Everest 1980

Jeszcze podczas wyprawy na Lhotse w 1974 r. wypatrywaliśmy w ścianie Everestu – pisze Zawada – którędy można by poprowadzić nową drogę wprost z kotła zachodniego na szczyt… I choć droga wydawała się łatwa w dolnych partiach, spodziewaliśmy się większych trudności w kopule Everestu. I oto Polska dostała pozwolenie na Everest w pierwszej kolejności właśnie na termin wiosenny, a dopiero po pewnym czasie na Everest zimą. Choć wyprawa zimowa zakończyła się sukcesem, nie zrezygnowani z terminu wiosennego. W związku z tym pozostawiono obóz bazowy, którego postanowił pilnować Kazimierz Olech. Pobił tym samym rekord nieprzerwanego działania pod Everestem – 6 miesięcy.

Cały zespół liczył 15 osób, w tym 5 weteranów z zimowej wyprawy. Obok Polaków rozłożyli swe bazy Baskowie i Katalończycy. Gościli też Polacy sześcioosobowy rekonesans radziecki i czteroosobowy rekonesans bułgarski, tak, że oficer łącznikowy przygadywał: mister Zawada, pan założył tutaj filię Paktu Warszawskiego! Prócz tych „przyjaciół” bazę odwiedzały liczne turystki, pogoda i nastroje były wspaniałe: hiszpańskie winko i opalające się w bikini dziewczyny. Założony błyskawicznie obozy I, II i III powyżej kotła – 7200 m. Następnie obóz IV stanął na 8050 m. Wszystko wydawało się łatwe, kierownik Zawada oświadczył nawet, że tym razem wszyscy wejdą na szczyt.

Jakże tego później żałował. „Diabeł by nie wymyślił, skąd nadejdzie cios” pisze Zawada. Zdjęcia ze szczytu zimowego nie udały się i dowodem rozwiewającym wszelkie wątpliwości są rzeczy zaniesione na szczyt, a zniesione przez następnych zdobywców, a tu byliby znów Polacy! Wstrzymano akcję do czasu, aż wejdą Baskowie, a szło im bardzo opornie. Polacy czekali. W tym czasie zaczął padać śnieg. Powyżej 8000 m gromadził się w postaci suchego cukru i na oczach polskiej ekipy zeszła ogromna lawina z Lhotse porywając czwarty obóz Katalończyków, ich wyprawa załamała się. Szczęśliwie kolejny atak Basków udał się. Zabaleta i Szerpa Temba znaleźli na szczycie nasze wizytówki. Wreszcie nadszedł dzień wybrania zespołu szczytowego. „Wszyscy byli kandydatami” pisze Zawada „łącznie ze mną, w końcu byłem pod Everestem już trzeci raz”.

Wybrał najlepszych – Andrzeja Czoka i Jurka Kukuczkę. I nie pomylił się, choć byli początkującymi himalaistami. Atakowali szczyt z obozu V – 8300 m. W partiach szczytowych brnęli po pas w świeżym, osypującym się śniegu. Warunki okropne. Na szczycie byli o 16. W dół do obozu V dobrnęli o północy, to cud, że nie wyjechali z kolejną pyłową lawiną. Zabrali flagę Basków ETA – jest do dziś w zbiorach fundacji. W obozie III i IV czekały następne zespoły – a jednak Zawada wstrzymał dalszą akcję. „Nie dotrzymałem słowa, zwyciężyła chłodna kalkulacja kierownika narodowych wypraw. Wracałem z sukcesem i z poczuciem winy, że zawiodłem kolegów.” Lecz najważniejsze były dwie udane wyprawy bez wypadku.

Przeczytaj: Everest 1980 – rozdział z pracy magisterskiej Marty Teper.