sławy alpinisty, który zakwestionował zimowe wejście Polaków na Mount Everest, od strony formalnej. Później jednak wycofał się z tych zarzutów.