Zawada Maria Andrzej

(pierwszego imienia nie używał)
urodził się 16 lipca 1928 roku w Olsztynie.

Był synem Filipa i Eleonory z Czarnieckich. Jego dziadek, Tomasz Rawicz-Zawada, brał udział w Powstaniu Styczniowym w 1863 roku. Andrzej Zawada, mówił:

„…Zawsze pociągało mnie ryzyko, pewnie mam to po dziadku Tomaszu. Jako dziewiętnastoletni gimnazjalista dowiedział się, że w zaborze rosyjskim wybuchło powstanie. Ze Lwowa przekradł się przez granice i dzielnie walczył o niepodległość Polski…

W młodości

Gdy na fotografiach, w opowieściach matki i dziadka poznajesz rodzinne historie, pełne bohaterskich, patriotycznych czynów, zdajesz sobie sprawę, że Twoje życie nie może być zwykłe. Musi stać się wyjątkowe.

„Człowiek musi posiadać wielkie idee, by miał zapał do działania i był pełnowartościowy. Dlatego postanowiłem teraz w tym, co robię, dążyć do tego, by być w tym czymś najlepszym ze wszystkich”

- notował na początku lat pięćdziesiątych Andrzej Zawada. I chociaż brzmi to nieprawdopodobnie, od samego początku, od momentu gdy wziął w ręce własne życie, był przekonany, że będzie wyjątkowe.

Andrzej Zawada ojca nie pamiętał, zmarł w 1931 roku, pozostawiając trzylatka i 2 lat starszą Jadwigę pod opieką matki, Eleonory i dziadka Tomasza. Ten ostatni, powstaniec styczniowy zaszczepił w młodym Andrzeju tak miłość do ojczyzny jak i dumę z pamięci przodków. Zawada powie później, że wprawdzie chciał - jak ojciec, konsul - realizować się w dyplomacji, ale bliższa mu była energia życiowa dziadka.

Jego fantazja i tendencje do przekraczania granic. Także tych - z pozoru - niewidocznych.

Pierwszą granicę przekroczył już w 1959 roku. Miał 31 lat i poprowadził wraz z piątką klubowych kolegów pierwsze, zimowe przejście Głównej Grani Tatr. Przejście na wpół legalne, z punktu widzenia ówczesnego taternictwa ważne, bo grań nazywana “ostatnim, świętym Graalem Tatr” spędzała wielu taternikom sen z oczu. Przekroczenie tej granicy narastało w Zawadzie. Może nie od razu, bo gdy po śmierci ojca osiadł z rodziną w Rabce, a potem, tuż po wojnie w Przesiece niedaleko Jeleniej Góry, górskie wspinaczki nie były mu w głowie. Były za to tańce i wieczorki z Chopinem, deklamacją wierszy polskich poetów. Obracał się głównie w kobiecym towarzystwie, odsuwając górskie plany na bliżej nieokreślony czas i przestrzeń. Później wspominał, że wciąż pamięta smak wina, gdy w 1947 roku zdał maturę, a matka zorganizowała potańcówkę dla koleżanek i kolegów z klasy. I moment gdy wyjechał do Wrocławia studiować fizykę na tamtejszym uniwersytecie. Ten moment był początkiem zmian w jego życiu.

W Tatrach

W Jeleniej Górze młody Zawada oglądał szybowników. Patrzył, jak kręcą ósemki po zboczach, wykręcając się coraz wyżej i wyżej. Nawet na dziesięć kilometrów do góry! Wyżej niż Everest. Spodobało mu się. Pewnie dlatego, gdy po dwóch latach studiów, za namową Romana Teisseyre, przeniósł się na Uniwersytet Warszawski, na fizykę, zapisał się do aeroklubu. Skakał ze spadochronem, latał. Uwielbiał adrenalinę. A potem, uczelniana koleżanka, Elżbieta Kowalska zaproponowała mu wyjazd w Tatry. Było lato 1950 roku, to miał być pierwszy raz, gdy dotknie tatrzańskiego granitu. Pojechali w trójkę, z Romanem Teisseyre.

„Moja pierwsza noc w schronisku górskim…”

- zapisał w dzienniku.

Zawada poszedł za ciosem, tego samego roku zapisał do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Na kurs tatrzański pojechał w lipcu 1951 roku, szkolił go Stanisław “Mojżesz” Groński, Jan Długosz, Jan Strzelecki, Karol Jakubowski, Andrzej Ziemilski. Przewspinał dość łatwe, kursowe drogi. Ale to wystarczyło, wykazał się, został członkiem - kandydatem Klubu Wysokogórskiego, wprowadzał go sam Wawrzyniec Żuławski. Powoli wchodził w elitarne środowisko taterników, pełen inteligentów, naukowców, intelektualistów. Zawstydzali go. Zawada w tym czasie niezbyt wietrzył w siebie, w swoje możliwości. Ideologicznie błądził, fascynując się początkowymi, wizerunkowymi sukcesami nowego, powojennego ustroju. Koledzy z kluby szybko mieli wybić mu z głowy socjalistyczne idee.

Na dodatek taternictwo wcale nie było miłością od pierwszego wejrzenia, nie wsiąkł od razu, wahał się, niespokojna dusza kazała mu wciąż poszukiwać.

“Co właściwie się zmieniło od czasu jak rok temu pojechałem w góry - i wiele i nic.”

- notował w dzienniku.

W październiku 1953 roku, w czasie jednego z cotygodniowych spotkań “U Fukiera”, Zawada poznał Annę Milewską, młodą, piękną taterniczkę, absolwentkę historii sztuki. Anna zakochała się od razu. Zawada, który wciąż pamiętając swój poprzedni, nieudany związek, miał opory. Mimo to zaczęli się spotykać. To był dla niego trudny czas. Wprawdzie został asystentem profesora Edwarda Stenza w Zakładzie Geofizyki Uniwersytetu Warszawskiego, ale na studiach mu nie szło. Po trzech latach nauki porzucił uczelnię. Po śmierci Stenza w 1956 roku został pracownikiem technicznym w Zakładu Geofizyki Polskiej Akademii Nauk. Pomocną dłoń podał Zawadzie Roman Teisseyre, który zdążył ukończyć studia zajął się rozwojem geofizyki w Polskiej Akademii Nauk. W 1956 roku zaproponował mu udział w wyprawie do Wietnamu - w ramach Międzynarodowego Roku Geofizycznego (MRG). Ten z miejsca przyjął propozycję, była manną z nieba na minione niepowodzenia - zawalone studia i faktyczny koniec szans na karierę naukową. Cóż, fizyka teoretyczna okazała się zbyt wymagająca. Geofizyka dawała szansę na coś zupełnie nowego, dawała szanse na prace i podróże.

Wietnam zabrał mu ponad rok. Wrócił opalony, z setkami metrów naświetlonych filmów. W kinie, na wielkim ekranie oglądali z Anną Kronikę Filmową prezentującą nagrania z wyprawy. Anna była dumna z Andrzeja. Wrócił w Tatry, wspinał się i przyglądał, jak klubowi koledzy szykują się na wyjazd w Alpy. Marzył o nich, ale znów wybrał inną drogę. Sukces filmów z Wietnamu sprawił, że Zawada dostał propozycję nie do odrzucenia. Miał pomagać kręcić film na Spitsbergenie!

„Znów stanąłem przed trudnym wyborem - Alpy czy Spitsbergen? Nie powiem, że wybór Spitsbergenu podyktowany został tylko dobrymi zarobkami, byłbym jednak hipokrytą, utrzymując, że to nie miało znaczenia” - tłumaczył po latach w wywiadzie

Pojechał w czerwcu 1958 roku - ponownie w ramach MRG - kręcił więc i wspinał się z Ryszardem Schrammem. Ten opowiadał mu o letnim, pierwszym w historii przejściu Głównej Grani Tatr z 1955 roku. Gdy Zawada wrócił do Polski miał już plan.

Przejście zimą Głównej Grani Tatr w 1959 roku nie wywołało wielkiej rewolucji w życiu Andrzeja Zawady. Taternicy szykowali się na wyjazd w Hindukusz, na Noszak, ale jemu udziału w wyprawie nie zaproponowali. Na dodatek, gdzieś w tle czaiła się odważna inicjatywa Klubu Wysokogórskiego - wyjazd w Himalaje, na dziewiczy Dhaulagiri, ze Szwajcarami no i w Andy. Potrzebowali najlepszych, a Zawada do nich nie należał - mimo spektakularnego wyczynu w Tatrach, nie miał żadnego doświadczenia alpejskiego. Gdy w końcu, w 1960 roku ruszył z kolegami w Alpy Szwajcarskie zawiodła pogoda. Wyprawa okazała się przygodą krajoznawczą, ale nie wspinaczkową. Tymczasem zaoszczędzone z zagranicznych diet pieniądze i część środków ze sprzedaży rodzinnej „Filipinki” w Rabce przeznaczył na zakup mieszkania. Na Saskiej Kępie w Warszawie rósł blok, Zawada doglądał budowy. W międzyczasie jeździł po Polsce, z ramienia Zakładu Geofizyki PAN wyszukiwał miejsc do instalacji geofizycznych urządzeń pomiarowych, wspinał się w Tatrach - zimą i latem. Na początku 1963 roku poprosił Annę Milewską o rękę. Ślub wzięli 28 września 1963 roku w pałacu Branickich przy Nowym Świecie w Warszawie. Skromny, dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Zamieszkali przy ulicy Francuskiej.

- Wpadł w sidła mieszczańskiej, “małej stabilizacji”, a przecież zawsze z niej kpił - wspomina ze śmiechem Anna, która po ukończeniu historii sztuki rozpoczęła studia aktorskie w Krakowie. W tym czasie grała już w Teatrze Ziemi Mazowieckiej, powoli pięła się po aktorskiej drabinie.

Przez Mont Blanc de Courmayer na Szczyt Mont Blanc (fot. Archiwum Fundacji Andrzeja Zawady).

Upór Zawady, wspinaczki w Tatrach, gdzie z czasem zaczął prowadzić obozy jako instruktor dały efekt. W 1965 roku pojechał na pierwszą, alpejską wyprawę. I z miejsca osiągnął wielki sukces. W czteroosobowym zespole powtórzyli drogi Bonatti - Gobbi na Wielkim Filarze Narożnym.

- „Tylko Bonatii i Polacy” - pisał magazyn „Światowid”, zaś Radio Paryż nadało wiadomość, że czwórka Polaków dokonała najpoważniejszego osiągnięcia tegorocznego sezonu w Alpach.

„Może nasze dość rozreklamowane wejście albo szczegółowy opis drogi przyczyniły się do zainteresowania filarem, bo stopniowo droga Bonattiego zaczęła mieć coraz więcej przejść.” - wspominał po latach.

Alpy utarły nosa Zawadzie trzy lata później, gdy zimą 1968 roku zasadził się na zimową próbę na Filarze Narożnym. Nie było szans, na pocieszenie udała się inna próba na Aiguille Blanche de Peutérey, północną, dziewiczą zimą ścianą.

- “Czterech polskich alpinistów dokonało jednego z największych wejść zimowych, jakie zostały jeszcze do zrobienia w masywie Mont Blanc” - pisała francuski dziennik Le Dauphiné Libéré. Tuż za rogiem alpejskich sukcesów czaiła się propozycja, która miała zmienić nie tylko życie Andrzeja Zawady, ale i losy polskiego alpinizmu.

Ślub z Anną Milewską

Dziś, historia powrotu Zawady z Francji w 1968 roku i lawiny zdarzeń, które ów powrót wywołał, brzmi niewinnie, ale wtedy nikomu nie było do śmiechu. W Paryżu Zawada kupił samochód - Simca Aronde była jego marzeniem. Wracał z kolegą, Maciejem Kozłowskim i zapewne nic by się nie stało, gdyby nie zaangażowanie Kozłowskiego w przemyt „Kultury Paryskiej” do Polski, kontrola graniczna i późniejsze rewizje w m.in. w domu Zawadów. Tak zwana „sprawa taterników” zataczała szerokie kręgi, Zawada nieświadomie stał się częścią dochodzenia służb bezpieczeństwa. W efekcie zabrano mu paszport, rosła obawa, że nie pojedzie na planowaną na 1971 rok pierwszą, powojenną wyprawę w góry najwyższe, na Kunyang Chhish 7852 m n.p.m. leżący w Karakorum Bo to właśnie Zawada dostał propozycję z Klubu Wysokogórskiego, by wyprawę zorganizować i poprowadzić. Organizacyjne doświadczenia z czasów Międzynarodowego Roku Geofizycznego w końcu zapunktowały. Podobnie jak przebojowość Zawady i łut szczęścia - lubili się z Andrzejem Paczkowski, ówczesnym szefem Komisji Sportowej KW. Zadanie miał niełatwe: skompletować skład wyprawy, zorganizować rekonesans w Karakorum (jechać mieli na dziewiczym Malubitingu 7458 m n.p.m.) i w końcu poprowadzić właściwą wyprawę. Na Malubiting nie pojechał, za to dotarł w Pamir i Pamiro-Ałaj, gdzie sprawdzał tak samo własne możliwości adaptacji do dużych wysokości jak i potencjalnych kandydatów na wyjazd w Karakorum - m.in. Wandę Rutkiewicz i Halinę Krüger.

Na Kunyang Chhish pojechali w maju 1971 roku, w całkowicie męskim składzie. Góra wprawdzie poddała się, ale zażądała najwyższej ceny - śmierć poniósł Jan Franczuk.

„Mieliśmy przed sobą wspólny cel: zdobyć jeden z dwu najwyższych, niepokonanych dotąd przez człowieka szczytów świata. To było zadanie najważniejsze, dla jego realizacji gotowi byliśmy poświęcić wiele. Zwycięstwo nie przyszło nam łatwo i okupione zostało największą ofiarą: życiem jednego z nas.” - pisał po wyprawie.

Nowy, polski rekord wysokości miał się okazać dla Zawady wspinaczkową trampoliną. Wówczas nie było jeszcze jasne, dokąd go ten skok zaprowadzi.

Podczas wyprawy na Noszak

Do polskiego zdobywania afgańskiego Hindukuszu Andrzej Zawada miał stosunek dość krytyczny, o górach mówił, że to „bałuchy”, a wyprawy nazywał „turystycznymi”. Po części wynikało to z faktu, że bardzo przeżył wyprawę Bolesława Chwaścińskiego z 1960 roku na Noszak. Chciał jechać, ale go nie wytypowano. Tak samo jak na wyjazd w Alpy nie miał szans na góry wysokie. Hindukusz krytykował, mimo, że Polacy co rusz organizowali klubowe wyjazdy w te góry - w końcu były dość tanie i organizacyjnie łatwe. I w całej tej swojej krytyce, w `1973 roku dostał propozycję dołączenia do zimowej wyprawy... w afgański Hindukusz.

Pomysłodawcą był Benon Czechowski z KW Warszawa, ale inicjatywę by zaatakować szczyt najwyższy - Noszak - podniósł sam Zawada. Była odważna. Wprawdzie zimowa wspinaczka w Alpach święciła triumfy już od lat, ale bariera siedmiu tysięcy metrów, zimą, wydawała się nie do ogarnięcia. W końcu nie kto inny a Edmund Hillary, pierwszy zdobywca Everestu twierdził, że to niemożliwe. Pomysł i potencjalny sukces był jednak na tyle kuszący, że pojechali. I zdobyli - osiągnęli zimowy rekord wysokości, na szczycie stanął Zawada i Tadeusz Piotrowski. Jak później twierdził sam Zawada, wyprawa była dla niego impulsem, by mierzyć się z górami najwyższymi właśnie zimą.

„Wspinanie zimą sprawia mi największą satysfakcję, dlatego właśnie, że podnosi skalę trudności, że wymaga od alpinisty tak wiele. Jest kolejnym stopniem w sprawdzaniu ludzkich możliwości. Wydaje mi się, że tu leży przyszłość wyczynowego himalaizmu. – Robić najtrudniejsze drogi, w najtrudniejszych warunkach!” - pisał po latach.

Przed szczytem Noszaka

Po powrocie do Polski wziął się do pisania, chciał wydać książkę o Noszaku. Powstał już tytuł „Noszak - 50 st C”, znalazł się wydawca, a Zawada mozolnie zapisywał kartki. A raczej dyktował Annie, bo do pisania nie miał cierpliwości. Nie miał też głowy, bo tuż po powrocie z Noszaka zamarzyło mu się K2.

Z Sir Edmundem Hillarym

O K2 myślał już w chwili gdy schodzili z Kunyanga w 1971 roku. Strzelista piramida wbijała się w niebo. Dumni z sukcesu marzyli o próbie na najwyższym szczycie Karakorum, pisali podania. A Pakistańczycy zwlekali, cała ta papierowa biurokracja trwała wieczność, dlatego Klub Wysokogórski zwrócił się do władz Nepalu o pozwolenie wejścia na któryś z ośmiotysięczników. Padło na Lhotse, K2 zarzucono. Zawadę namaszczono kierownikiem narodowej wyprawy, która miała wyruszyć jesienią 1974 roku.

Już wtedy, po słynnym artykule Jerzego Warteresiewicza w Taterniku, polscy alpiniści ukuli trzy pomysły na to by w chwale wpisać się w historię światowego wspinania. Gdy w 1965 roku Chińczycy zdobyli ostatni z czternastki najwyższych ośmiotysięczników, Polacy nie załamali się, postanowili, że będą zdobywać ośmiotysięczne szczyty boczna, i dziewicze siedmiotysięczniki. Z czasem dojdzie pomysł wchodzenia na główne ośmiotysięczniki nowymi drogami i w końcu zimowe wspinanie. Jadąc na Lhotse Zawada miał trzy pomysły: zdobyć dziewiczy Lhotse Middle 8410 m n.p.m, „wprowadzić” na szczyt młodą alpinistkę, Annę Okopińską i tym samym pobić kobiecy rekord wysokości i...wejść na Everest. Najlepiej zimą.

Ale póki co sen z oczy spędzało mu wyposażenie wyprawy. Większość sprzętu, podobnie jak w wyprawie na Kunyang, trzeba było wyprodukować.

„Jak śmieszne wydały mi się kłopoty kierownika francuskiej wyprawy na zachodni filar Makalu w 1971 roku, kiedy wspominał, że nie może się zdecydować, w której firmie zamówić sprzęt. Och, żeby w Polsce był chociaż jeden sklep alpinistyczny”

- żalił się Zawada i z pełnym zaangażowaniem uczestniczył w produkcji butów, namiotów, puchowych kurtek, skafandrów, rękawiczek...

“Na wszystkich tych wyrobach prosiliśmy o napis made in Poland, żeby się było czym chwalić”

- pisał później. I mimo, że wyprawa okazała się tak samo nieudana jak i nieszczęśliwa - w dość osobliwych okolicznościach zginął członek ekipy filmowej, Stanisław Latałło - Zawada ogłosił sukces: jako pierwszym ludziom, w zespole z Andrzejem „Zygą” Heinrichem, udało im się pokonać barierę ośmiu tysięcy metrów zimą. Ale tuż po odwrocie wcale nie było mu do śmiechu.

“Była to dla mnie największa tragedia. Będąc 250 metrów od szczytu, walcząc tyle tygodni o Lhotse musiałem nagle zrezygnować i wrócić na dół”

- zwierzał się w filmie z wyprawy. Wracając z Lhotse miał w głowie konkretny, bardzo odważny plan.

Gdy Andrzej Zawada stał, skupiony, za sterami „Monsuna”, niewielkiej, ale szybkiej motorówki, a wiatr czesał mu włosy na gładko, wyglądał wręcz pomnikowo. Jedynie Anna była w stanie zrozumieć to, co czuł w takich chwilach. Zawada lubił adrenalinę, potrzebował wrażeń. Wodując swój nowy nabytek na Zalewie Zegrzyńskim, a potem mazurskich Sekstach lubił pędzić z pełną mocą silnika. Wodniakiem postanowił zostać w 1975 roku, gdy z Anną wrócili ze Słowenii, znad Adriatyku. Leżeli tam na plaży, trochę pływali - pontonem - a Zawada przyglądał się mknącym motorówkom.

W 1975 roku Andrzej Zawada wyjechał do Wielkiej Brytanii, odwiedził tamtejszych wspinaczy - wspinali się w walijskiej Snowdonii. Gdy rok później przyjechali z rewizytą, odwiedzili Tatry, narodził się pomysł by w 1977 roku pojechać w Hindukusz. W towarzystwie m.in. Wojciecha Kurtyki, Alexa MacIntyre’a i Johna Portera Zawada miał posmakować czegoś nowego. Na północną ścianę Kohe Mandaras wspinał się z Terrym Kingiem, w czystym stylu alpejskim. Tysiąc sześćset metrów, pięć dni w ścianie, Miał już prawie pięćdziesiąt lat ale pierwszy raz przeżył takie, górskie wyzwanie. Po powrocie komentował, opisując ducha nowych, wspinaczkowych czasów.

„Została przesunięta bariera ludzkich możliwości, rozpoczęło się wspinanie w stylu alpejskim bardzo trudnymi ścianami na szczyty o dwa do dwóch i pół tysięcy metrów wyższe niż Mont Blanc. Musimy sobie od razu powiedzieć, że nie wszystkich będzie na to stać, ale tak już jest, że podniesienie skali trudności zwiększa wymagania.”

A potem wrócił w wir przygotowań do kolejnej, chyba najważniejszej wyprawy w całej swojej karierze.

Tej wyprawy mogło nie być, ba - miało nie być. Na dodatek nikt wcześniej nie próbował podjąć takiego wyzwania. Dlatego Nepalczycy mówili zimie w Himalajach zdecydowane nie. Ale po doświadczeniach na Noszaku i Lhotse, w ogniu wciąż trwającej walki o pozwolenie na K2, Zawada zawziął się i wspólnym frontem z polską dyplomacją w Kathmandu starał się przekonać, że otwarcie trzeciego sezonu w górach najwyższych to tak samo szansa dla himalaistów jak i dodatkowe profity dla Nepalu. Grał grubo - z jednej strony chciał pozwolenia na nową drogę na Mt. Evereście, filarem południowym, z drugiej pozwolenie na zimę. W apogeum społecznych niepokojów w Polsce końca lat siedemdziesiątych selekcjonował tych, którzy mieli pojechać i zmierzyć się z Górą Gór. Chciał inaczej, nie jak Wanda Rutkiewicz w 1978 roku - drogą normalną, jako jeden z trybików w międzynarodowej wyprawie. Chciał całkowicie polskiej wyprawy i polskiej flagi na wierzchołku. Zaproszenie na wyprawę wysłał do czterdziestu alpinistów! A potem złapał się za głowę. Zaskoczyła go klęska urodzaju.

Zimowy Everest - z Anną w bazie

„Posypało się jak z worka Świętego Mikołaja!”

- wspominał Zawada. Bo przyszło pozwolenie i na K2 i na Everest nową drogą, zaś jesienią 1979 roku wymarzone pozwolenie na zimową próbę. O tym, co działo się później, każdy z uczestników wyprawy chciałby zapomnieć. Pęd organizacyjny, chaos, produkcja sprzętu, odzieży, organizacja żywności, w końcu pierwsze w historii polskiego himalaizmu, lotnicze cargo, które miało transportować dziesiątki ton wyposażenia do Nepalu. Wszystko na już, na wczoraj. A potem przez ponad czterdzieści dni walczyli jak lwy, za bary wzięli się z nieznanym i „gdyby to nie był Everest” to zapewne Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki nie stanęliby na wierzchołku. 17 lutego 1980 roku miał się zapisać złotymi zgłoskami. Pierwszy raz w historii człowiek postawił zimą nogę na ośmiotysięczniku, na dodatek od razu najwyższym.

A potem, 19 maja Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka powtórzyli sukces - położyli nową, polską drogę. Zawada był w siódmym niebie „Czego się nie dotknie to mu wychodzi” - pisały gazety. A ten czuł obawę, że wyczyn Polaków zostanie potraktowany niczym sztuka cyrkowa, że zimowa wspinaczka w górach najwyższych się nie przyjmie, że za polskimi himalaistami nie pójdą inni. Poszli, już w grudniu 1980 roku ruszyła wyprawa japońska. W sumie aż sześć wypraw postanowiło atakować zimą ośmiotysięczniki!

”Jeszcze trwała nasza wyprawa, kiedy inni składali podania o zimowe zezwolenia. Zaraz następnej zimy, w sezonie 1980/1981, dwie silne ekspedycje zaatakowały Everest: Japończycy pod wodzą sławnego Uemury chcieli powtórzyć nasze wejście drogą klasyczną, a Anglicy kierowani przez A. Rouse’a – wejść granią zachodnią, drogą Jugosłowian. Wtedy potwierdziły się jeszcze raz trudności zimowych warunków. Japończycy nie osiągnęli Przełęczy Południowej, a Anglicy ze swoimi obozami nie przekroczyli nawet 7000 m n.p.m. Nasze wejście nabrało tym samym dodatkowej wartości” - pisał po wyprawie.

Do Nepalu Zawada zabrał Annę, chciał jej pokazać zimowe Himalaje. Potrzebował, aby i najbliższa mu osoba zrozumiała jego zimową pasję.

Alek Lwow Zobacz nagranie video

Przez cały rok 1980 i 1981 Zawada odcinał kupony od zimowego sukcesu. Jeździł z odczytami, pokazywał zdjęcia i snuł plany. Wprawdzie przyznane pozwolenie na K2 przepadło, ale wejście na drugą górę świata - nawet nową drogą - nie było już dla niego jakimś szczególnym marzeniem. Himalajska zima całkowicie zajęła mu myśli. Niespodziewany wyjazd na odczyt do Kanady w 1981 roku i spotkanie z Jacques Olekiem, polonusem z Montrealu, miały wywołać efekt śnieżnej kuli. Zaprzyjaźnili się i polubili. Ale najważniejsze było to, że na hasło „K2 zimą” Olek zareagował entuzjastycznie. Kolejne lata Zawada poświęcił organizacji wymarzonej wyprawy i nauce zasad sportowego marketingu. Olek wprowadził go w kręgi wielkich firm produkujących sprzęt sportowo - turystyczny. Pisali więc prośby o sponsoring, drukowali foldery reklamowe. Jak w świecie himalaizmu Zachodniej Europy i za Atlantykiem, zimowa wyprawa na K2 miała być szansą na pokazanie produktów i testy w ekstremalnych warunkach. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy jak daleko ekstremalnych. Rekonesans w Pakistanie z 1983 roku pokazał jedno: dojście zimą do bazy pod K2 jest niemożliwe, a wyprawa będzie kosztowała fortunę. Póki co nie mieli szans na zgromadzenie potrzebnej kwoty.

Zawada nie chciał tracić rozpędu, bał się - bezzasadnie - że entuzjazm Oleka może przygasnąć. Zaproponował polsko - kanadyjską, zimową wyprawę na Czo Oju. Pojechali w grudniu 1984 roku, Zawada znów zabrał Annę, potrzebował jej obecności. Pojechała, ale na krótko, w Polsce czekała na nią promocja filmu „Szaleństwa panny Ewy”. Ta rola miała jej przynieść wielką popularność.

I znów okazało się, że Zawada jest w czepku urodzony. Nie dość, że stanęli na szczycie to na dodatek nową, skrajnie trudną drogą.

Pawlikowski Zobacz nagranie video

„Ogrom i stromość południowo-wschodniej ściany wprost hipnotyzowały. Uczucie bojowego podniecenia mieszało się z grozą wywołaną hukiem lawin i widokiem połyskujących lodem, przewieszonych barier seraków” - wspominał później.

Jacques Olek Zobacz nagranie video

Końcówka lat osiemdziesiątych to czas wielkich zmian geopolitycznych. Wraz z upadkiem Muru Berlińskiego, Andrzej i Anna postawili swój własny, jakże pokojowy mur nowego domu. Z mieszkania na Saskiej Kępie wylądowali w starej, ale uroczej willi na Żoliborzu. Zawada miał w końcu i ogród i pracownię. Tę ostatnią na poddaszu - z wielką biblioteczką książek, rozsuwanym dachem i lunetą, przez którą obserwował gwiazdy. Przesiadywał tam otoczony wyprawowym szpejem, wspomnieniami i planami, które były bardziej marzeniami niż możliwymi do realizacji zamierzeniami. Przemiana gospodarcza lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, wielka tragedia pod przełęczą Lho La, gdzie w lawinie zginęła śmietanka polskiego himalaizmu - z Zygą Heinrichem na czele - sprawiły, że na wyprawy nie było komu jechać. A na pewno nie na tak wielkie, oblężnicze, narodowe. Bo w stylu alpejskim Zawada nie widział dla siebie roli. Poza tym jak, zimą? Na lekko, bez lin i namiotów na ośmiotysięcznik? To raczej niemożliwe. Wprawdzie wyczyn Krzysztofa Wielickiego - samotne, zimowe wejście na Lhotse w 1988 roku, w czasie belgijskiej wyprawy na Everest, na której razem z Cichym i Wielickim pełnili funkcję konsultantów - dało mu do myślenia. Ale traktował to raczej jako wyjątek potwierdzający regułę. Bo ilu takich Wielickich można w Polsce znaleźć? I chociaż ta domowa sielanka, przerywana niezbyt częstymi już wyjazdami związanymi z pracą w Instytucie Geofizyki wydawała się miłym oderwaniem od szaleństwa organizacji wypraw, Zawadzie brakowało dawnego życia.

Pikanterii do całej sprawy dodawał fakt, że w drugiej dwójce szczytowej pojawił się Jerzy Kukuczka, który kilkanaście dni wcześniej wszedł na Dhaulagiri. Relację z wyprawy pisaną do Taternika Zawada zatytułował „Trzy rekordy na Czo Oju”.

Po powrocie do Polski, na skrzydłach sukcesu wrócił do walki o zimowe K2. Udało się dopiero w 1987 roku. Największym problemem okazały się nie pieniądze, ale przekonanie władz Pakistanu - sprawa rozbiła się o samego prezydenta Muhammada Zia ul-Haqina. W urabianiu prezydenta pomagali ambasadorzy: polski, kanadyjski i brytyjski, bo wyprawa miała taki właśnie, międzynarodowy charakter. Niestety, mimo, że do wyprawy dołączyli sprawdzeni, najlepsi: Wielicki i Cichy, Pawlikowski i Berbeka - polegli. K2 okazało się górą nie do zdobycia: bez okien pogodowych, z szaleńczymi wiatrami i skrajnie niskimi temperaturami.

Zawada powie później, że trzeba będzie jeszcze trzydziestu lat prób i starań, by wejść zimą na wierzchołek K2. Jakże prorocze będą to słowa!

„Mnie alpinizm pozwala na pewien dystans do tego wygodnego, bezpiecznego życia, jakie prowadzimy w mieście. Więcej, pozwala mi to życie zaakceptować, bo wiem, że stać mnie na coś innego niż tylko kręcenie się wokół własnego ogona, wokół drobnych, nieważnych spraw codziennego życia.” - zwierzał się w wywiadzie.

Andrzej Zawada

Nie usiedział w miejscu. Już w 1990 roku ruszył, ale nie na wyprawę, zaproszony pojechał do Chamonix na obchody czterdziestej rocznicy zdobycie pierwszego ośmiotysięcznika, Annapurny. Stał obok tych, którzy przez lata byli jego idolami: Maurice Herzog, Achille Compagnoni, Edmund Hillary, Kurt Diemberger - jak równy z równym. Dwa lata później, znów we Francji wraz z Józefem Nyką, wieloletnim redaktorem naczelnym „Taternika” zasiadł w jury pierwszej edycji „Złotych Czekanów” - Piolet d’Or. Nie minął rok - znów wyjazd. Powód nie byle jaki - czterdziesta rocznica pierwszego wejścia na Everest. Poleciał do Londynu.

Z Wandą Rutkiewicz w Ambasadzie Pakistanu 1990

„Pierwszy wieczór spędziliśmy w gronie samych alpinistów, zjechali z całego świata. Lord Hunt był jak zawsze serdeczny, bezpośredni i niezwykle koleżeński. Na uroczystej gali w Królewskim Towarzystwie Geograficznym zaszczyciła nas swoją obecnością Królowa Elżbieta II. Pamiętała, że zdobycie Everestu było wspaniałym prezentem brytyjskich alpinistów na dzień jej koronacji w 1953 roku” - pisał do Anny Milewskiej.

Anna też nie próżnowała, zajęta tak w teatrze jak i filmie jeździła po Polsce, w domu widywali się nie za często. W połowie lat dziewięćdziesiątych, Zawada przeszedł na emeryturę. Wiedziony przekonaniem, że himalajskie doświadczenie da się przekuć na biznes, na fali sukcesu rodzimego Alpinusa, uruchomił pod marką Tatra Top produkcję śpiworów puchowych. Wzorując się na poczynaniach zachodnioeuropejskich i amerykańskich producentów, postanowił zostać twarzą marketingową przedsięwzięcia. Z zapałem ruszył w Polskę, odwiedzał targi, wystawiał swoje produkty, prezentował. Cieszył się z sukcesów - seria śpiworów została nagrodzona przez Instytut Wzornictwa Przemysłowego prestiżowym „Dobrym Wzorem 1996”.

Andrzej Zawada
Podczas wyprawy na Nanga Parbat Zobacz nagranie video

Nanga Parbat miała być łatwą górą. I nawet nie chodzi o to, że wspinaczkowo łatwą - mimo, że Zawada klasyfikował ją na równi z Czo Oju - ot, jeden z tych niewysokich ośmiotysięczników. Ale łatwy miał być przede wszystkim dojazd: krótka, zimowa karawana oznacza niskie koszty. I chociaż Andrzej Zawada wciąż śnił o K2, zimą, miał świadomość, że na organizację wielkiej wyprawy po prostu go nie stać. Nanga miała być tak samo powrotem wielkich, narodowych wypraw jak i testem dla śpiworów i marketingową trampoliną firmy Tatra Top. Do organizacji wyprawy podszedł entuzjastycznie, a potem zderzył się ze ścianą, i kolejną: pieniądze, osobisty sprzęt wspinaczkowy... Wszystkiego brakowało. Przede wszystkim ludzi - wyprawa w najmniejszym stopniu nie przypominała tych z lat osiemdziesiątych. Mocno przetrzebiona, stara gwardia himalaistów jakoś nie garnęła się do wyjazdu, a młodzi, doświadczeni w górach stanowili niezbyt liczną grupę. Ruszyli w w grudniu 1996 roku, akcja górska była szybka, sukces był tuż tuż. Mimo, że Zbigniew Trzmiel był pod szczytem - wycofał się. Zabrakło niespełna trzysta metrów od szczytu - przez kolejne dziewiętnaście lat nikomu nie uda się przekroczyć tej wysokości. Ów rekord Zawada szybko przekuł w kolejny pomysł, postanowił pojechać jeszcze raz, rok później. Zabrał filmowców, z wyprawy powstał dokument telewizyjny, obraz dramatycznych wydarzeń. Tym razem nie było najmniejszych szans na pokonanie góry. Katastrofalne opady śniegu, trzęsienie ziemi, wypadek Ryszarda Pawłowskiego i w końcu niespodziewane roztopy pokrzyżowały plany. Wrócił na tarczy.

„Byliśmy bezsilni, dlatego nie mamy żadnych pretensji do siebie. Nawet jak byłoby nas pięćdziesięciu czy stu, w tych warunkach nie zdołalibyśmy wejść na Nanga Parbat. Jest pewna granica ryzyka, której nie wolno przekroczyć. Nieraz są takie naciski: tyle pieniędzy dostaliście, marnują się… Życie jest ważniejsze” - wspominał po wyprawie.

W 1998 roku nie wiedział, że zostały mu dwa lata życia. Znów, jak na początku lat dziewięćdziesiątych czerpał z niego pełnymi garściami. We Francji dołączył do elitarnej Groupe de Haute Montagne - ponownie stanął ramię w ramię z Edmundem Hillarym, Chrisem Boningtonem, Reinholdem Messnerem. Z odczytami odwiedzał amerykańską Polonię. Korzystał z niespodziewanego zainteresowania mediów - Anna Milewska zyskała wręcz kultową popularność za rolę Julii w serialu „Złotopolscy”. „Mąż słynnej aktorki” - jak pisano o Zawadzie - bywał więc na balach, aukcjach charytatywnych, udzielał wywiadów. Mógł wreszcie opowiedzieć nie tylko o swej górskiej pasji ale i o zamiłowaniu do motoryzacji i jazzu, majsterkowania i astronomii.

Zawadowie na gali

Gdy w 1999 roku Krzysztof Wielicki zaproponował mu organizację zimowej wyprawy na K2 - tym razem od strony Chin (Wielicki wszedł tamtędy latem 1996 roku) - Zawada na nowo odnalazł sens górskiego życia. Ale pod K2 nie dotarł. Tuż po zimowym rekonesansie, poprowadzonym przez Jacquesa Oleka i Darka Załuskiego, 21 sierpnia 2000 roku przegrał walkę z nowotworem. Na kilka tygodni przed śmiercią Anna Teresa Pietraszek skończyła nagrywać wywiad - rzekę z Zawadą. Film „Ostatnia rozmowa” - swoisty, górski testament - pokazała Telewizja Polska.

„Tam, w górach, czuje się bardzo ten bezpośredni kontakt z materią, tą masą materii, z tym olbrzymim światem kosmos. Wydaje się, że wystarczy wyciągnąć rękę i te gwiazdy można trzymać w rękach. W odwiecznej walce ducha z materią w moim wypadku zwyciężyła materia.”

Andrzej Zawada został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim (kwatera 65-2-13).

Andrzej Zawada
Wywiad z Bernadette McDonald Zobacz nagranie video

Wywiad z Bernadette McDonald

Wywiad z Anną Pietraszek Zobacz nagranie video

Wywiad z Anną Pietraszek

Wywiad z Hanią Wiktorowską Zobacz nagranie video

Wywiad z Hanią Wiktorowską i Andrzejem Sobolewskim