Kunyang Chhish – rozdział z pracy magisterskiej Marty Teper

Rok 1971 – I Polska Wyprawa w Karakorum, zorganizowana przez Zarząd Główny Klubu Wysokogórskiego.

Cel: Kunyang Chhish (7852m.).

Skład ekipy: Andrzej Zawada (kierownik), Eugeniusz Chrobak, Krzysztof Cielecki, Jan Franczuk, Andrzej Galiński (filmowiec), Zygmunt Andrzej Heinrich, Bogdan Jankowski, Andrzej Kuś, Jerzy Michalski, Jacek Poręba, Jan Stryczyński, Ryszard Szafirski, Stanisław Zierhoffer (zastępca kierownika).

Osiągnięcia: pierwsze wejście na Kunyang Chhish –Z. A. Heinrich, J. Stryczyński, R. Szafirski,
A. Zawada. (26.VIII.1971). Na wyprawie zginął Jan Franczuk.

Polacy przygotowywali się do tej pierwszej wyprawy w Karakorum bardzo długo. Poprzedziła ją wyprawa rekonesansowa na Malubiting. Specjalnie dla wyprawy opracowano nowe modele sprzętu, wśród nich po raz pierwszy polską aparaturę tlenową.

Bagaż przewieziono do Pakistanu samochodem, uczestnicy przylecieli samolotem. 21.VI. 1971 ekspedycja dotarła do Nagaru. Tutaj zespół podzielił się na dwie części grupy. Pierwsza miała za zadanie przeprowadzić rekonesans wokół góry, druga prowadzić karawanę złożoną ze 170 tragarzy. Ostatecznie karawanę skierowano na lodowiec Pumorikish, gdzie 2 lipca na jego bocznej morenie stanęła baza na wysokości 4400 m. Atak miał być prowadzony granią południową, podobnie jak w przypadku wypraw angielsko-pakistańskiej w 1962 roku i japońskiej w 1965 roku, jednak Polacy podczas rekonesansu wypatrzyli możliwość znacznego skrócenia drogi przez wejście na grań przez tzw. Ice Cake (6500 m.). „…To był taki Eiger, bardzo lawiniasta ściana, przejście jej wymagało specjalnej metody.”. Ścianę tę trzeba było pokonywać w godzinach popołudniowych i nocą, kiedy nie była wystawiona na ekspozycję słoneczną.

7 lipca wyruszyli z bazy Chrobak, Heinrich, Szafirski i Zawada zabierając ze sobą cały sprzęt potrzebny do założenia obozu I. Wejście na Ice Cake poprowadzono jego południową, skalno-lodową ścianą liczącą około 1600 metrów, zakładając obóz I na wysokości 5900 m. Jak podkreślał Andrzej Zawada w relacji z wyprawy – „… Wszyscy uczestnicy wyprawy wielokrotnie przechodzili ścianę Ice Cake, ofiarnie transportując dziesiątki kilogramów sprzętu. Był to największy wkład całej ekipy we wspólne zwycięstwo…

Obóz I dzieliło od szczytu Ice Cake 600 metrów w pionie. 24 lipca udało się założyć na grani południowej obóz II, dokładnie w miejscu, gdzie Japończycy mieli swój obóz VI.

Następnie po trzydniowym forsowaniu eksponowanego odcinka grani przez kolejne zespoły, 27 lipca, stanął obóz III. Tu, następnego dnia, zdarzył się tragiczny wypadek. W szczelinie lodowej opodal namiotu poniósł śmierć najmłodszy z uczestników wyprawy, Jan Franczuk. „…Konsekwencje tego wypadku były poważne – mówił Zawada w Wywiadzie na szczycie – …Uczestnicy wyprawy przeżyli to mocno. W bazie odbyła się dramatyczna dyskusja, czy po śmierci kolegi możemy w ogóle kontynuować wyprawę…”Ciało Jana Franczuka pochowano w lodowej szczelinie koło obozu III, a na granitowym kamieniu obok bazy wykuto pamiątkowy napis.

Mimo kryzysu w jakim znalazła się wyprawa, postanowiono dalej zdobywać górę. Kolejnym problemem było założenie obozu IV na przełęczy pod ostrym szczytem, nazywanym przez Polaków „Ostrą Turnią”. Zespół w składzie : Heinrich, Stryczyński, Szafirski i Zawada wyruszył 7 sierpnia z obozu III. Byli już wysoko, kiedy około czwartej nad ranem pogoda gwałtownie się załamała. Dwa szturmowe namioty ustawili więc na małej lodowej półce w ścianie pod przełęczą. Trzy dni przeczekiwali burzę śnieżną. Czwartego dnia zdecydowali się na odwrót. Dwa dni później wszyscy byli z powrotem w bazie.

Dwa tygodnie trwało załamanie pogody, kończył się okres objęty zezwoleniem, malała nadzieja na zdobycie góry. „…Trudno uwierzyć w to, że od czterech czy pięciu dni dobrej pogody będą zależeć losy całej wyprawy – mówił Zawada – … że jeśli ich zabraknie, może pójść na marne ogromny wysiłek włożony w jej przygotowanie, długie lata zabiegów i starań, nie tylko moich ale i wielu innych ludzi dobrej woli, którzy uwierzyli, że Polskę stać na zaatakowanie i zdobycie jednego z największych szczytów górskich świata…” Wreszcie, 22 sierpnia radiowy komunikat meteorologiczny nadawany dla polskiej wyprawy, zapowiedział trzy lub cztery dni pogody. Zapadła decyzja o błyskawicznym ataku.

W dwóch grupach wyruszono do obozu II. Stąd zespół szturmowy – Heinrich, Stryczyński, Szafirski i Zawada – poszedł wprost do obozu IV, skąd 25 sierpnia rozpoczęto atak szczytowy. „… Atak szczytowy przedłużył się nam aż do nocy – wspominał Zawada – bo po drodze spotkaliśmy skalne fragmenty, które zabrały nam dużo czasu. Trzeba było robić wahadła linowe. Pogodę mięliśmy dobrą i można było iść aż na wierzchołek, ale chłopcy powiedzieli <Jak to , nie będziemy mieli nawet zdjęć ze szczytu ?>…”  Przeczekali noc na wysokości 7800 metrów bez śpiworów i tlenu. 26 sierpnia o ósmej rano stanęli na szczycie. „…Halo, baza. Halo baza. Halo obóz II. Jesteśmy na szczycie Kunyang Chhisa. Jesteśmy na szczycie Kunyang Chhisa. Rekord Polski! Odbiór…” Zygmunt A. Heinrich tak opisał tamten moment: „…Chwila oszołomienia. Czuje się tak, jakbym stracił równowagę. (…) Ściskamy się długo, dziękując sobie wzajemnie. Do oczu cisną się łzy (…) Myślami jesteśmy przy Jasiu Franczuku, któremu zadedykowaliśmy to wejście…

Po dwóch godzinach spędzonych na szczycie rozpoczęli zejście. Na drugi dzień dotarli do obozu III, gdzie czekała na nich grupa wspierająca – Cielecki, Kuś i Jankowski. Stamtąd razem wrócili do bazy, likwidując po drodze obozy.

Jak podaje Józef Nyka w artykule, Sezon, jakiego dotąd nie było– „…11 listopada 1971 roku w salach Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki odbyła się podniosła uroczystość. Przewodniczący Włodzimierz Reczek udekorował uczestników wyprawy na Kunyang Chhish najwyższymi odznaczeniami sportowymi – Złotymi Medalami za Wybitne Osiągnięcia Sportowe…”

Andrzej Zawada zapytany w 1997 roku o trudności techniczne wspinaczki na Kunyang Chhish, powiedział: „…Wie pan, wtedy wydawało mi się to wszystko nie takie trudne, ale człowiek był młody, bardzo sprawny. Porównując Kunyanga z innymi moimi przejściami muszę jednak stwierdzić, że były tam wyjątkowe trudności i pokonanie ich wymagało skrajnego wysiłku...”